DIALOG Z KOMEDIĄ

 

Juliusz Machulski znowu ruszył do boju o polską komedię, występując tym razem jako dramatopisarz. Trzeba powiedzieć, że wszystkie jego projekty literackie noszą wyraźny ślad reżyserskiej ręki.

 

Widać to zwłaszcza na planie: postać – dialog. Precyzyjnie kształtowana charakterystyczność nie zamyka bowiem akcji, lecz służy rozmaitym środkom wyrazu, których swobodny dobór został wpisany w całą materię tekstu. Taka struktura stanowi szczególne wyzwanie dla aktora. Machulski scenarzysta miał nie tylko obok siebie Machulskiego reżysera, ale i wykonawców, znakomicie czujących zasadę gry wokół postaci.

I właśnie ten rodzaj wzajemnych uwarunkowań zaowocował filmami rangi obu Vabanków, Seksmisji, Kingsajza. Stąd wywodzi się również nurt błyskotliwych pastiszowo-komiksowych stylizacji (m. in. Girl Guide, Killer – debiutant i recydywista). Natomiast, Machulski komediopisarz – pozostając wierny swojej scenariuszowej technice sugestii, sytuacyjnego zarysu, wieloznacznych tropów – jest w daleko większym stopniu zależny od machiny teatralnego przekładu. O szansach, choć i pewnych komplikacjach takiej zależności mówi prapremierowy spektakl Matki brata mojego syna zrealizowany w łódzkim Teatrze Powszechnym. Zacznijmy od blasków. Przedstawienie wpisuje się na listę dokonań działającego tu prężnie Centrum Komedii. Młody reżyser Adam Wojtyszko (zbieżność nazwisk Adama i Macieja nieprzypadkowa) udowodnił smak i słuch inscenizatorski, nadając niekiedy statycznym, chwilami rozgadanym sekwencjom tekstu soczysty koloryt oraz stosowne tempo. Ładną klamrą, która wyraziście eksponuje anegdotyczny trzon fabuły jest sylwetka oglądanej z perspektywy szpitalnych korytarzy Jagódki. Brawa należą się też – dobrze służącej rytmowi zabawnych przetasowań bohaterów – scenografii (Wojciech Stefaniak).

Niestety, mimo szeregu klarownych reżyserskich zabiegów obraz blednie wraz z wejściem głównego bohatera. On, czyli Wincenty Laskus. Niesforny 70-latek, wirtuoz pióra, literat uwielbiany przez tłumy, mężczyzna stale otoczony adoracją pań w każdym wieku. U Machulskiego ów chłoptyś-piernik jest przyczyną i celem wszystkich zabawnych, (oraz wszystkich gorzkich), perypetii. Bywa, że obciąży słuchacza gadulstwem, uderzy żartem na oślep, ale też rozbawi, uwiedzie, wzruszy. Pod jednym wszakże warunkiem, że będzie prezentowany soczystym aktorstwem. Tymczasem, Mirosław Henke wyprowadził widza na obrzeża sztuki i tam zostawił. Proponowany konterfekt nudziarza-tetryka bardziej dziwi niż śmieszy. Szkoda!

Szczęśliwie spektakl nie traci barw, gdyż sprężynami zabawowych przebieranek poruszają inni. I tak Greta Barbary Szcześniak jest autentycznie śmieszna, a równocześnie sięga po autoironię, satyryczny skrót, ba nawet sygnalizuje liryczny kontekst. Też interesująco, zgodnie z literą czarnej komedii bawi się i charakterem i charakteryzacją juniora Leskusa Jakub Firewicz. Aktorowi towarzyszy starannie skomponowana gestyczno-ruchowa oprawa. Jeszcze inaczej – przywołując psychologiczno-realistyczne odniesienia w rysunku dowcipu – buduje sylwetkę reprezentanta średniej generacji Leskusów Marek Ślosarski. Taki zabieg uzasadnia zresztą fakt, że właśnie w postaci Zygmunta subiektywizm głoszonych ocen warunkuje głębszy sens komediowego kamuflażu, obecnego w relacjach ojciec – syn. Notabene rzecz przypomina pamięciowe powroty i projekcje z filmu Ile waży koń trojański?. Ale to już inna historia. Natomiast wracając do przedstawienia trzeba powiedzieć, że i pozostałe osoby: wspomniana tajemniczo milcząca Jagódka (Magdalena Dratkiewicz) oraz dwie prężne kobiety czynu (Magdalena Zając, Beata Ziejka) biorą aktywny udział w kształtowaniu przestrzeni żartu.

Juliusz Machulski przyzwyczaił nas do jazdy na najwyższych komediowych obrotach. Skala i zakres dowcipów w Matce brata mojego syna są mniejsze. Natomiast łódzki spektakl nie tylko, że ładnie wydobywa wdzięk materii literackiej, ale i proponuje zwartą, ciekawą formę inscenizacji. Brawo! A swoją drogą ja mam wciąż nadzieję na nową polską komedię współczesną.

 

Jagoda Opalińska

 

 

 

Dodaj komentarz