FINLANDIA TO BAJKA

 

Są pewne fakty, które wymieniać można za aktorami, reżyserami i dyrektorami teatrów lalkowych w Finlandii. Że fiński teatr lalkowy świat coraz bardziej dostrzega, ceni. Że jest profesjonalny, na wysokim poziomie artystycznym. Że twórcy kształtowali się pod okiem wybitnych nauczycieli z całego świata. Że wygrali wiele nagród na studenckich, potem również międzynarodowych festiwalach. Że w nowe tysiąclecie fiński teatr lalkowy wszedł z największą w swojej historii ilością grup i twórców, czujących słabość do tego rodzaju sztuki. To fakty.

 

 

Ale zobaczyć spektakl fińskiego teatru lalkowego, to w te fakty uwierzyć. To jak misterna robótka ręczna, w której kostiumy i scenografia grają swoje własne role, a artyści nie używają lalek jako narzędzi, lecz odnoszą się do nich wręcz z nabożeństwem. Znalazłam się wśród tych, którzy podczas Trzydziestego Festiwalu Teatrów Dziecięcych w Oulu mieli szansę podpatrzeć tę niezwykłą relację: aktor – lalka teatralna.

Aktorzy bez zazdrości i skąpstwa, dzielili się ze swoim małym szmacianymi przyjaciółmi swoją wrażliwością i odnalezionym gdzieś w zupełnej głębi swojego jestestwa dziecięcym postrzeganiem świata. Nie prowadzali swoich lalek po scenie, nie górowali nad nimi. Partnerowali im. A one jakby samodzielne, wymykały się spod opiekuńczych skrzydeł, zaklepując swoje własne miejsce w garderobie. Aktor mógł być niewidoczny, ale ponad wszelką wątpliwość był wyczuwalny. Pozwolę sobie przytoczyć słowa Konstantego Puzyny: „To jego wrażliwość przemawia przez lalkę, jego osobowość ją uczłowiecza. Kukły poruszane maszynowo mógłby pewnie dać spektakl, czy jednak byłby on jeszcze teatrem?” Tu, w Oulu wydawało się, że w jednej ręce aktor trzymał swoją lalkę, a w drugiej serce.

Kto szedł do teatru wykopanym w śniegu tunelem, ma w sobie oczywistą skłonność nie tylko do sztuki, ale i do poszukiwania ciepła. A twórca czujący skłonność do widza, proponuje wełnę i filc, grube skarpety i śpiwór, szalik i dużo świateł w oknach. Na scenie rzecz jasna. I można stąd wynieść prawdziwą naukę, że człowiek nie tylko je oczyma, ale spojrzeniem się rozgrzewa. Nieogarniona wielość barw staje w zaczepnej opozycji do śniegu i lodu, a tak dobrze nam znane, najprostsze materiały i tkaniny, odkrywają swoją drugą naturę. Na naszych oczach przestają być pretekstem do zrobienia kołdry, swetra czy kapelusza. Są suknią i pustynią jednocześnie, stadem dromaderów i wachlarzem, fotografią i studnią bez dna. I oczywiście są… lalkami. Urokliwe pacynki, choć wydawałoby się, że to tylko wełniane rękawice, ale jakoś tak patrzą człowiekowi prosto w oczy. Jakby Finowie coś więcej wiedzieli o tej z pozoru zwykłej włóczce. Jakby posiedli jakąś tajemnicę. Szczególnie ujęły mnie i zapadły w moją pamięć dwa spektakle, wyróżniające myślę fiński teatr lalkowy, spośród teatru lalki w Europie w ogóle. I nawiązując do myśli o interesującej, acz niezależnej pracy artystycznej, spektakle te są dziełem amatorskich grup teatralnych.

Teatr Quo Vadis jeżdżący niczym teatralna trupa z całym swoim dobrodziejstwem. Fiński Wóz Drzymały. Bo to nie tylko dekoracje, kostiumy, oświetlenie, jak przy okazji występów gościnnych… ale cały teatr. Jakby tylko ta scena i ta widownia były magiczne. Dzień jak co dzień rozpoczynają od budowy, tym razem w zacnym foyer Teatru Miejskiego w Oulu. Widzowie dużej i małej sceny, którzy przyszli obejrzeć festiwalowe spektakle, przeciskali się między narzędziami, deskami, fotelami. Kiedy wylegli po skończonych przedstawieniach, stała już gotowa cyrkowa konstrukcja, poprzetykana skrawkami filcu. „Będzie się działo” pomyślałam, szykując się na performance. I rzeczywiście działo się, ale nie cyrkowo, lecz teatralnie. To miejsce na godzinę zamieniło się w królestwo tańczącego kolorem filcu. Spod góry pstrokatych narzut wykopała się kobieta, ozdobiona (to słowo jest tu uzasadnione) w filcową suknię – pustynię, suknię – łąkę, suknię- górę. Suknia bogata w warstwy, niczym Ziemia, wciąż odkrywała nową rzeczywistość. Ten strój to jednocześnie scenografia, miejsce akcji, obraz. Kobieta-suknia gra kilka ról. Jest mamą i córeczką, ale też tytułowym „Niebieskim”, który uwięził mamę w fotografii. Dziewczynka, maleńka filcowa laleczka oczywiście, chce się do mamy przytulić, ale najpierw musi odnaleźć nieokreślony, pozostający w grze naszej wyobraźni, niebieski twór i swoją mamę mu odebrać. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to opowieść nie o dziecku poszukującym swojej mamy, ale mamie poszukującej dziecka w sobie. Każdy dziecko przecież w sobie nosi, nieraz zbyt głęboko, by o nim pamiętać. Więc to spektakl o dziecku przestraszonym i smutnym, bo pozostawionym samemu sobie, podczas gdy my zmagamy się z obcą i przerażającą „niebieską” codziennością. To dziecko, proszę Państwa, upomni się jeszcze o chwilę pieszczoty, przemierzając tę codzienność wraz z nami i wieszając się wciąż z nową nadzieją na naszych szyjach. Może jednak nie powinien śmieszyć nas pięćdziesięcioletni pan, który zmierzając najpewniej do pracy, liże z zachwytem lizaka? Nasza mała dziewczynka podejmuje „dorosłe” wyzwanie, przemierza filcowe pustynie, morskie brzegi, wysokie góry, napotyka dziwaczne filcowe istoty i niebezpieczeństwa, odnajduje w sobie siłę i odwagę. Idzie śladem „Niebieskiego” po swoją mamę. Podczas tej podróży wszystkim nam było ciepło. Spektakl „Saving mama from blue” grany jest nie tylko w języku fińskim, ale i angielskim, niemieckim, francuskim, włoskim i rosyjskim i jeździ po całym świecie, więc kto jest tym zainteresowany, może sprawdzić, czy dziewczynka pokonała siłę „Niebieskiego”.

Drugi spektakl, po którym czułam potrzebę skłonienia się artystom, przyznając, że jestem wciąż dzieckiem, co podjęli z aplauzem i radością, bo oni też są, był spektakl „Noise, broccoli and big or horse”. Spektakl przygotowany jest, oczywiście, nie tylko w wersji fińskiej, również angielskiej, ale na festiwalu zaprezentowano wykonanie w rodzimym języku artystów. Mimo to mam przeświadczenie, że niczego nie uroniłam. Wszystko, co zdarzyło się na scenie, poczułam, przeżyłam. Dwoje aktorów Kuuma Ankanpoikanen dało taki pokaz, że dopiero foldery przekonały mnie o samozwańczym pochodzeniu tej grupy. Kuuma Ankanpoikanen jest świetnym przykładem owocnej kooperacji grupy amatorskiej z teatrem profesjonalnym, współpracuje z Teatrem Aeropik z Turku, Europejskiej Stolicy Kultury w 2011 roku.

Gdy rozbłysły reflektory, wydawało się, że ekipa nie zdążyła jeszcze rozstawić rekwizytów, a jedyne, na co mieli czas, to rozwieszenie kolorowej włóczki na żyłce, symbolizującej cztery ściany ciepłego, bezpiecznego pokoju. Coś, co spodziewałam się nazwać scenografią, nabrało tajemnicy podobnej do tajemnicy za oknem sąsiada. A wewnątrz bałagan absolutny. Lecz spektakl okazał się wielkim dowodem na to, że to, co my dorośli nazywamy bałaganem w pokojach naszych dzieci, bałaganem wcale nie jest. Każda, tworząca ten kolorowy mętlik rzecz, w jednej chwili stawała się nieprzypadkowa i potrzebna. Każda. I leżący w kącie kawałek ułamanego styropianu też. W spektaklu królowała wełna. Wspomniane już ściany mieściły nieprzebrane ilości makatek, kocyków, skarpet, przytulanek. Wszystko wełniane. Aktorzy dokonali dla nas, widzów, ogromnego poświęcenia, zakładając na siebie wszystko, co babcia potrafi zrobić na drutach. I musiała robić to z wielkim sercem, bo jestem pewna, że takie właśnie getry, dawno temu miałam. W tym kolorowym chaosie ich dwoje, dziewczynka i chłopiec, którzy z dziecięcą naiwnością i szczerością rozpoczynają rozmowę – podróż w wyimaginowaną przyszłość: „Gdybym była duża, byłabym samolotem”. Rodzeństwo wciela w życie swoje fantazje i przygląda się konsekwencjom tego z bezpiecznej perspektywy dziecięcego pokoju. Aranżuje scenki i sytuacje na swoją dziecięca miarę, całkiem miniaturowe, tekturowe, przewieszone wstążką przez szyję. A tam, na tej niepozornej tekturze, wszystko, całe życie. Wyśmiewanie w szkole, rodzice w pracy, pierwsza dyskoteka, wojna na śnieżki. I dziecko. Ze swoimi lękami, marzeniami, nieśmiałością i tęsknotami. Dwoje aktorów nie udźwignęłoby wszystkich tych uczuć, gdyby nie ich wełniani partnerzy. Ot, rękawice z włóczki z piłeczką zamiast głowy. Kiedy ożywały w rękach artystów, zyskiwały swoje własne, absolutnie osobiste życie. Grały na równi z aktorami, nieraz nie dając im dojść do słowa, ale rehabilitując się w scenach, których ułomność ludzkiego ciała, była nie do przeskoczenia. Jednak, co wełniane, to wełniane. I pomyśleć, że w niedużym dziecięcym pokoju, może się tyle zdarzyć.

 

Dodaj komentarz