TEATR ŚRODKA

Rozmowa z Wojciechem Malajkatem.

Jak określiłby Pan kształt tego, do czego Pan dąży, jeśli chodzi o wyraz artystyczny Syreny?

Unikam manifestów. Nie głosiłem ich w momencie, kiedy zostałem dyrektorem teatru, nie napisałem programu zmian i programu artystycznego w punktach. Chciałbym, żeby publiczność sama zorientowała się, że odwiedza już nowy Teatr Syrena. Nowy, czyli nieco inny dzisiaj niż wczoraj. Najbardziej interesuje mnie aktorski „teatr środka”. Teatr, który umie zaangażować się w dyskusję moralną takimi przedstawieniami jak „Łup”, „Skazani na Shawshank” czy „Lawrence & Holloman”, ale proponuje też wysokiej klasy czystą rozrywkę, jak „Zamach na Mozarta”, gdzie znajdzie się miejsce dla „Pana Tadeusza” i dla familijnej bajki „Momo”. Każdy teatr ma swoją niszę do wypełnienia, inną – TR Warszawa, inną – Teatr Syrena. W różnorodności jest sens i siła. Mój „teatr środka” to miejsce, w którym człowiek może się wzruszyć, jak na „Zamachu na Mozarta”, kilkoma pięknymi piosenkami czy przejąć losem przetrzymywanych w drastycznych warunkach mężczyzn w „Skazanych na Shawshank” , zaniepokoić się o losy pesymisty i optymisty w „Lawrence & Holloman”, wreszcie z całą rodziną przyjść na „Momo” – piękną opowieść, której jednym z bohaterów jest czas…

Pan jako aktor, reżyser, dyrektor – to chyba dość trudne w praktyce połączenie?

Oczywiście, ale dostrzegłem pewną zasadę, np. przykładając model Teatru Polonia do mojego teatru. W Polonii Krystyna Janda gra w prawie każdym przedstawieniu. Także reżyseruje. Tak samo chyba wygląda to w moim przypadku w Syrenie. Moje aktorstwo wynika z pewnego poczucia obowiązku wobec publiczności. Wiem, że część widzów, którzy oglądali mnie w Teatrze Studio i w Teatrze Narodowym przyszła za mną do Syreny, gdzie chce mnie nadal oglądać jako aktora. To brzmi nieskromnie, ale nie od dzisiaj wiadomo, że widzowie przychodzą do teatru przede wszystkim na aktorów. Kiedy zostałem dyrektorem Teatru Syrena myślałem o ograniczeniu działalności aktorskiej, skoncentrowaniu się na reżyserii i budowie nowego wizerunku artystycznego miejsca. A na razie głównie gram, niestety.

Niestety?

Niestety, gdyż jest to trochę męczące. Mam mnóstwo obowiązków jako dyrektor. Nie ukrywam, że gram także dlatego, ponieważ chcę, żeby to miejsce kojarzyło się ze mną: Wojciechem Malajkatem.

I odchodząc będzie Pan miał przekonanie, że będzie się mówić Teatr Syrena Wojciecha Malajkata?

Tak, chciałbym. Boję się jednak, żeby mnie nie posądzono o megalomanię!

U nas panuje chory przymus na skromność. Każdy dyrektor artystyczny teatru pragnie wycisnąć na nim swoje piętno. I przecież jest to najbardziej prawidłowe i naturalne pragnienie! Między innymi i po to w końcu jest dyrektorem artystycznym. Jest Pan także reżyserem. Czy dyrektor – reżyser – aktor to nie zbyt skomplikowany układ dla Wojciecha Malajkata?

Naprawdę taki płodozmian mi służy. Jeszcze w każdy poniedziałek jeżdżę do Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, gdzie jestem wykładowcą. Tylko to nie łączy się bezpośrednio z pracą w teatrze. Mam siłę i zasoby, z których czerpię. Reżyseruję coraz rzadziej – od kiedy objąłem Syrenę zrobiłem tylko „Łup”. Brakuje mi czasu. Ale mam na oku ciekawy tekst, więc chyba ten czas będę musiał znaleźć. Będzie to jedna z pierwszych propozycji nowego sezonu. Zapraszam też z radością do Syreny różnych twórców.

Maluje Pan także obrazy…

Och, nie mówmy o tym! W malowaniu jestem zupełnym amatorem. Zacząłem od malowania farbami olejnymi, bo jak już spadać, to z wysokiego konia. Mam trzy obrazy skończone, trzy rozpoczęte… Może kiedyś do nich wrócę…

No to jeszcze może Pan zacznie pisać?

Nie, nie. Ani o sobie, ani w ogóle.

Czy w Pana pracy aktorskiej są momenty, które uznałby Pan za przełomowe?

Na podsumowanie mam jeszcze czas, ale gdybym teraz próbował określić „kroki milowe” w moim rozwoju aktorskim, to przełomem był Astrow w „Wujaszku Wani” Czechowa w Teatrze „Studio”. Potem seria ról w Teatrze Narodowym w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego: Pijak w „Ślubie” i Mistrz Fior w „Operetce” Gombrowicza, rola w „Hamlecie” Stanisława Wyspiańskiego.

W „Hamlecie” grał Pan Wyspiańskiego, który jest umierający. Odchodzi, stając się Hamletem, a potem Konradem z „Wyzwolenia”… Hamlet automatycznie kojarzy się z określoną stylistyką i grą. Kim dla Pana był Hamlet?

„Hamlet” Wyspiańskiego jest o tyle… prostszy? Tak, chyba o tyle prostszy, że jest to właściwie komentarz. Umierający aktor, który wspomina emocje związane z graniem tej roli przed laty. Jerzy Grzegorzewski, kiedy reżyserował tę sztukę był już ciężko chory. Każde jego kolejne przedstawienie od tego „Hamleta” było pewnym testamentem artystycznym i życiowym. Grzegorzewski żegnał się z teatrem, z widownią, z nami. To się czuło. Miałem absolutną świadomość tego, że uczestniczę w czymś, co jest zapisane drżącą ręką. Myślę, że publiczność też to czułą. Przejmujący monolog Jerzego Radziwiłowicza o umieraniu w „On. Drugi Powrót Odysa”. ..

Jako młody aktor grał Pan Hamleta Szekspirowskiego. Czy tamten Hamlet w jakiś sposób odezwał się w Hamlecie Grzegorzewskiego?

Wiele z tamtych emocji odezwało się na nowo, ale w formie dojrzalszej i jakby na innej wyspie. W innym kontekście.

Pan bardzo wrósł w teatr Grzegorzewskiego?

Tak, chyba nam się udawało jakoś porozumieć i zrozumieć, stąd ta trwająca dwadzieścia jeden lat współpraca. Ze zdziwieniem i zaskoczeniem sobie uświadamiam, że to trwało tyle lat. Kiedy Grzegorzewskiego zabrakło, zacząłem ten czas podsumowywać. Z dumą.

Co w teatrze Grzegorzewskiego było dla Pana najważniejsze?

Wieloznaczność. Nie godziła się nigdy na dyktando publiczności, czasów, mód, trendów, gustów recenzentów itd. Jego wielka niezależność, jego charyzma.

A plastyczne widzenie teatru?

Oczywiście. Ja bym tego jednak nie nazywał plastyką, lecz pewnym rytmem, który on organizował w przestrzeni sceny za pomocą aktorów, scenografii, muzyki Stanisława Radwana. To tętniło. To nie był obraz. Tworzył teatr na swój sposób i to było wspaniałe.

W Pana aktorstwie coś z tych lat u Grzegorzewskiego zostało, czuje się w nim jakby dodatkowy wymiar, przestrzenność.

Bardzo to sobie cenię, bo ten teatr mnie ukształtował, zmienił moje myślenie o zawodzie. Od niego nauczyłem się nie tylko indywidualnego, skupionego na sobie, ale i tym, co nas otacza spojrzenia. A to bardzo rozwija. Cieszę się, że Pani i może jeszcze inni dostrzegają we mnie piętno teatru Grzegorzewskiego!

Postać, którą Pan gra staje się dzięki temu ciekawsza, bo wielowymiarowa, ustawiona w jakimś kontekście. Mówiła o tym kiedyś Irena Kwiatkowska, że w grę aktora powinno być także wpisane to wszystko, co jest dookoła niego, więc i publiczność. Taka jakby gra przed specjalnym lustrem.

Mówienie o sobie – aktorze zubaża aktora, więc nie chciałbym ujawniać wszystkich sekretów. W aktorstwie zawsze tkwi pewna tajemnica.

Opisanie aktora słowami nie jest proste, a często staje się niemożliwe, bo jak oddać np. szybkie, ukradkowe spojrzenie w bok? Słowa opisują je i opisują, a to było mgnienie, nawet nie chwila i już ustawiło postać inaczej. Kiedyś, była to taka sobie rozmowa – zabawa, usiłowaliśmy ze Zbigniewem Zapasiewiczem opisać Zapasiewicza – aktora. Tajemnica jednak została.

Tak, to wykracza poza formę, jaką słowo nadaje, staje się ono zbyt ubogie. To dobrze. Temu towarzyszy jakaś emocja.

Co dla Pana jest w aktorstwie najważniejsze?

Właśnie tajemnica, która polega na tym, że działamy na wszystkie zmysły. Gdyby odjąć wzrok, to, co robimy byłoby uboższe, bo człowiek przychodziłby tylko słuchać. Kiedy przychodzi oglądać i nie słyszy, to odejmujemy też tę warstwę. A kiedy już i widzi, i słyszy, może doznać dreszczu jakiejś metafizycznej emocji. Tego nie da się opisać słowami, a potrafi czasem działać jak narkotyk. Przeżyłem kilka takich chwil, dlatego wciąż jestem aktorem.

Nie lęka się Pan, że taka chwila Pana uniesie za daleko?

Nad sobą trzeba umieć panować. To są cudowne chwile, ale ja twardo stąpam po ziemi, więc nie boję się, że to mną tak zawładnie, że zapomnę, gdzie jestem i kim jestem. Uniesienia nie wiążą się z utratą kontroli nad sobą.

Jest jednak to przekonanie, że jeszcze maleńki kroczek i może Pan z publicznością zrobić wszystko?

Ta świadomość jest, ale nie zrobię niczego, żeby przekroczyć tę cienką granicę. To w teatrze cała nasza aktorska wspólna gra z publicznością polega na tym, że to ja decyduję. Teatr Syrena proponuje, widz przychodzi lub nie. Do Syreny stale jednak chętnie przychodzi. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której publiczność mogłaby coś nam narzucać.

Zdarzały się Panu nieprzewidziane reakcje publiczności, np. widzowie śmiali się nie w tym momencie, w którym Pan się tego spodziewał?

Nieczęsto, ale tak. Najczęściej to, co sobie zorganizuję się sprawdza. Odpowiedni styl gry, interpretację itd. podpowiada mi intuicja i doświadczenie.

Czy ma Pan jakieś aktorskie marzenie?

Nie. Daję się repertuarowi zaskakiwać. W Syrenie gram role, jakich nigdy jeszcze nie grałem – jak w przedstawieniu „Lawrence & Holloman”. Daję się tym postaciom zaskakiwać, szukam w nich siebie i jest to bardzo ciekawe. Nie towarzyszy temu wybieranie dla siebie ról i spełniane własnych aktorskich marzeń. Raczej myślę o rolach dla kolegów, które spełniłyby ich oczekiwania.

Kolejny Hamlet jeszcze na Pana gdzieś za rogiem czeka?

Mam nadzieję. Nie będę przecież wiecznie dyrektorem Teatru Syrena. Jeszcze tu trochę pobędę, pozwolę okrzepnąć temu wrażeniu, że to miejsce się zmienia i zacznę coś nowego w jeszcze innym miejscu.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

 

 

Dodaj komentarz