Niesforne członki Goldstona

 

Spektakl Dereva zaczynał się od ukłonów na opak, a Gregg Goldston kończył swój występ ukłonami na sposób pastiszowy – artysta najwyraźniej nawiązał do poetyki ukłonów, jaką Derevo zaproponowało. Publiczność warszawska dziękowała artyście owacjami na stojąco.

Goldston jest dobrze znany miłośnikom pantomimy i bywalcom festiwalu – występował tu wiele razy, wiążąc się ścisłą współpraca z Bartłomiejem Ostapczukiem, z którym założyli Szkołę Współczesnej Pantomimy przy Teatrze na Woli. W tym roku zaprezentował dwugodzinny spektakl solistyczny (z przerwą), złożony z jego już klasycznych etiud (dwie z nich przywołują na pamięć sztukę jego mistrza, Marcela Marceau – etiuda z kwiatem i druga z parasolem), ale także zupełnie nowych scen, a we wszystkich z nich w nastroju lirycznym lub żartobliwym opowiadał o przemijaniu, odchodzeniu i próbie porozumienia z drugim człowiekiem.

To był nie tylko fascynujący pokaz techniki aktorskiej. W scenie z melonikiem, który wydawał się w jego interpretacji trudnym do ruszenia głazem, ukazał balet niesfornych członków, pląsających palców, rak, ramion, nieprawdopodobną gamę możliwości, jakie otwiera przed mimem jego ciało. W scenie nauki tańca, dawanej dość mało pojętnej uczennicy najwyraźniej niewrażliwej na rytm, namalował kilka wyrazistych pastiszy ikon muzycznych z Michaelem Jacksonem i hawajskimi dziewczynami na czele. W scenie, w której po kolej rozstawał się ze swymi członkami – najpierw jednym palcem, potem dwoma, potem dłonią, przedramieniem, aż na koniec pozostała mu już tylko głowa na korpusie opowiedział elegię o odchodzeniu i poszukiwaniu radości w tym, co jeszcze człowiekowi pozostało – dyskretnie uczył, jak pogodnie się starzeć.

To był porywający popis, pełen humoru i smuteczku, dający wyobrażenie, czym może być sztuka mimu ku uwadze przyszłych jej adeptów.

 

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz