Dziedziul, artysta – ubogi

 

Po przeciwnej stronie ubóstwa spoczywa zasobność, dekoracyjność. Teatr ubogi potrafimy rozpoznać pierwszym spojrzeniem, jego zaprzeczenie zwodzi nadmiarem. Tu i tu znajdziemy myśl i piękno. To, co się gubi w drugim: sprawa, postać, jej motyw działania i sens istnienia, a potem to, co aktorstwem – słowo, gest, ruch, prawda, znajdziemy w pierwszym. Tu nadmiar formy, przepych koloru, finezja scenicznych kostiumów, zadziwiające światła i muzyka rozsadzająca ściany teatru. Tam prostota inscenizacji, sedno gry, istotowość sceny – głoszą prawdę rzeczy pierwszych. Nasyceni bogactwem pragniemy spotkania z aktorem samotnym. Zmagającym się z resztą świata. Czy może jest tak, że sami nie bardzo wiemy, czego chcemy?

Jest rok 1967 konkurs Teatru Jednego Aktora. Andrzej Dziedziul (1939-1988), zapowiada monodram Wielki Książę według Hamleta Szekspira. Scenografia A. Wojciechowski, muzyka J. Szajna-Lewandowska. Dziedziul, znany wrocławski lalkarz, od dwóch lat wystawia teatr według własnego pomysłu. Jest to jednak teatr, a nie popis artysty z lalką. Tego typu plebejskie występy zna publiczność Europy. Tu Hamlet, według uznanej powszechnie miary i wagi wydaje się niestosownością. Można sobie wyobrazić zredukowaną inscenizację Hamleta, o, zgrozo!, jednak nie do tego stopnia. W obsadzie sztuki tylko jedno nazwisko – Dziedziul.

Na scenie drewniana rama – niby sypialniany parawan odarty z tkaniny – podzielona na piętnaście prostokątnych kwartałów. W nich pojawiają się Król Klaudiusz, królowa Gertruda, Laertes, Ofelia, Poloniusz. Artysta zanim wystąpi w towarzystwie tych aktorów, wpierw tworzy ich z baloników, kawałków płótna, drewnianych drążków, drutu i bibuły. I temu podobnych resztek materii. Artysta patrzy na świat, jaki zbudował, i dostrzega w nim brak Hamleta. Co więcej, nie widzi śród tych zacności dla niego miejsca. Także grabarz jest nieprzydatny w tym towarzystwie. Dziedziul bierze na siebie te role. Nie znalazły one miejsca w towarzystwie nibypostaci tej naiwno-groteskowej drewnianej ramy. Dziedziul pozostaje aktorem z krwi i kości – Hamletem, grabarzem i komentatorem. Każdemu z tych balonowo-papierowych „aktorów” trzeba wykrzyczeć zupełną nieprzydatność do wyznaczonej roli. Każda z postaci „mówi” o sobie materią, z której jest zbudowana, i formą z niej ukształtowaną. Scenę wypełniły symbole najważniejszych postaci, nie one same. Dziedziul kreuje ten świat Hamleta i z nim musi się uporać. Aż drewniana rama i ustawieni w niej „aktorzy” osiągną szczyt swych możliwości.

Hamlet wszakże jest ponad tymi formami. Oto on, płaszcz narzucony na gołą rękę Dziedziula. Płaszcz i szpada, płaszcz i czaszka, płaszcz i kaduceusz. Scena po scenie zderzają się symbole. Giną słabsze, gdyż zadziwiająco sprawnie działa ręka. Pada jednak podstępnie rażony i sam Hamlet – płaszcz spływa na podłogę. Podłoga sceny wypełniona resztkami postaci – personifikacjami. Teraz już tylko robota grabarza. I komentarz, czyli Tren Fortynbrasa Zbigniewa Herberta. To, co najważniejsze, ukazane symbolem.

Na następny spektakl trzeba będzie od początku zmontować całe teatrum. Po tym spektaklu nie wystarczyło lekkie skrzywienie ku górze kącików ust, uniesienie brwi i ledwo zauważalne pokiwanie głową, by wyrazić całą prawdę „o czymś takim”. Co chce być tym, czym być nie może. A cóż to za aktor z byle czego na tę archetypową rolę!? Wielkość rozumiana po Dziedziulowemu znalazła odbicie w prostocie i ubóstwie, byle czego. Ale jakże tu krzyczeć – nieprawda!, skoro artysta Dziedziul odniósł sukces. Zadziwił i zdobył główną nagrodę. Przy okazji przypomniało się może z dzieciństwa albo nie wiadomo skąd: lalka, choćby była najstrojniejsza, pozostaje aktorem zszytym z kawałków materiału. Lub wydłubana w drewnie stoi przy drodze i woła: idź prosto, człowieku. Jej niezamożność jest jej własnością. Ona jest ze świata sztuki.

Wiesław Hejno

Dodaj komentarz