Notre – Dame de Paris

 

Wzruszająca historia szpetnego dzwonnika, przygarniętego przez Claudiusa Frollo, archidiakona Katedry Marii Panny w Paryżu, zakochanego bez pamięci w pięknej cygance Esmeraldzie zrobiona na polską modłę nie wniosła niczego. Poza rozczarowaniem

 

 

Jeden z najsłynniejszych musicali na świecie (w Polsce gościnnie wraz z teatrem z Litwy, który w przeciwieństwie do nas posiada nań licencję), został wystawiony w Sali Kongresowej po raz pierwszy w grudniu 2009 roku. Sala z największą widownią w Warszawie daje co prawda najlepszy przelicznik sprzedanych biletów, ale właściwie na tym się kończy; wszystko inne pozostawia daleko od „naj”…

To, że sala ta nie ma w ogóle predyspozycji do wystawiania tego rodzaju widowisk, jest dla organizatorów sprawą drugorzędną. Realizacja koncertowa „Notre – Dame”, w reżyserii Ramunasa Marcinkusa, przy zaproszeniu do współpracy najbardziej utalentowanych gwiazd polskiej estrady miała się bronić „sama z siebie”.

Mnie wszakże bolało na każdym kroku…

I nie bez znaczenia jest fakt, iż czekałam na wystawienie tego spektaklu w języku polskim od kilku lat. Oczekiwania miałam, bo widziałam już wersję francuską, włoską i nawet rosyjską. Rozmach, piękne utwory Luca Plamondona i Richarda Cocciante, dekoracje, nietuzinkowe wykonania (może poza Helene Segarą, która ogólnie niewiele z ognistej cyganki posiada)- słowem Show! Tymczasem w Kongresowej z wielkim niedowierzaniem przyglądałam się jakiemuś chocholemu tańcowi z trudem mijających się na niewielkiej scenie aktorów, ograniczonym przestrzenią ruchom i symbolicznym dekoracjom, na które po prostu zabrakło miejsca. Wszystko wyglądało na sklecone naprędce, niedopracowane i nieprzemyślane.

O ile mogłabym się (choć z wielkim bólem serca) pogodzić z brakiem tańca na rozhuśtanych dzwonach, czy rozbuchanej choreografii błagających o azyl, to za nic darować nie potrafię fatalnego nagłośnienia, które zdawać by się mogło, że w wyobrażeniu twórców, przy musicalach spełnia najmniejszą rolę. Spektakl ratowałyby być może wspaniałe głosy młodych wykonawców, gdyby muzyka nie zagłuszała aktorów. Połowy kwestii nie było słychać w ogóle, a sprężenia dźwięków powodowały nieznośne świdrowanie w uszach.

Dla tych, którzy znają i kochają musical Notre Dame de Paris największym rozczarowaniem była z pewnością, poza stroną techniczną, sfera merytoryczna. Streszczono utwór bez żadnego logicznego planu. Utwory wybrane były prawdopodobnie drogą losową. Ci bowiem, którzy widzieli spektakl po raz pierwszy, za nic nie byli w stanie odgadnąć kto jest kim, a dzięki pominięciu kluczowych momentów dla zrozumienia fabuły, relacje między bohaterami były kompletnie niezrozumiałe. Niezwykle istotna rola poety wprowadzającego widza w całą akcję, została niemalże całkowicie wycięta.

Przyczepić się można niestety również do tłumaczenia libretta. Zupełnie nie rozumiem co było nie tak z tekstami Jacka Cygana, że pokuszono się o dużo mniej poetycką wersję.

I choć na premierze Sala Kongresowa pękała w szwach, to po antrakcie duża ilość pustych miejsc nie mogła nie rzucać się w oczy. No, ale organizatorzy sprzedali bilety i mogą odnotować „sukces”. Wszak tylko to ich interesuje.

 

Katarzyna Michalik – Jaworska

 

OBSADA:

QUASIMODO – MARCIN KOŁACZKOWSKI

ESMERALDA – EDYTA KRZEMIEŃ

GRINGOIRE – MICHAŁ RUDAŚ

FEBUS – JANUSZ KRUCIŃSKI

CLOPIN – MARCIN MROZIŃSKI

FROLLO – PAWEŁ TUCHOLSKI

FLEUR-DE-LYS – PATRICIA KAZADI

 

 

Dodaj komentarz