Maria Teresa Wójcik – artystyczny testament

fot. Jerzy Michalski

Kilka miesięcy temu w podwarszawskiej Podkowie Leśnej Magda Teresa Wójcik spotkała się ze mną, mimo choroby, która Ją dręczyła, jako redaktorem przygotowywanego tomu Czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim, który ukaże się w tym roku nakładem Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru. Jej trzy pamiętne monodramy pozostaną w historii tego ruchu, a pasja, z jaką oddawała się sztuce godnym szacunku wzorem. Wiedziała, że odchodzi, ale przyjmowała swój los z zadziwiającą pokorą. Żegnam Ją z prawdziwym smutkiem.

Tomasz Miłkowski

 

Wypowiedź zmarłej artystki, którą publikujemy, można traktować jako jej artystyczny testament

 

 

Magda Teresa Wójcik

Mogą cię jednym słowem zabić

 

Zrobiłam trzy monodramy: „Cesarz” Kapuścińskiego, „Tak tu cicho u zmierzchu” Wasiliewa, mój ukochany, „Annę” Drzeżdżona. My w Adekwatnym, ale też Krzyszczak, Woroniecki, wtedy wchodziliśmy i robiliśmy dużo – naprawdę otworzyliśmy jakąś drogę dla teatru. To był rodzaj forpoczty. Dlaczego to było takie ważne?

Dlatego że potrzebna była bliskość ludzi. Dla mnie ta bliskość jest bardzo istotna. Ona mnie niesie, ona daje siłę. Bardzo czuwam podczas spektaklu. Nawet prosiłam czasem, żeby podświetlić salę. Bo ciemność i scena to jest dla mnie w dalszym ciągu pewna granicą. Potrzebuję bliskości.

Najpierw grałam w małych formach, a potem urzekł mnie tekst kaszubskiego pisarza, przyjaciela Wiesława Myśliwskiego, Jana Drzeżdżona. „Annę” zrobiłam trochę inaczej, niż autor zamyślił, bo zafascynowała mnie scena obiadu z dziećmi, których nie ma. To był mój pierwszy monodram, moja pierwsza przygoda z teatrem jednego aktora. Potrzeba mi zawsze jakiegoś zaczepienia w tekście – to może być słowo, sytuacja, punkcik. To w „Annie” znalazłam.

Kiedy pracuję nad scenariuszem, nie czytam książki do końca, ale montuję już w trakcie lektury, wydłubuję mięso. Wyłapuję poszczególne zdania, jakbym była widzem. Mąż mówi, że to barbarzyństwo, ale ja inaczej nie umiem. Pisanie to dla mnie droga w nieznane do samego końca. Zawsze mnie interesowała przygoda w sztuce: co się może stać, kiedy się spotkam z widownią? Jak to będzie dalej, jak ja bym to dalej opowiadała?

Po „Annie” zasmakowałam w tym. Wpłynęły na to i chimery aktorów. Kiedy jesteś sam na scenie, sam odpowiadasz, sam rozmawiasz, jest to rodzaj jakby spowiedzi do ludzi. Może nie spowiedzi, ale wspólnoty z ludźmi za pośrednictwem twoich przeżyć. Jako drugim monodram miałam zrobić „Cesarza”, mąż napisał scenariusz, Kapuściński dał zgodę, ale ja zobaczyłam film „Tak tu cicho o zmierzchu” o pięciu dziewczynach, które zginęły gdzieś tam na końcu frontu. Tak mi to zapadło do serca, że musiałam to wystawić. Chciałam za dużo pieniędzy na dekoracji, a podlegaliśmy wtedy Estradzie, w końcu pożyczyłam od męża, drogie były gobeliny, które były dziewczynami (kosztowały 65 tysięcy, a Estrada dała 40, jak dziś pamiętam), i dostałam nagrodę 25 tys. – zwróciło się. „Anna” została zarejestrowana w TVP (Gawlik zarejestrował), ale potem spektakl skasowano, i nie ma go w archiwum.

„Cesarza” odłożyłam, bo to taki tekst polityczny, a ja nie bardzo lubiłam zabierać się do polityki. Kręciłam film na Węgrzech („Kwatera szaleńców”) i wtedy dużo o tym monodramie myślałam. W końcu doszłam do tego, jak zrobić „Cesarza”. Trzeba to zrobić tak: że Pan był dobry, Pan był mądry, tylko ludzie się chcieli rozwijać. To przesada, wystarczy się urodzić, trochę porozwijać i umrzeć.

Monodram bardzo dużo daje aktorowi. Musisz sobie przygotować rekwizyty, samemu zadbać, co masz w ręku (do „Anny” wkładałam sukienki sprzed wojny). Ta troska wokół swojej wypowiedzi jak o dziecko ma walor ogromny.

Ludzie chyba lubią monodramy. Dzisiejszy „teatr z udziałem jednego aktora” to już nie to samo. Tamte monodramy powstawały w proteście przeciw zakłamaniu teatru panującego. W tym był cały smak. To była moja własna wypowiedź, z moimi rekwizytami, z moim sercem, z moimi uczuciami, które muszę przekazać, ba, to mało przekazać, oni, widzowie muszą to przyjąć – wtedy następuje to spełnienie. Na rzeczywistość teatru, a dotyczy to w szczególności teatru jednego aktora – to mówiła Eleonora Duse, moja ukochana aktorka – składa się: rzeczywistość aktora, rzeczywistość widza i trzecia, ta nadrzędna, która między nimi powstaje. Wtedy spektakl jest spełniony, choć nieczęsto to się udaje.

Już wtedy, kiedy zaczynaliśmy, na festiwale małych form przyjeżdżały monodramy z całymi ciężarówkami dekoracji. To nie jest mała forma. Monodram wymaga oszczędności środków i szczególnego stosunku aktora; ważne jest jego myślenie, jego moralność, jego szacunek. Nie każdy może to zrobić. Nie każdy jest gotów być bogaty dzięki ograniczeniu środków.

Dla mnie widz zawsze był partnerem. Powiedziałam kiedyś w wywiadzie: ja żyję i zdobywam nagrody dzięki ich oczom. Nawet jeśli były to sale na 900 osób, od razu czułam, kto mnie nie słucha. Wychodzisz bezbronny. Przynajmniej ja. Mogą cię jednym słowem zabić, jednym śmiechem, jednym zdaniem. Czyli wychodzisz na bitwę. Potworną bitwę o wspólnotę przeżycia. Zawsze wiedziałam, od której strony zacząć, jaka strona jest mi życzliwa, a którą muszę przekonać. Dążyłam do prostoty. Do autentyczności wypowiedzi.

„Cesarza” zagrałam 115 razy, „Tak tu cicho” – 76, „Annę” też około 100.

Z graniem jest jak z miłością. Można na różne sposoby. Ale trzeba dać siebie tym, którzy przychodzą. Jako aktorka czuję się spełniona, choć się w ogóle nie nadaję do tego zawodu. Jestem inżynierem mechanikiem, metaloznawcą, to są ludzie konkretni, skromni. Zawsze wychodziłam na scenę z poczuciem: „o rany boskie, co się stanie, jeżeli ja ich zawiodę”. Jestem nadwrażliwa, nie jestem przebojowa. We Wrocławiu wystarczyło, że ktoś przed „Anna” powiedział na ulicy: No, to co, idziemy na te Magdę Teresę Wójcik. I ścięło mnie z nóg. Nie mogę oglądać widzów przed spektaklem.

 

Dodaj komentarz