Aktor ogołocony

 

Pamiętam wyrok, który padł na mnie z ust Lidii Zamkow po obejrzeniu jednego z moich monodramów – bodaj we Wrocławiu, że to, co przedstawiam, to nie jest monodram. To prawda, nie wiem, co to jest monodram po zrobieniu pięciu spektakli jednego aktora. Kiedy obserwuję dzisiaj różne one man show, to widzę, że to są po prostu monologi, a nie monodramy. Nie jestem purystą, wiernym jakiejkolwiek regule, która zmuszałaby mnie do takiego czy innego potraktowania solowej wypowiedzi. Właśnie to „solo” jest ogołoceniem z reguł. Taka solistyczna wypowiedź wyrasta z potrzeby eksplozji własnych niepokojów, wrażeń, która może dokonać się w każdej przestrzeni. Tak jak unieważnia się obecność przypadkowych sprzętów, unieważnia się kulisy – aktor jest zamknięty w swoim ciele i jego ciało jest instrumentem wypowiedzi. I w tym sensie jest to teatr ubogi. Niezależny od techniki.

Inscenizacyjnie może być ta wypowiedź „umajona” w sposób taki, który ułatwi kontakt z ideą – ale to już jest koncesja na rzecz widza. To są pewne ustępstwa na rzecz kontaktu, możliwości budowania pomostu, porozumienia z widzem. Czasami jest to jedynie sytuacja, choćby najprostsza: siedzę za stołem, jestem na pustej scenie i stoję, ale mam na sobie jakiś element kostiumu. Na wieszaku obok wiszą rozmaite kostiumy – to było swego czasu dość modne. To wszystko koncesje na rzecz możliwości stworzenia teatru, a nie tylko prezentacji literatury.

Pytanie zasadnicze, jakie się nasuwa: Czy tworzę jakąś wymyśloną postać, czy też mówię jako ten, w tej chwili, tu obecny. Czy gram poprzez kogoś, budując emocjonalność bohatera, jego reakcje, czy mówię w swoim imieniu. Ja aktor upominam się o to, abym był dostrzeżony także w moim wymiarze obywatelskim. Ta druga forma była mi ostatnio bliższa.

Silnie odczułem to swoje ogołocenie, występując w Niemczech, kiedy przekraczałem dodatkową barierę językową [dwa lata przed niemiecką premierą monodramu Olgierd Łukaszewicz nie znał tego języka – przyp. red.], a w spektaklu dotykałem – w stanie czystym, bo poza rodzimym językiem – tajemnicy i pokonywałem trudność, aby zainteresować bezradnością człowieka szukającego drogi. W Psalmach Dawida, prowadząc dialog wyobrażony, sięgając po teksty zarezerwowane dla ołtarza, zadawałem pytania, które miały spełniać funkcję katarktyczną. Akt tego obnażania się podczas tego spotkania polegał na zdejmowaniu z siebie zasłon: oto jest tylko aktorstwo, oto jest tylko płacz, oto rozpacz. Tylko ogołocony aktor może doświadczyć prawdziwego conffesio – to jest dla mnie szczególnie przenikające – poszukiwania sensu i tych emocji, które mają mnie otworzyć, kiedy domagam się obecności Boga. To brzmi megalomańsko, ale nie ma innych możliwości dla aktora podjęcia takiej rozmowy – zwykle tak jest zasłonięty swoją sztuką, cudzymi słowami – tu jest odpowiedzialny za przebieg spotkania i doświadcza obecności innych. Wtedy dotyka jądra tego światła, które tkwi u początku intuicji.

Ogołocenie to akt wielkiego ryzyka, na przykład Pieśń Kruka Teda Hughesa powinienem właściwie mówić nago, ale taki „kostium” niestety, bardzo przyciąga/odciąga uwagę od tego, co bym mówił – nie da więc ogołocić się do końca.

Moje doświadczenia solowe bardzo pomogły w teatrze zespołowym Jerzego Grzegorzewskiego – zwłaszcza w dramatach Różewicza: tam zamknięcie ludzi, którzy jakby ze sobą rozmawiają, a pozostają w środku, bardzo są podobne do doświadczenia egotycznego monodramisty.

Czy w monodramie publiczność jest brana pod uwagę, czy to jest partner? Ja po prostu opowiadam. Chociaż bywają takie przekazy, które graniczą z szaleństwem. Oto patrzcie na mnie, jestem szalony. To także rodzaj ubogiego teatru. Kojarzy mi się to z moimi doświadczeniami jako widza u Grotowskiego, jeszcze w Opolu.

Olgierd Łukaszewicz

Dodaj komentarz