Grzech założycielski

 

Pół wieku mija od chwili, kiedy Ludwik Flaszen, opisując fenomen teatru jednoosobowego Wojciecha Siemiona, użył określenia „teatr jednego aktora”, i w tym samym artykule dookreślił ten teatr, w którym aktor pozostaje głównym i niemal jedynym „narzędziem” przekazu, jako ubogi.

A jednak wcale to nie jest i nie było takie oczywiste i już od samego początku, jak zobaczymy, budziło wątpliwości.

 

 

Flaszen opisując teatr jednoosobowy Siemiona (teatr jednego aktora!) ryczałtem omawia spektakle Wieży malowanej i Widowiska o Rudolfie Hoessie, wrogu ludzkości. Czy w obu wypadkach był to teatr ubogi i czy na pewno jednego aktora? Można się zastanawiać.

W Wieży malowanej poza Siemionem występowali również muzycy pod wodzą Edwarda Pałłasza. Wprawdzie ukryci za kulisą, ale grali na żywo, a było ich trzech. Co więcej, ubóstwo aktora ubóstwem, ale pałuby wykonane przez Adama Kiliana robiły swoje. Była więc i scenografia. Był też reżyser, który to wszystko doglądał. Niby aktor sam, ale nie do końca. Wprawdzie nie wiedziano jeszcze, co to razem jest, bo w teatralnej ulotce i na afiszu STS napisano skromnie: „recytuje Wojciech Siemion”, nie ośmielając się nawet sugerować, że to teatr. Raczej koncert poetycki. Ale okazało się, m.in. za sprawą Flaszena, bo i swoje opinie dołożyli Jerzy Pomianowski, Jan Kott, Wiktor Woroszylski, że to bez wątpienia był teatr.

W Widowisku o Rudolfie Hoessie sprawa wyglądała jeszcze bardziej zawile: Siemion grał w otoczeniu STS-owskich aktorów-amatorów, którzy odtwarzali głównie role niemych świadków. Osią i jądrem tego przedstawienia był monolog komendanta, którego grozę budował Siemion, ale obecność innych wykonawców była faktem bezspornym. Mimo to Flaszen nie wahał się tego spektaklu zakwalifikować do nowo ustanowionej kategorii „teatru jednego aktora”.

Od początku zatem definicja tego gatunku była nieostra, podobnie jak niepewne granice „ubóstwa”. Tak więc sama nazwa gatunkowa zawierała w sobie swego rodzaju grzech założycielski. Termin powstał, ale narodziły się wątpliwości, które podzieliły znawców i kibiców sceny jednoosobowej na dwa obozy: ortodoksów i otwartych na poszukiwania na pograniczu gatunku. Pierwsi trwali przy przekonaniu, że aktor musi być dosłownie jeden (żadnych wyjątków!), bo każda dodatkowa postać rujnuje (aktor, akompaniator, nawet statysta czy muzyk) ten charakter teatru, drudzy byli bardziej otwarci i wyrozumiali. Pierwsi wywodzili teatr jednego aktora z tradycji guślarzy, drudzy z tradycji kuglarzy, pierwsi stawiali na intymny kontakt i rodzaj spowiedzi, drudzy na olśniewający popis techniczny, teatralną magię, która miała zawładnąć widzem.

W pół wieku później warto więc wrócić do tych chwil pierwszych, kiedy rodziła się myśl o odrębności gatunku i raz jeszcze zadać pytanie, czym jest, a czym nie jest teatr jednego aktora. I zaraz postawić drugie pytanie, też za Flaszenem, czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim, czy też może utworzyły się dwie ścieżki równoległe, których istnieniu zaprzeczyć nie sposób.

Smaku naszej rozmowie i refleksjom nadaje obecność wśród nas wielkiego onomasty, Ludwika Flaszena, który z niebywałą intuicją nazwę wynalazł i wielkiego prawodawcy, Wiesława Gerasa, który tą nazwą oznaczył tyle lata już zwoływane przezeń festiwale we Wrocławiu, Toruniu i gdzie indziej

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz