Podróż sentymentalna Ewy Wycichowskiej

 

Spotkania w dwóch niespełnionych aktach to z pewnością podróż sentymentalna, która niegdysiejszy młodzieńczy entuzjazm pokazuje z perspektywy wspomnieniowej zadumy, wplatając w nią dystansującą refleksję o istocie tworzenia” – pisze Jagoda Ignaczak we wstępie do programu najnowszego dzieła Ewy Wycichowskiej, które po raz pierwszy zostało pokazane publiczności XXI Łódzkich Spotkań Baletowych na rozpoczęcie festiwalu.

I dalej – „Jest w Spotkaniach …pamięć o ludziach, spektaklach, marzeniach, o wspólnej drodze pod prąd, o awangardzie, która niepostrzeżenie stała się klasyką. I jest powrót do źródeł, do miejsc, do słów, obrazów, dźwięków”.

Te słowa właściwie mówią wszystko o spektaklu, który jest przede wszystkim spotkaniem przyjaciół dwóch generacji z dwóch ośrodków tańca – Poznania i Łodzi, bez wyraźnie określonej fabuły. Jego istotną cechą jest impresyjność, dygresyjność i wielowątkowość. Jest to spotkanie tancerzy, którzy w jednym czasie zaczynali swoją karierę artystyczną, których połączyła łódzka scena i Łódzkie Spotkania Baletowe. Ale i ich uczniów, nawet dzieci, które też obrały drogę kariery artystycznej (np. Paulina Wycichowska, współautorka choreografii). To nie tylko weryfikacja pamięci seniorów, ale i pełne melancholii i…nadziei spojrzenie w przyszłość, pokoleniowy dialog.
Seniorzy wracają na scenę po latach, przypominając się tym, którzy pamiętają ciągle ich kreacje. W balecie to powrót ryzykowny, acz choreograf umiejętnie kreśli dla nich role. Są one w wielu przypadkach pisane „na zamówienie” – to spełnienie wieloletnich, często skrytych marzeń artystów. Ewa Wycichowska (autorka idei spektaklu, jego reżyser, choreograf, ale i wykonawca) wchodzi więc w rolę dobrej wróżki, dając im szansę spełnienia tych marzeń po latach. Sama zresztą też wychodzi na scenę – razem ze swoimi partnerami z najbardziej znanych swoich baletów, m.in. Krzysztofem Raczkowskim, Jarosławem Biernackim i Krzysztofem Brodkiem. W zakończeniu spektaklu natomiast przeistacza się w konferansjera szalonego tańca Salto finale – samba mortale.

W Spotkaniach równie ważną rolę jak choreografia odgrywa muzyka i muzycy. I nie tylko z powodu widowiskowego umieszczenia orkiestry wysoko na scenie z malowniczym, przyciągającym oczy czerwonym irokezem, dyrygentem (Michał Kocimski). Także nie tylko z powodu zainstalowania na foyer teatru instalacji z małą harfą ISA (cud instrument! – budowa i oprogramowanie – Peter Sych), na której Ewa Wycichowska z Krzysztofem Raczkowskim tworzą przedziwnej urody performance, wciągając do niego widzów. Ale Spotkania w warstwie muzycznej też są spotkaniami wieloznacznymi: i dwóch generacji muzyków (Krzysztofa Knittla i jego „uczniów” – Pauliny Załubskiej, Marcina Stańczyka, Artura Zagajewskiego), i dwojga artystów uprawiających różne dziedziny sztuki, czyli Ewy Wycichowskiej i Krzysztofa Knittla, którzy spotkali się na scenie w 1980 roku, tworząc razem spektakl Głos kobiecy/z nieznanej poetki.

Zatem spotkania na różnych płaszczyznach u progu XXI wieku – podkreślaj to multimedialne środki wyrazu, jakich używa reżyser widowiska (m.in. kamery na głowach tancerzy, z których obraz jest przenoszony na dwa duże ekrany ustawione po bokach sceny), komputerowe przetwarzanie obrazu i kształtowanie dźwięku przez obecnego na spektaklu Krzysztofa Knittla (to on „gra” na komputerze, kreuje dźwięk elektroniczny). Co do kamer na żywo – nie jest to zabieg udany, efekt jest dyskusyjny – na ekranach powstaje jakiś nieokreślony zamazany obraz, z którego nic nie wynika. Na uwagę natomiast zasługuje światło (scenograf Ewa Bloom-Kwiatkowska oraz Sławomir Zabawa i Arkadiusz Kuczyński), do którego Ewa Wycichowska przywiązuje od dawna dużą wagę, traktując je jako ważny element nie tylko scenografii, ale i formy dzieła.

Tym, co jest interesujące i nowe w warstwie formalnej, to rozmycie klarownego podziału spektaklu na akty. Kiedy akcja sceniczna powoli zamiera (akt I), na widowni zapala się światło, ale kurtyna nie opada; publiczność przechodzi wolno (bo nie wie, czy to koniec?) na foyer, gdzie Ewa Wycichowska, zakapturzona niczym mnich, razem z Krzysztofem Raczkowskim, „grają” na wirtualnej harfie ISA*, wciągając do tej akcji widzów. Po pewnym czasie światło stopniowo gaśnie i wszyscy przechodzą na widownię na dalszą część widowiska (akt II), zakończoną karnawałowym szałem brazylijskiej samby.

Taki nieostry podział spektaklu ma swoje zalety: przede wszystkim nie rozbija jedności całego przedstawienia, nie powoduje gwałtownego, sztucznego, przerwania jego akcji, a jednocześnie daje nowe wrażenia. „Te dwa akty nie są zbyt dosłowne, to metafora – mówi Ewa Wycichowska – chodzi tu i o akt twórczy i akt jako odkrywający to, co zakryte, i rodzący coś nowego, także seksualny”. Ta metafora może być jednak odczytana i w inny sposób: „miękkie”, rozmyte przejście między aktami to niwelowanie ostrych granic między pokoleniami, dziedzinami sztuki, postawienie akcentu na ich współpracę, szukanie łącznika między nimi.
Świadczyłaby także o tym wypowiedź Ewy Wycichowskiej: – „To jest spektakl o artystach tej dziedziny sztuki, o ich przeszłości, dniu dzisiejszym i być może przyszłości. Te dwa akty dzieją się między dzisiejszym widzem a artystami dziś. Przenikanie między nimi jest tak różnorodne, że każdy powinien tu znaleźć coś dla siebie, co zrozumie – a nie musi rozumieć wszystkiego. Jest czasami tragicznie, czasami optymistyczne, czasami kontrowersyjnie estetycznie, tak jak jest to w dzisiejszej sztuce. Do spektaklu zaprosiłam moich kolegów z obu teatrów (z pewnego klucza), którzy nadal pracują w tej dziedzinie, ale już od wielu lat nie wychodzili na scenę. Chciałam im pokazać, że mogą, musiałam im dać przykład, że można, że artystą jest się także wówczas, kiedy ciało jest inne, zmieniają się warunki fizyczne. To pokazują zresztą już wszyscy, ale ja pokazałam dwie generacje artystów obok siebie, ze sobą. Artyści zawsze są niespełnieni, bo zawsze chcą zrobić więcej, niż im jest dane. W epizodach spektaklu jest więc koncert życzeń – dałam kolegom możliwość spełnienia tego, czego nie mogli, a chcieli zrobić, ich niespełnień. Jestem tu za wróżkę, kreatora, także dla młodych choreografów, dla których zrobiłam spotkanie z kompozytorem. Moje spotkanie sprzed lat z Krzysztofem Knitterem zaprogramowało mnie na całe życie. Na taką pracę, w której zawsze ktoś się nie spełnia, na twórczy kompromis. Wszystko jest niespełnione, ale to nie jest smutne, bo to znaczy, że my jeszcze chcemy, że oczekujemy spełnienia. To jest spektakl o prawdzie. O prawdzie młodych, którzy się tu spotkali, i prawdzie starych, którzy są prawdziwi w tradycji. To spotkanie było dla mnie czymś wspaniałym i wiem, że zrobiłam dobrze, namawiając ich i robiąc taki spektakl . To jest zderzenie, nie konkurs, opowieść o prawdzie, przyjaźni, konkurencji – ale takiej, która wszystkim coś daje. To jest spotkanie muzyki i plastyki, multimediów, ale i spotkanie z widzem”.

Abstrahując od stylu choreograficznego Wycichowskiej, jest to więc bardzo wieloznaczny spektakl pod każdym względem. Nostalgiczny, naznaczony przemijaniem, podkreślający owo niespełnienie artysty, o którego istocie sama Wycichowska mówi: „Moja wizja przyszłości tańca nie jest arkadyjska i daję temu wyraz także w Spotkaniach”. Co z tej podróży sentymentalnej, spotkaniach po latach, powstaje? Niestety, zamiast nowej wartości – pewien miszmasz – i w warstwie choreograficznej (acz nie pozbawiony ciekawych fragmentów), i muzycznej, zakończony zupełnie niezrozumiałymi rytmami południowoamerykańskimi, zaprzeczającymi wyznaniu choreografa, iż jego wizja przyszłości tańca nie jest arkadyjska.

Anna Leszkowska

 

*Harfa ISA jest pierwszą na świecie programowalną harfą na podczerwień. Posiada 32 niewidzialne struny – wiązki podczerwieni w specjalnym układzie kratownicy (16 strun poziomych i tyle samo pionowych), dzięki czemu urządzenie nie tylko wykrywa ruch dłoni, ale również ich położenie w polu ramy. Pozwala to na uruchamianie kilku funkcji jednocześnie, np. sterowanie głośnością dźwięku, tempem utworu, czy rozsyłaniem dźwięków w kwadrofonicznym systemie. Istotą instrumentu jest specjalnie stworzone oprogramowanie, które pozwala nie tylko na generowanie muzyki, ale również zintegrowanych z nią wizualizacji (oprogramowanie współdziała z projektorem). Istnieje możliwość zapisywania i odtwarzania własnej muzyki lub skorzystania z bazy próbek dźwięków zawartych w oprogramowaniu. Harfa ma także funkcję przestrajania strun w trakcie grania. Zarówno wytwarzane przez instrument dźwięki, próbki utworów, jak i obrazy są programowalne w nieskończoność. Instrument ma kształt kwadratowej ramy o boku 1,25 m.

Dodaj komentarz