TEATR MÓJ WIDZĘ OGROMNY, WIELKIE POWIETRZNE PRZESTRZENIE…

 

Renata Jasińska

Rozmowa z Renatą Jasińską, aktorką, reżyserem, autorką scenariuszy, dyrektorem Teatru „Arka” i prezesem Stowarzyszenia Przyjaciół Teatru „Arka” we Wrocławiu.

 

 

29 stycznia 2011 w Teatrze Arka odbyła się premiera przedstawienia „Świątynia. Dybuk – legendy żydowskie”. Scenariusz – Jarosława Makus oraz Renata Jasińska inspirowany tekstami: „Dybuk. Na pograniczu dwóch światów” – Szlojme Zajnwil Rapaport (An-ski), „Sąsiedzi i strach” – Jan Tomasz Gross, „My z Jedwabnego” – Anna Bikont, „Chaskiel” – Tadeusz Różewicz, „Księga Zohar”, „Reichmann w Jerozolimie – Rzecz o banalności zła” – Arendt Hannah, „Antygona” – Sofokles. Skąd pomysł teatralnego „wplątania się” w kulturę żydowską i Holokaust?

Właściwie wywiedziony z mojego dzieciństwa, dorastania, czasów późniejszych. To stale we mnie żyło. Moja mama była w obozie w Stutthofie. Została tam wywieziona ze Lwowa. Cały czas żyłam Holocaustem, bo mama bardzo dużo mi opowiadała o obozie, o wojnie. Z tym piętnem i ciężarem wchodziłam w dorosłe życie, co, oczywiście, miało bardzo istotny wpływ na moje myślenie, emocje. Na początku nie bardzo chciałam, żeby przedstawienie miało tak wyraźne odniesienia do Holokaustu, ale to jednak we mnie cały czas tkwi. Pomyślałam, że może jest to sposób na pewne oczyszczenie się z lęków dzieciństwa i tego piętna, które mama mi narzuciła. A kultura żydowska interesowała mnie „od zawsze”. Sporo o niej wiem, dużo na ten temat czytałam. Po śmierci mamy dowiedziałam się, że mieliśmy jakieś korzenie żydowskie. Tym bardziej tradycje i kultura Żydów mnie zainteresowały.

Jakby zacząć głębiej dociekać, to bardzo wielu ludzi ma korzenie żydowskie…

To prawda. Ja zaczęłam szukać i się doszukałam. Mama na ten temat nie za wiele mówiła, więc zaczęło mnie to intrygować. Z jednej strony zafascynowała mnie niezwykłość ich kultury, z drugiej fakt, że o polskich Żydach właściwie stale wiemy mało, chociaż jest ich tu, i zawsze było, dużo. Nasza kultura jest przecież mocno związana z ich, bo od wieków żyliśmy w jednym kraju. Pierwszy od 40 lat stały rabin Wrocławia i Dolnego Śląska, Izaak Rapoport, mówi, że Żydzi byli tutaj od 800 lat.

Rapoporta przysłała do Wrocławia organizacja Shavei Israel, która posyła rabinów w miejsca, gdzie odradzają się żydowskie życie i tradycja. W Polsce przedstawiciele Shavei Israel są jeszcze w Warszawie, w Łodzi i w Krakowie.

Tak, to odradzanie się jest widoczne. Mimo to ukazuje się niewiele książek o tej tematyce, wykupiłam chyba wszystkie, jakie były dostępne. Czyżby nadal był to temat tabu?

Po 1968 roku została pustka – tu nic nie było. A stały rabin we Wrocławiu był przed wojną, więc pamięta go coraz mniej osób. Od 2002 roku kilka razy w roku przyjeżdżał do Wrocławia rabin z USA…

To odradzanie się musi potrwać. W Polsce jest wielu ludzi, którzy mają żydowskie pochodzenie z matki, z ojca, nawet z jednego dziadka. Ludzie się bardzo interesują kulturą żydowską, co stwierdzam sama jako reżyser i dyrektor Teatru „Arka”. Zamówienia na bilety na przedstawienie „Dybuka” pojawiły się natychmiast, gdy tylko w mieście rozlepiono afisze. Interesowali się tym spektaklem także nauczyciele ze szkół średnich. Jest więc jakaś ogromna chęć poznania tej kultury.

To naturalne, ludzi przyciąga też folklor żydowski…

Jest bardzo atrakcyjny. Tylko się czasem zastanawiam, czy świadczy to o tym, że lepiej ten temat zamiatać pod dywan, czy też jest to autentyczne zainteresowanie tą kulturą? Nie wiem. Ja chciałabym wiedzieć jak to było, jak to jest. Jako Polka, która do końca nie wie, kim jest.

 

Czy sprawa Holocaustu podjęta przez Panią w teatrze spowodowała, że nabrała Pani dystansu? Dała to oczyszczenie?

 

Gdzieś się oczyściłam, ale… Pokazałam próbę tego spektaklu Niemcom. Nie planowałam tego, ale akurat przyjechali do „Arki” Niemcy, którzy będą z nami realizować projekt o Edycie Stein. Byli wstrząśnięci, dyskutowali o tym. Mówili, że jako społeczeństwo, naród, uporali się z poczuciem winy, ale, gdy oglądają cos takiego, to stwierdzają, że stale chyba nie do końca. Ważne, że rozmawiają na ten temat, podczas gdy u nas tematy niewygodne i nieprzyjemne się omija. Nie są przedmiotem dysput narodowych, a tym samym refleksji. Przedstawienie „Dybuka” wywarło więc na tych Niemcach wielkie wrażenie. Stwierdziłam wtedy, że „to” zeszło ze mnie. Z drugiej strony sama się w to znowu wkręciłam, gdy poznałam Macieja Hofmana, malarza, gdy zobaczyłam jego obrazy. Stwierdziłam, że nurtują nas podobne problemy. Hofman powiedział mi coś ważnego, że trzeba zmieniać tę rzeczywistość dostarczając ludziom różnych informacji dotyczących naszej historii. Doszłam do wniosku, że trzeba o tym mówić. Z różnych punktów widzenia, z różnych perspektyw. Takich problemów, których się nie porusza z najrozmaitszych względów jest wiele. Przygotowujemy – we współpracy z różnymi środowiskami i różnymi ludźmi – wielokierunkowy, ale głównie teatralny, projekt dotyczący Edyty Stein…

 

Teatr jest chyba najlepszym środkiem do poruszania tematów trudnych i wsadzania kija w przysłowiowe mrowisko…

 

Tak, bo jest sztuką żywą, jest spotkaniem człowieka z człowiekiem na kanwie konkretnego tematu, problemu. Można poprzez teatr dotrzeć do różnych środowisk i nawet w sposób niekiedy bolesny, zmieniać spojrzenie na problematykę Holokaustu, polskich Żydów, sprawy religii i wiary. Niewiele na ten temat się mówi…

 

A jeżeli to doktrynalnie i stereotypowo…

 

Tak. Byliśmy z naszą grupą teatralną, w której są także osoby niepełnosprawne, w Oświęcimiu. Powiedzieliśmy przewodnikowi, że chcemy zobaczyć tylko te miejsca, w których byli Żydzi. Wywołało to jego zdumienie. A nam zależało na tym, żeby ten obraz był wyizolowany z reszty, żeby to było tylko to. Nieczęsto pewnie zdarzała mu się grupa nie – żydowska, w dodatku z teatru, która chce Oświęcim właśnie tak zobaczyć.

 

Uważa Pani, że sztuka może poruszyć ludzkie serca i sumienia? Czy nie jest to naiwność?

 

Może i to jest naiwność, ale pomimo tego, że współczesny widz ma bardzo grubą skórę, muszę próbować się do niego, poprzez mój teatr, przebić. Muszę, bo coś takiego we mnie jest, co mi każe robić to, co robię tak, jak robię. Nie potrafię tego ująć jaśniej ani precyzyjniej. „Świątynia. Dybuk – legendy żydowskie” to spektakl bardzo mocny. Sama jestem ciekawa, jak głęboko on wejdzie we wrażliwość emocjonalną i świadomość widza.

 

Tu i teraz. W chwili, gdy widz to ogląda. Wychodzi z teatru i żyje po swojemu dalej, bez tego, co przeżył w teatrze…

 

Najczęściej tak. Niestety. Trzeba by to było drążyć w różnych kierunkach, z różnych stron dostarczać informacji i bodźców. Jednak uważam, że jeżeli się coś takiego dzieje, jeżeli robimy takie przedstawienie, to robimy je w jakimś celu. I widz też przychodzi na nie do teatru w jakimś celu, bo przecież wie, że tutaj nie zasiądzie wygodnie w fotelu i nie obejrzy rozrywkowego spektaklu. Nasz teatr, ten spektakl to takie małe ziarenko piasku, które chyba potrafi coś w człowieku zmienić. Ja w to głęboko wierzę. Może to naiwność, ale Jan Paweł II powiedział kiedyś, że „świat bez sztuki naraża się na to, że będzie światem zamkniętym na miłość”. Ja takiego świata nie chcę! I myślę, że większość ludzi go nie zechce, gdy tylko pozwoli im się o tym pomyśleć, nad tym zastanowić, gdy ich się pobudzi do refleksji. Sztuka wpływa na ludzi, przebija się przez tą grubą skórę noszoną na co dzień.

Nawróci nawet najbardziej zatwardziałego grzesznika? To, co Pani mówi przypomina mi esej Alberta Camus „Człowiek zbuntowany”, w którym pisał: „Bunt napotyka nieustannie zło, z którego musi czerpać siły nowego zrywu. Człowiek może opanować w sobie wszystko, co może być opanowane, naprawić w świecie wszystko, co może być naprawione. Po czym dzieci będą nadal umierały niesprawiedliwie, nawet w najdoskonalszym społeczeństwie, a „dlaczego?” Dymitra Karamazowa będzie rozlegało się nadal; sztuka i bunt umrą z ostatnim człowiekiem. (…) Odrzuciwszy nihilizm wszyscy przygotowujemy odrodzenie wśród ruin”. I „bakcyl dżumy nigdy nie umiera”… Coś z tego pobrzmiewa w Pani teatrze. Wierzy Pani w siłę buntu i magię teatru…

 

Wierzę. Prowadząc zajęcia z ludźmi niepełnosprawnymi umysłowo, widzę jak poprzez teatr można do nich dotrzeć, można się z nimi porozumieć. I wzajemnie się na tej drodze spotkac i poznać. I wcale nie uważam, że my tu robimy cos nadzwyczajnego. To czyni teatr. Chylę czoła przed teatrem, przed jego wielkością, przed jego magią. Potrafi tak niezwykle zmienić człowieka, otworzyć go i tak wiele mu dać. Może spowodować, że człowiek niepełnosprawny zaczyna funkcjonować w społeczeństwie, że odnajduje się wśród ludzi. W „Arce” są niepełnosprawni aktorzy – adepci. I widzimy na co dzień, jak oni się zmieniają. Zwrócili na to uwagę także ci Niemcy, którzy nas odwiedzili. Unia Europejska opracowała kartę osoby niepełnosprawnej – Niemcy obecnie wprowadzają ją u siebie. Tymczasem tutaj, u nas, zobaczyli, że my w tym naszym teatrze jesteśmy bardziej europejscy niż oni z tą wprowadzaną kartą. U nas niepełnosprawni dostają do ręki pieniądze, sami wychodzą po zakupy, wracają do teatru. Nauczyli się tego właśnie poprzez sztukę, poprzez teatr.

 

Tak, w teatrze Państwo dają im wolność, swobodę, której się ich pozbawia nieustannie się nimi opiekując i ich wyręczając. Tu dostają role do zagrania, stają na scenie twarzą w twarz z publicznością i w tym momencie nikt ich nie ochrania…

 

Właśnie. Muszą sobie poradzić. Gdy prowadzimy terapię z grupami osób niepełnosprawnych niezwiązanych z teatrem, to widzimy, jak to wszystko funkcjonuje według pewnych stereotypów. Często terapeuta, który przyprowadza grupę do nas mówi, że z tym autystykiem nie da się nic zrobić. Nagle ten autystyk zaczyna coś mówić. Do nas. Jesteśmy aktorami i nieco inaczej patrzymy na świat. Jako aktorzy jesteśmy wyczuleni na inność, na odrębność, indywidualność. A tu to wszystko jest niemal podane na tacy. Nie chcemy tych ludzi zmieniać, poprawiać, ulepszać, zmuszać do życia takiego, jakie prowadzą wszyscy dokoła, przystosowywać do takich czy innych warunków. Chcemy, by się otworzyli na teatr, na sztukę, na drugiego człowieka. Ich inność odbieramy jako przestrzeń, w której wspólnie można budować coś ważnego, wartościowego, wyjątkowego. Ludzie, którzy do nas przychodzą, choćby tylko jako widzowie, też zaczynają patrzeć na niepełnosprawność inaczej, jakby z innej strony.

Wracając do Holokaustu. Może właśnie w teatrze jest szansa na inne, głębsze spojrzenie na ten problem? Na oderwanie się od stereotypu, którym nas karmiono przez lata tak wytrwale, że zatraciło to wszystko swój sens? Tak samo jest z niepełnosprawnością. To nie są inni ludzie! Oni myślą, czują, odczuwają. Wszystko polega na otwarciu na drugiego człowieka i nie mierzenia go swoją miarą. On nie musi być w niczym do mnie podobny! Ja chcę się z nim „dogadać”, porozumieć na płaszczyźnie nam dostępnej. To, co powiem, zabrzmi „niedobrze”, bo tak się dzisiaj nie mówi, takich słów się nie używa. Ale we wszystkich ludzkich działaniach potrzebne jest serce. Rodzice dzieci niepełnosprawnych, z którymi pracujemy, mówią, że czasami wolą, żeby ich dziecko było w przedszkolu obok kucharki, która jest ciepłym, dobrym człowiekiem niż obok bardzo inteligentnej, perfekcyjnej, wykształconej wychowawczyni.

 

Była Pani związana z teatrem Grotowskiego. Co Pani przeszczepiła stamtąd do Teatru „Arka”?

 

Wiele. Przede wszystkim myśl i ideę: Teatr blisko widza. Dzieje się obok widza, widz niemal uczestniczy w spektaklu, chociaż tylko siedzi na widowni. Szukanie innego aktorstwa. Aktorstwa opierającego się na innych, niż te wynoszone ze szkół teatralnych, środkach wyrazu, na świadomości własnego ciała i umiejętności panowania nad nim i posługiwania się nim. Grotowski w swoim teatrze stworzył coś na kształt – czy miarę – zakonu. Ja też próbuję. Gdybym mogła, to wszystkich moich aktorów zamknęłabym w jednym domu, w jednej przestrzeni i… byłby teatr.

 

No nie wiem, to niebezpieczne zapędy…

 

Wiem i, oczywiście, nie mówię tego bardzo poważnie. W „Arce” jest wiele z oddania sztuce, oddania się teatrowi, które było w teatrze Grotowskiego. Jest nieustanna wewnętrzna praca nad sobą. W tym teatrze ciągle się coś dzieje i to mnie nieustannie fascynuje, porywa, napędza. Zapraszam do współpracy te środowiska, te osoby, z którymi chcę pracować. Mam ten luksus, że mogę sobie na to pozwolić. Dbam o to, żeby tu była dobra atmosfera i żeby to promieniowało na zewnątrz. Tego nie mogłabym osiągnąć w żadnym państwowym, dużym, repertuarowym teatrze.

 

Tatr, jaki Pani proponuje nie jest teatrem łatwym, lekkim i przyjemnym. A jednak ma zawsze pełną widownię, więc niekoniecznie jest prawdą, że ludzie łakną tylko lekkiej rozrywki…

 

Potrzebny jest widzom i taki teatr, potrzebny jest im wewnętrzny rozwój. Wydaje mi się, że ci, którzy zajmują się kulturą nie doceniają ludzi albo idą na łatwiznę, albo wręcz sobie ludzi lekceważą. Wmawiają wszystkim, zwłaszcza telewizja i kolorowe czasopisma, że ludzie łakną tylko głupawych seriali, fars, tańców na lodzie itp. A ludzie potrzebują rozrywki, ale i poważnej refleksji. Chcą sobie zadawać pytania, po co tutaj są, kim są i chcą poszukiwać odpowiedzi. Po to jest teatr. Bardzo różnorodny, bogaty.

 

Czego Pani chce dowieść włączając w przestrzeń teatru coraz nowe działania, także parateatralne? Jest integracja, jest Forum Możliwości, jest współpraca z trudną młodzieżą…

 

Czuję, że tak należy działać, to zaraża, inspiruje innych, to jest i mnie, i aktorom, którzy ze mną współpracują, potrzebne.

 

Nie ma w tym czegoś z idei, marzenia „teatr mój widzę ogromny”?

 

Może. Czy to źle? Teatr „Arka” to coś więcej niż tylko teatr. Zatacza coraz szersze kręgi, wchodzi w coraz głębsze przestrzenie. Zaczęło się od kropki, w tej chwili jest to mała instytucja. A projekty przed nami ogromne. Czuję, że tak powinnam działać, jest to gdzieś wewnątrz mnie i coraz te impulsy się kumulują i muszę włączać w zakres działań coś nowego. Ograniczają mnie tylko finanse.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz