Ulice donikąd

Najgorszy w getcie, jak zaświadcza Władysław Szpilman, był pozór normalnego życia, iluzja przypominająca smak utraconej wolności. Spacerowano, spotykano się w kawiarniach, na koncertach, w prywatnych mieszkaniach. Początkowo jeszcze nie głodowano, nie trapiły mieszkańców wszy i epidemie. Tak było potem. Na początku życie wyglądało na pierwszy rzut oka normalnie, tyle że wszyscy chodzili w opaskach z gwiazdą Dawida. Nawet w snach, nawet tych snach, które dotyczyły czasów przedwojennych. „Jednak ulice getta – pisze Szpilman – prowadziły donikąd. Kończyły się zawsze murem”.

 

 

Mimo drastyczności zdarzeń i sytuacji przywoływanych z pamięci jego wspomnienia brzmią nadzwyczaj powściągliwie. Nie ma w nich ani krztyny obliczonej na współczucie czy granie uczuciami czytającego. Najwyraźniej cel tej spisywanej zaraz po wojnie książki był inny: ocalały z Holocaustu usiłował opanować, zrozumieć i zamknąć na tych stronicach czas, który wypadł z formy. Zwraca na to uwagę Wolf Bierman w posłowiu do wznowienia Pianisty (2002), dostrzegając w losach Szpilmana rys hollywoodzkiego kiczu, choć zdarzyło się to naprawdę: „W pierwszej po wojnie nadawanej na żywo przez radio warszawskie audycji Szpilman grał ten sam utwór Chopina, który grał na godzinę przed tym, jak niemieckie bomby zniszczyły nadajnik we wrześniu 1939 roku (…) Można powiedzieć: program recitalu chopinowskiego z Nokturnem cis-moll został tylko na chwilę przerwany, by pan Hitler, podczas krótkiej, sześcioletniej przerwy, mógł odegrać swoją rolę podczas interludium w teatrze świata”.

O tym interludium opowiada Władysław Szpilman w swojej książce, nie po to jednak, aby czas pogardy ocalić od zapomnienia ku przestrodze albo po to, aby wytłumaczyć się przed wszystkimi, że ocalał – jak czyniło to wielu z tych, którzy przeżyli Holocaust i do końca życia zadawali sobie pytanie, dlaczego to właśnie oni przeżyli, a nawet dręczeni byli wyrzutami sumienia, że to właśnie im trafiła się ta wygrana losu. Szpilman wolny jest od takich fałszywych dylematów (choć głęboko boleje nad śmiercią najbliższych, przyjaciół i nieznanych ofiar), podsuwanych zwykle przez tych, którzy chcieliby się podzielić swoją winą. Spisuje te wspomnienia, aby zamknąć ten dramatyczny rozdział życia i już więcej do niego nie wracać, a że tak właśnie było, niech świadczy wyznanie jego syna Andrzeja, który dopiero jako dwunastolatek, przypadkiem, z kart tej książki, dowiedział się o koszmarnych przeżyciach swego ojca. W domu się o tym nie rozmawiało. Sprawa została raz na zawsze zamknięta.

Nikt też jej nie chciał w szczegółach poznawać. Charakterystyczne są losy tych wspomnień, które po raz pierwszy ukazały się w Polsce w roku 1946 pod tytułem „Śmierć miasta”, ale z wymuszonymi przez cenzurę zmianami – Wilm Hosenfeld, oficer Wehrmachtu, który pomógł Szpilmanowi przeżyć w ostatnim okresie, po Powstaniu Warszawskim w murach wypalonego, opustoszałego miasta, nie mógł być Niemcem, mógł być co najwyżej Austriakiem. Zbyt silny był gniew, jaki pozostawili okupanci, aby dostrzegać w nich ludzi – nic więc dziwnego, że Leon Kruczkowski pisząc „Niemców” nadał dramatowi pierwotnie tytuł „Niemcy są ludźmi”, aby przeciwstawić się tej niebezpiecznej generalizacji.

Jeszcze bardziej zawile przedstawia się historia ekranizacji tych wspomnień – początkowo scenariusz napisał Czesław Miłosz, ale liczne w nim zmiany, ingerencje, przemontowania, wreszcie ostateczny rezultat pracy filmowców – obraz „Robinson warszawski” z Janem Kurnakowiczem w niewielkim tylko stopniu przypominał książkę Szpilmana. Wprawdzie autor wspomnień rzeczywiście porównywał swoją sytuację do osamotnienia Robinsona na bezludnej wyspie, ale nie w tej metaforze krył się klucz do prawdy o zamordowanym mieście i setkach tysięcy jego mieszkańców. Miłosz wycofał swoje nazwisko z ekranu, a sam film rychło został zapomniany.

Najwyraźniej nie były wspomnienia „na czasie”, uwierały i przeszkadzały, marnie nadawały się do propagandowego użytku, a i sam autor nie sprawiał wrażenia kogoś szczególnie zainteresowanego jej czytelniczym powodzeniem. Toteż zapewne książka pozostałaby na zakurzonej półce, gdyby nie Andrzej Szpilama, który doprowadził w roku 1998 do jej wznowienia w pełenej wersji w przekładzie na niemiecki, a potem angielski (pod tytułami Das wunderbare Überleben i The Pianist). Książka zyskała szeroki rezonans, również w Polsce i we Francji, przyjęta nie tylko jako cenne świadectwo czasu, ale i literackie odkrycie.

Roman Polański od dawna poszukiwał tekstu, który mógłby stanowić podstawę filmu o Holocauście. Odczuwał autentyczną potrzebę stworzenia takiego filmu i – okazało się – tekst Szpilmana poruszył jego wyobraźnię. Powstał film (2002), który tchnął w tę książkę nowe życie, wkrótce przetłumaczono ją na wiele języków (niemal 40), a sam film zdobył zasłużoną sławę, nagrodzony Złotą Palmą w Cannes i Oscarami.

Polański poszedł za tekstem Szpilmana, nie koloryzował, nie korygował faktów – wystarczyło sfilmować, przenieść na język obrazów słowa, jakie na żywo, tuż po okupacyjnych przejściach spisał autor. Jeden ze znanych polskich krytyków filmowych zarzucał nawet Polańskiemu, że pozostaje na pasku schematycznego „hollywoodzkiego kiczu”. Cóż, okazuje się, że życie bywa na pozór kiczem, jeśli jego malarzem jest artysta tak kiepski i zbrodniczy jak Hitler.

„Pianista” nie był pisany z myślą o sławie literackiej, podobnie jak opowiadania oświęcimskie Tadeusza Borowskiego czy „Medaliony” Zofii Nałkowskiej. Siłą tej książki, a w konsekwencji i filmu Polańskiego – jest autentyzm, prawda świadectwa, które chwilami wydaje się niewiarygodne. Trzeba było bowiem nieprawdopodobnego splotu okoliczności, nieprzewidywalnych i trudnych do wymyślenia przypadków, aby w warunkach terroru i precyzyjnie zaplanowanego ludobójstwa przetrwać. Trzeba było hartu ducha i wyobraźni, aby po latach tych straszliwych, bolesnych doświadczeń, podjąć zaraz po wyzwoleniu Warszawy przerwany koncert chopinowski.

 

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz