Zemsta słodka jak piołun

Niczym włoski Konrad Wallenrod – wkrada się w łaski księcia, uprzedza jego wyuzdane zachcianki, aby w najmniej spodziewanym momencie zadać mu śmiertelny cios. Samotny spiskowiec jednak, udając rozpustnika, sam się nim staje. Kąsek dla teatru niebywały.

O  Lorenzaccio Musseta w Teatrze Narodowym pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”

Mimo to Lorenzaccio Musseta rzadko pojawia się na afiszu – poprzednio w stolicy ćwierć wieku temu w Teatrze Współczesnym w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego z Krzysztofem Kolbergerem w roli tytułowej, a w Teatrze Narodowym niemal 40 lat temu w reżyserii Adama Hanuszkiewicza ze Zdzisławem Wardejnem. Tak więc to rzadki gość na scenie i nic dziwnego, bo dramat ogromny, prawie sto postaci, 40 zmian scenicznych, pisany z osobliwym podtytułem „Teatr w fotelu”, na przekór panującym konwencjom. Przed reżyserem stawia wyzwanie wykrojenia z tego ogromnego materiału własnego scenariusza, podporządkowanego własnej myśli inscenizacyjnej. Dla Francuza wyzwanie tym większe, bo w tytułowej roli występował legendarny Gerard Philippe, z którym za młodu chciał mierzyć się Jacques Lassalle, wracający teraz do tego fascynującego tytułu po latach.

Jak w poprzednich inscenizacjach w Narodowym („Tartuffe”, „Umowa”) Lassalle z pomocą Doroty Kołodyńskiej wypatroszył scenę teatru, a nawet ją nieco powiększył (usunął pierwszy rząd, obnażając surowe piękno zaplecza technicznego sceny, z balkonami, rampami świetlnymi), sugerując zmiany przestrzeni swego rodzaju tańcem zastawek-spatynowanych luster. Dzięki temu prostemu zabiegowi scena ogromniała i malała, stawała się kramami kupców, komnatą księcia z monstrualnych rozmiarów łożem rozkoszy, wnętrzem komnaty Lorenza, w której zagłębieniu dokona się mord rytualny mściciela, cmentarzem z otwartym grobem, salą koronacyjną i ogromnym placem florenckim, gdzie Lorenzo daremnie dobija się do domów swych politycznych przyjaciół, potwierdzając to, co już wiedział, że nikt nie pospieszy z pomocą uzależnionej od obcych potęg ojczyźnie.

Zharmonizowanie widowiska, jego orkiestracja, zmienny rytm, łączący kameralne starcia głównych bohaterów ze scenami zbiorowymi karnawału, spisku, politycznych intryg i komeraży budzi szacunek, a kluczowe sceny porywają wynalazczością i ostrością wymowy: akt zemsty całkowitej, mroczna scena w komnacie Lorenza z teatralną ucieczką od dosłowności czy też monumentalna scena koronacji nowego władcy, brata zabitego księcia, z bliźniaczym obliczem Zbigniewa Zamachowskiego. Razem z Marcinem Hycnarem stworzyli pełen dwuznaczności, mocny duet, z żywiołową witalnością Zamachowskiego i wykalkulowanym zepsuciem demonstrowanym przez Hycnara. To kolejne osiągnięcie młodego artysty, któremu powiodła się sztuka odsłonięcia niszczącego zła, któremu nie ma już siły się przeciwstawić, i równie obezwładniającego rozczarowania światem.

Polityczny wydźwięk przedstawienia, aktualizujący opowieść o niegdysiejszych konfliktach we Florencji, wzmacniał drugi duet, dialogi kupców (wyśmienici Jerzy Łapiński i Henryk Talar), ironiczny komentarz do świata wielkiej polityki, i misterne gry manipulanta, kardynała Cibo (Janusz Gajos). Jego moralną przeciwwagą była matka Lorenza, jedyna tu postać bez skazy. Ewa Wiśniewska, dysponując nader skąpym materiałem, tchnęła w tę jednowymiarową postać prawdę życia, ukazując głuchą rozpacz matki nad upadkiem syna. Mniej przekonująco wypadła opozycja polityczna (u Musseta też słaba), Wiesław Komasa nie czuł się najlepiej w Mussetowskiej retoryce, podobnie jak Beata Ścibakówna nie nadała margrabinie Cibo rysów drapieżcy, ale poprzestała na deklaracjach.

Lorenzaccio Lasalle’a to opowieść o władzy, która zatruwa serca i umysły, o uwodzicielskiej sile zła, niweczącej najszlachetniejsze intencje, o oportunizmie, który święci triumf nad kontestatorami. Przedstawienie wielkiej goryczy, z szekspirowskim rozmachem snujące opowieść o uniwersalnych mechanizmach władzy i upadku, jaki sam sobie może zgotować człowiek. Tego mocnego wydźwięku nie obniżają ani słabsze tempo pierwszej części, ani niedoskonałości aktorskie. A wreszcie: gdzie poza operą możemy na scenie oglądać takie tłumy, tak wprawną ręką prowadzone?

 

Tomasz Miłkowski

 

LORENZACCIO Alfreda de Musset, tłum. Joanna Guze, oprac. sceniczne i reż. Jacques Lassalle, współpraca reżyserska Edward Wojtaszek, scenografia i kostiumy Dorota Kołodyńska, muzyka Jacek Ostaszewski, reż. światła Mirosław Poznański, choreografia Emil Wesołowski, układ szermierczy Tomasz Grochoczyński, Teatr Narodowy, sala Bogusławskiego, 12 marca 2011

 

Dodaj komentarz