Beckett w Polskim

 

I co teraz?

Olga Sawicka jako Winnie

Na pozór jak zwykle u Becketta: klasyczny układ o znanych, zdefiniowanych składnikach (postaciach), które w jego laboratorium dramatu przechodzą próbę zakłócenia układu. To nie jest świat, który naśladuje rzeczywistość, ale inny wykreowany model świata, który sprowadza do elementów podstawowych napięcia, jakie powstają między ludźmi pozostającymi ze sobą w z góry określonym związku (żona-mąż, podwładny-zwierzchnik, syn-rodzice). Jak by nie próbować tego uniknąć, układ zawsze zmierza w jednym kierunku – osiągnięcia stanu równowagi, czyli dramatycznego samounicestwienia. Tak też jest w Szczęśliwych dniach i w Końcówce, dramatach odchodzenia, pierwszym, który rozgrywa się w bezkresnej przestrzeni, wyludnionym pustkowiu, drugi w klaustrofobicznym wnętrzu, gdzie wegetują być może już ostatni rozbitkowie ze zdegenerowanego świata. W pierwszym gangrena toczy naturę, w drugim umiera kultura. Dwie przestrzenie, po raz pierwszy w takim zestawieniu w jednym spektaklu, a wynik jednakowy.

 

 

A jednak tym razem Beckettowski model spotyka się z widoczną w spektaklu intencją przywołania teatralnego maga, Zbigniewa Zapasiewicza. I nie rzecz w deklaracji intencji, jaką twórcy spektaklu składają, dedykując go pamięci Zapasiewicza, „naszego Mistrza i Przyjaciela”. Nawet nie w tym, że w teatralnym westybulu zagościła skromna wystawa pamiątek: zdjęcia i kostiumy Zapasiewicza z ról, jakie grał w Polskim, zdjęcia z jego spotkania z Beckettem w pamiętnym spektaklu Teatru Powszechnego Zapasiewicz gra Becketta, a także jego zegarek, nie ukończona krzyżówka. Rzecz w tym, że pytanie Winnie (Olga Sawicka) „I co teraz?”, które zadaje po każdej sekwencji konwencjonalnych, codziennych czynności, to także pytanie do nas, a przed wszystkim osieroconych najbliższych, przyjaciół-aktorów, reżysera. Ta podwójna perspektywą towarzyszy też finałowej scenie Szczęśliwych dni, kiedy Winnie i Willy (Zdzisław Wardejn) patrzą na siebie po raz ostatni z poruszającą intensywnością.

Ten kontekst widoczny jest także w drugiej części. Oczywiście nie ma mowy o żadnym naśladownictwie, ale w kreacji Andrzeja Seweryna (Hamma) można dostrzec pewne podobieństwo techniki aktorskiej, stosowanych sposobów na uruchomienie wyobraźni. Wprawdzie to Beckett nakazał Hammowi ziewać po przebudzeniu, ale Seweryn ziewa rozdzierająco, widowiskowo, można powiedzieć, Zapasiewiczowsko, a kiedy po rytualnym składaniu i rozkładaniu zakrwawionej chustki oznajmia świata „Ja teraz gram”, to z tą znajomą siłą władczą, jaką odnajdywaliśmy w kreacjach Zapasiewicza. Hamm Andrzeja Seweryna jest artystą-pisarzem trwającym uporczywie przy swojej ostatniej roli. Urywający się z łańcucha, zniewolony Clov Jarosława Gajewskiego jest kuśtykającym widmem z umierającego świata. Wielki duet, zderzenie rozkapryszonego egocentryka z rozchwierutanym psychicznie niewolnikiem, rutynowa walka pana i sługi, toczona już bez wiary w jej sens, ale z przyzwyczajenia, do końca.

Beckett po raz pierwszy pojawił się na scenie stołecznego Teatru Polskiego i od razu z rezultatem artystycznie wyśmienitym.

 

Tomasz Miłkowski

 

Szczęśliwe dni/Końcówka Samuela Becketta, tłum. i reż. Antoni Libera, scenografia Dorota Kołodyńska, reż. światła Piotr Pawlik, Teatr Polski, 15 stycznia 2011

[Tekst opublikowany w tygodniku Przegląd, 13 lutego 2011]

 

Dodaj komentarz