Koniec szmirusa

 

Kiedy 21 lat temu Komediant Thomasa Bernharda pojawił się na afiszu Teatru Współczesnego w Warszawie okoliczności czasu były inne – Tadeusz Łomnicki w roli tytułowej portretował katastrofę teatru-misji, nie tylko tragiczny upadek domowego tyrana. Koniec pewnej epoki, kiedy teatr sprawował rządy dusz i pełnił liczne funkcje zastępcze, symbolizował finał dopisany przez Erwina Axera: na oczach publiczności scena teatralna obracała się w zgliszcza. Mimo wszystko Łomnicki mógł całkiem serio głosić credo swego bohatera, dzisiaj zabrzmiałoby to niewiarygodnie. Toteż Waldemar Śmigasiewicz w dzisiejszej wersji Komedianta, bodaj bliższej intencjom Bernharda, a na pewno austriackim kontekstom, z jakimi się wiązała, wydobył przede wszystkim wątek tragikomiczny.

 

 

Aktor Bruscon objeżdżający ze swoją rodziną zabitą prowincję, gdzie przedstawia swój niewydarzony dramat „Koło historii”, już wie, że nie sprawuje rządu dusz, on rozpaczliwie walczy o resztki, o ochłapy, o to, co jeszcze da się wydrzeć, aby podporządkować sobie – choćby na pozór – niesforny świat, zajęty bardziej świńską kiszką niż krainą ducha. Bruscon Kazimierza Kaczora jest wyjątkowo uciążliwym gościem gospody w Utzbach, zalewa jej właściciela i świniobójcę w jednej osobie potokiem słów, miota wokół obelgi, łaje bez ustanku, poniża i tresuje najbliższych (jego zahukane dzieci, adepci aktorstwa toną we łzach), aby zachować moc swojej urojonej władzy. Rozczarowany światem fantasta pielęgnuje w sobie wizerunek Bruscona-artysty, domniemanego króla sztuki o nieomylnym guście. Urodzony śledziennik budzi rozbawienie publiczności, ale i pewne zaciekawienie gospodarza (Krzysztof Stroiński).

Śmigasiewicz koncentruje uwagę na zderzeniu dwu światów: wędrującego komedianta z pretensjami do absolutnego duchowego panowania i zapracowanego gospodarza, którego codzienna, uregulowana obowiązkami egzystencja zostaje zakłócona przybyciem dziwnego gościa. Ich walka jest nierówna, Kaczor i Stroiński dysponują nieporównywalnymi środkami, pierwszy nadmiarem tekstu, drugi niemal jego brakiem, Kaczor jak wulkan wyrzuca z siebie lawę jadowitych słów, Stroiński od czasu do czasu coś odbąknie, tylko człapie przez scenę to w tę to w tamtą stronę, to w górę, to na dół po utartych ścieżkach codziennych zajęć. Ale to on ma rzeczywistą władzę, on wydaje strawę, on zapewnia kontakt z zewnętrznym światem, on tu rządzi niepodzielnie, choć komediant usiłuje zagłuszyć tę irytującą go prawdę swoją nieposkromioną gadaniną. Tylko w chwilach, kiedy Bruscon dunderuje na dzieci-aktorów, kiedy ustawia dekoracje i wypróbowuje efekty, każe odsłaniać i zasłaniać kurtynę, niepostrzeżenie w tej jałowej krzątaninie objawia się magia teatru.

Czasem wydaje się, że te dwa obce światy przyciągają się, budzą wzajemne zainteresowanie, może nawet chwilowe porozumienie, ale po krótkiej chwili okazuje się to niemożliwe, dzieli je przepaść. Nawet jeśli łączy ich talerz rosołu, o który dopomina się komediant, to wszystko pozostałe dzieli. Oto los niepotrzebnego już komedianta, który co najwyżej może dostać napiwek – kiedy w końcu nie dojdzie do spektaklu, bo wybucha pożar i publiczność opuszcza gospodę w popłochu, właściciel bez słowa wciska komediantowi niewielki plik banknotów i rzuca na pożegnanie świńską kiszkę. Bruscon kamienieje w poczuciu klęski. To koniec szmirusa. Mimo wszystko będzie go nam brakowało.

Mądre, dowcipnie, choć gorzkie przedstawienie, grane wyśmienicie, a przy tym dowód, jak dobrze przysłużył się remont Powszechnego do budowania indywidualnego charakteru przestrzeni scenicznej – tym razem ogarniającej również schody i boczne balkony techniczne – komponującej kształt widowiska.

 

Tomasz Miłkowski

 

KOMEDIANT Thomasa Bernharda, tłum. Jacek St. Buras, reż. Waldemar Śmigasiewicz, scenografia Maciej Preyer, Teatr Powszechny Scena 200, premiera 28 stycznia 2011

Recenzja publikowana w tygodniku „Przegląd”

 

Dodaj komentarz