Czy demoludy stać na autoironię?

 

Katona József Szinhaz
Panel pod hasłem „Demoludy śmieją się z demoludów” towarzyszył 5. edycji festiwalu DEMOLUDY w Olsztynie. Pretekstem do rozmowy były spektakle (i dramaty) autorów węgierskich i rumuńskich. Rozmówcy, Krzysztof Varga i Kazimierz Jurczak, przyznali, że Węgrzy i Rumuni śmiać się z siebie potrafią, ale gorzej znoszą, kiedy śmieją się z nich inni. Zdaje się – jak wszędzie, jak wszyscy, chociaż w skłonności do pokpiwania z siebie przodują bodaj Czesi.

 

 

Niezależnie jak jest, a zdiagnozować sytuację niełatwo, ta edycja festiwalu, nakierowana w dużej mierze na repertuar „lżejszy”, a w każdym razie akcentujący warstwę humorystyczną, autoironiczną czy zabawną opowieści o sprawach skądinąd nieśmiesznych, potwierdziła, że śmiech pozostaje dobrym narzędziem przywracania psychicznej równowagi i pewności siebie.

Dowiodły tego z całą pewnością dwa spektakle węgierskie. Jeden z nich, bez słów, Egg(s)hell trupy Maladype Szinhaz, to sekwencja na poły improwizowanych opowieści, wyrażonych ruchem i tańcem do utworów muzycznych, które podsuwa im (wcześniej nie uzgadniając wyboru z aktorami) reżyser. Na scenie tylko czarne krzesła i dziesiątki sztucznych różowych flamingów, które służą do budowania surrealistycznych sytuacji, przepojonych zmysłowością i aluzjami do rozmaitych konwencji muzycznych i teatralnych: ballady cygańskiej, musicalu, country, kabaretu lat 20., jako forma do snucia poetyckich opowieści o miłości, zdradzie, przyjaźni, nienawiści. Aktorzy do wspólnej zabawy wciągają publiczność, a kulminacją są rzuty jajkami, które „giną” jak ofiary zabawy lub też triumfalnie przechodzą rozmaite próby. Spektakl będący żywiołową zabawą jest zarazem pełen poetyckiej mgiełki, dystansu do samego siebie.

Zaskakujący, może najbardziej podczas festiwalu, był spektakl Zwariowałpoczymprzepadł sławnego teatru węgierskiego Katona József Szinhaz, osnuty wokół Procesu Franza Kafki. Zrealizować Proces na wesoło, to bardzo ryzykowny pomysł, niemal karkołomny, choć absurd sytuacji Józefa K. ma także swoją humorystyczną (absurdalnie) podszewkę. Wszystkie te szczególne detale Kafkowskie, nawiązujące do biograficznej wiadomości, iż Kafka czytając fragmenty Procesu zaśmiewał się histerycznie, zostały wydobyte z perwersyjną niemal radością. Spektakl skrzy się humorem, nierzadko czarnym, bez liku tu scen wywołujących salwy śmiechu, co i raz pojawiają się cytaty ze sławnych musicali i filmów, w dusznych labiryntach sądu-urzędu-zaplecza teatralnego trwa niekończący się balet urzędników, interesantów, płatnych dziwek, alfonsów i katów. Tonie Titanic a wszyscy bawią się świetnie. Może najmniej Józef K., ale i on wybucha co i raz, jak Kafka, histerycznym śmiechem. Tak kończy się nasz świat, wyśmiany, odtrącony, zanegowany, wielka rewia odchodzącej epoki. Tego jednak nie możemy do końca być pewni, toteż po tej lekcji śmiechu, który więźnie w gardle, Proces odsłania swoją tragiczną przepaść.

Mniej do śmiechu było w rumuńskim spektaklu Teatraul Mic, Sado-Maso Blues Bar Marii Manolescu, opowieści o przyjaciołach, którzy szukając swojej szansy próbują uruchomić bar SM, a kończą jakmo homoseksualna para adoptująca byłego więźnia.a.a. Bardzo to pokręcone, ale w sposób zamierzony, jako krzywe zwierciadło sytuacji młodych, najwyraźniej bez pomysłu na swoje życie.

Tylko przez kwadrans śmieszy spektakl Lynch Divadlo Buchty a loutky z Czech, spektakl lalkowy, osnuty na motywach z filmów Lyncha, którego główny pomysł zasadzał się na użyciu kilku szpetnych słów i zabawy tymi słowami. Kiedy pomysł się wyczerpał, zabawa utknęła w technicznych niedoskonałościach wykonania. Pomysł dobry, ale niedopracowany.

Polskie propozycje „do śmiechu” wyróżniały się wyrafinowaniem, nade wszystko doskonały Stolik, sławny spektakl muzyczny grupy Karbido, który rzucił na kolana publiczność festiwalową w niejednym kraju, zabawa z muzyką na najwyższym poziomie, i Starucha warszawskiego Teatru Ochota wg Daniła Charmsa w reżyserii Igora Gorzkowskiego, doskonale zharmonizowana inscenizacja utworów czołowego oberiuta, balansująca między prawdą a zmyśleniem, realizmem i absurdem w znakomitym wykonaniu.

Udała się też premiera Teatru Jaracza z Olsztyna, gospodarza festiwalu, który pokazał Zaginioną Czechosłowację Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, inteligentny dramat „rozliczeniowy” z reżimem, który sprawował rządy po praskiej wiośnie, a przede wszystkim dociekliwy dramat o nieheroicznym bohaterstwie piosenkarki Marty Kubišovej (Joanna Fertacz), której piosenka Modlitwa dla Marty stała się nieoficjalnym hymnem praskiej wiosny. Mimo że nie brakowało tu tonów poważnych, autorka i reżyserka Maria Spiss zadbały, aby przed patosem chronił nas autoironiczny dystans i bezinteresowny dowcip.

Miarą sukcesu festiwalu (a były jeszcze czytania perfomatywne i rumuński Pan Paweł Tankreda Dorsta, którego nie widziałem) okazała się publiczność, która wypełniała salę do ostatniego miejsca, a właściwiej byłoby powiedzieć: przepełniała sale ponad ich pojemność. To dowód, że DEMOLUDY przyjęły się i że przed tym festiwalem przyszłość.

 

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz