To hańba wstydzić się lalek

 

Wrocławski Teatr Lalek, gdy tylko lokalni radni to przyklepią, będzie niebawem Teatrem Miejskim. Owa zmiana jest zapowiadana jako zmiana kosmetyczna. Ponoć jest to pomysł samego naszego najwyższego i najlepszego w Polsce prezydenta miasta z ambicjami metropolitalnymi. To ma być pragnienie najwyższej władzy, której nikt się nie odważy sprzeciwić. Tak sobie myślę niepotrzebnie, czy nazwa Wrocławski Teatr Lalek jest nazwą wstydliwą dla takiego dużego miasta ze wspomnianymi ambicjami?

Oczekiwania pana prezydenta od razu trafiły na podatny grunt, bo początek dyrekcji Roberta Skolmowskiego przy Placu Teatralnym (2007). Choć nie ukrywam, że znając niezaspokojone ambicje tego artysty, byłem przekonany, że zacznie tu ściągać najwybitniejszych lalkowych szaleńców, animatorów niekonwencjonalnych zjawisk, krótko to ujmując, że stworzy tu na bardzo dobrej glebie ośrodek lalkarski pulsujący na cały świat, bo też ma gdzieś teraz głęboko schowany, jak się okazuje, dyplom wydziału lalkarskiego. To hańba dla wydziału lalkarskiego, że wypuścił takiego syna marnotrawnego. Ja bym mu ten dyplom cofnął.

Sztuka lalkarska jest jedną z najwspanialszych sztuk w obrębie szeroko rozumianego teatru. Ale nie mam na myśli bezmyślnego powielania bajkowych przedstawień, bo ta sztuka ma niepoliczalną ilość twórczych gałęzi. Ktoś, kto tego nie wie, nie czuje, jest tylko prymitywnym ignorantem.

Takie małe, kameralne formy, ani wielkie jak domy kukły, nigdy nie interesowały dyrektora Skolmowskiego, bo uznanie zyskał jako inscenizator mega widowisk operowych i operetkowych, za co był też różnymi laurami honorowany, więc z lalkami już na samym początku było nie po drodze. On tu robi dla świata takie wspaniałe dziwowiska, a tu lalki, które nie wiadomo, jak wziąć do ręki, żeby nie skoczyły ze złości mu do gardła. Miał duży zespół jak nigdzie w Polsce fachowców z najwyższej półki, profesorów i wykładowców wrocławskiego wydziału lalkarskiego teatralnej uczelni. Nie miał dla nich żadnych propozycji, czasem komuś się trafiło zagrać w jakimś przedsięwzięciu tak zwany „ogon”, czyli rolę trzecioplanową. Jeśli lobby przyszłego dyrektora Teatru Miejskiego będzie miało jakąś siłę, jak teraz, to pewnie będzie optował za zlikwidowaniem wydziały lalkarskiego, bo po co on komu. Większość teatrów lalkowych gra dziś w tak zwanym żywym planie, a lalki są tylko elementem urozmaicenia, a właściwie częścią dekoracji. Sztuka animacji w tym teatrze umiera.

Wymyślił teatr czytany celebrytów, czyli ludzi, którzy za duże pieniądze robili „wypas” medialny na parę dni, a potem znikali i chwilę po ich zniknięciu, znikał też spektakl. Nazwiska były zacne: Peszek, Kolberger, Radziwiłowicz, Grabowski, Szczepkowska – ale świeciły przez chwilę, żeby dyrektor dowartościował się w ich blasku. Za to on nie znikał z łamów prasy i radiowych, i telewizyjnych gorących wiadomości. Mogę przed nim klęknąć za wymyślenie i realizację bajkobusowych historii. I tyle, ale tym na pewno zapisze się złotymi zgłoskami w historii polskiego lalkowego teatru. To jednak też za tym kryła się skłonność do efekciarstwa dla medialnego sukcesu. Często wątpliwego i kulawego artystycznie.

W snobistycznych gronach tytuł i funkcja dyrektora jakiegoś teatru lalek odbierana jest jak rola pomywaczki albo sekserki w fermie drobiowej. W szkole teatralnej krąży taka anegdota, że dyrektor Wrocławskiego Teatru Lalek szuka aktorów: „perfekcja w animacji lalek nie jest konieczna”. Nie ważne, ile jest w tym prawdy, a ile złośliwości, fakt jest jeden, że Robertowi Skolmowskiemu udało się liczącą się w Polsce scenę lalkową przekształcić w hybrydowy twór, gdzie najlepsi animatorzy siedzą w domu, czekając na jakąś interesującą artystycznie propozycję. Teraz w ramach teatralnej rewolucji będzie mógł ich wyrzucić na zbity pysk. Zresztą już to zaczął robić.

Krzysztof Kucharski

Tekst publikowany w GAZECIE WROCŁAWSKIEJ – 14.05.2011

Dodaj komentarz