Wszystko to są czcze formy

Zawsze tak bywa z tymi schillerowskimi pięknoduchami: do ostatniej chwili stroją człowieka w pawie piórka, do ostatniej chwili oczekują dobra, nie zła; i choć czują pismo nosem, za nic w świecie nie powiedzą sobie prawdy zawczasu; skręcają się na samą taką myśl; oburącz opędzają się prawdziwie – aż do momentu, gdy upiększony przez nich człowiek własnoręcznie puści im finfę w nos.” – Fiodor Dostojewski

 

Pierwsza premiera w sezonie zawsze jest dość dużym wydarzeniem kulturalnym. Tak było i tym razem. Od dawna zapowiadana realizacja „Zbrodni i kary” w lubelskim Teatrze Osterwy, w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Babickiego, jak zwykle owiana mgłą tajemnicy miała być wielkim wydarzeniem. Niestety, tym razem się nie udało.

Nie jest to pierwsza próba wystawienia Dostojewskiego na lubelskiej scenie. Pierwsze były „Biesy”, potem „Idiota” z Szymonem Sędrowskim w roli Myszkina, teraz „Zbrodnia i kara”. Wszystkie w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Babickiego. I, niestety, trudno powiedzieć, że wszystkie rewelacyjne i na wysokim poziomie. O ile „Biesy” przerażały mrocznością, pobudzały wyobraźnię oszczędnością środków aktorskich i minimalistyczną scenografią porywały widza w tajemniczy świat, o tyle „Idiota” zawiódł oczekiwania (pomimo bardzo dobrej roli Szymona Sędrowskiego). Zabrakło klimatu dostojewszczyzny, mroku tajemnicy. „Zbrodnia i kara” niestety jet najsłabszym z tych trzech spektakli. Najwidoczniej skończyły się pomysły na Dostojewskiego, zarówno u reżysera, aktorów jak i u scenografa. Trudno też nie dostrzec analogii, nawet wręcz kalki, do „Zbrodni i kary” realizowanej przez Babickiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Ze smutkiem stwierdzam, że tym razem zawiodła siła słowa, skromna scenografia, a postawienie wszystkiego na siłę wyrazu twórców przyniosło mizerny skutek. Zabrakło klimatu, mroku, odrobiny przerażenia i tajemnicy. Nie pokazano rosyjskiej duszy uwięzionej gdzieś pomiędzy wieczną miłością i nienawiścią, targanej uczuciami, wątpliwościami, nie dało się dostrzec ludzkiego cierpienia, bólu, rozterek, tęsknoty. Wszystko było płytkie, powierzchowne, powtarzając za Dostojewskim „wszystko to jest umowne, wszystko to względne, wszystko to są czcze formy […]”. Niecałe trzy godziny trwania spektaklu wydają się być wiecznością, spektakl grzęźnie w dłużyznach. Nic do siebie nie pasuje, scenografia, kostiumy, muzyka, gra aktorska, wszystko się jakoś nie zgrywa. Brakuje spójności, konsekwencji. Najsmutniejsze jest jednak to, że w spektaklach Babickiego zawsze nadrzędne było słowo, a tym razem go zabrakło. Aktorzy nie mówią do siebie, zwracają się głównie do publiczności, nie ma między nimi żadnej „chemii”, nie czuć kontaktu, a wręcz odnosi się wrażenie, że tekst jest recytowany.

Dość głośno było o obsadzeniu Mikołaja Roznerskiego w roli Raskolnikowa. Młody dobrze zapowiadający się aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... – mający na swoim koncie kilka dobrych ról (min. w „Widnokręgu”), laureat Nagrody im. Nardellego – miał być ucieleśnieniem niespokojnej duszy, targanej uczuciami, wątpliwościami, działającej w afekcie, miał elektryzować publiczność słowem, gestem. Niestety, najwidoczniej nie poradził sobie z ciężarem tej roli. Słowo mówione przez niego w ogóle nie dociera do widza, pomimo, że nie zwraca się do partnerów na scenie, ale do publiczności. Mało tego, odnosi się wrażenie, że ta rola jest kalką roli Piotra z „Widnokręgu”. Te same gesty, spojrzenia, słowa wypowiadane w ten sam sposób, tylko tekst inny. Jego bohater jest sztuczny, pozbawiony duszy, a uczucia płytkie i nieprawdziwe. I ten fałsz wyczuwa się niestety cały czas. Być może jest to kwestia wieku, zbyt małego stażu na scenie. Może trzeba było obsadzić w tej roli kogoś bardziej doświadczonego, kto udźwignąłby niemały ciężar roli.

Jednym z niewielu aktorów, który zachwyca i niekiedy nawet poraża publiczność wypowidanym słowem – czystym, pewnym, bez cienia fałszu, zawahania – jest Szymon Sędrowski, grający rolę Porfirego. To on wziął na siebie ciężar całego spektaklu, próbował – bezskutecznie – nawiązać kontakt z kolegami na scenie. Na tego bohatera patrzy się z przyjemnością i satysfakcją. Jest prawdziwy, szczery, czasami do bólu, nie ma w nim cienia fałszu, niczego nie udaje. Po prostu dobra gra aktorska, piękne, czyste słowo, które słychać nawet w ostatnim rzędzie. Pierwsze słowa, które wypowiada „Mam 35 lat. Jestem człowiekiem skończonym” są tak dotykające i prawdziwe, że cały spektakl ogląda się właśnie przez ich pryzmat. Kiedy trzeba jest złośliwy, kiedy trzeba zabawny lub wręcz agresywny. Ale chyba najlepiej mu w ironicznej masce. U tego aktora widać warsztat, pracę nad sobą, ogromną pracę włożoną w zbudowanie roli. I biorąc pod uwagę marny poziom całego spektaklu, wypada mu za tę rolę podziękować.

Warto też wspomnieć o dwóch kobiecych, bardzo udanych rolach – Duni w wykonaniu Moniki Babickiej oraz Soni, w którą wcieliła się Agata Moszumańska. Dwa różne charaktery postaci i dwie różne kobiety. Ale obie zagrały bardzo dobrze, czysto i prawdziwie. Moszumańska jako skromna, cicha, uległa Sonia pokazuje, że nawet człowiek najbardziej upodlony i znieważony ma swoją godność, prawo do miłości, do życia. A Babicka jako Dunia elektryzuje swoją kobiecością, sexapilem, nęci i rzuca uroki, choć potrafi być też czułą, kochającą siostrą, zdolną do poświęceń, nawet tych największych.

Trzeba przyznać, że tych kilka udanych ról, które próbowały jakoś „wyciągnąć” spektakl, było jego jasnymi punktami, sprawiło, że udało się wytrwać do końca, gdyż nie przyciągała ani muzyka Marka Kuczyńskiego, ani scenografia Marka Brauna. Jak zwykle w realizacjach Babickiego, scena był prawie pusta, stał na niej jedynie stół i kilka krzeseł. Na środku sceny zawieszone było lustro, chwyt znany już lubelskiej publiczności, tym razem trudno znaleźć odpowiedź, co miało się w nim odbijać. Z tyłu sceny dwa ruchome ekrany – jeden odkrywał pokój Soni, w którym zawieszono drewniany krzyż, a drugi mieszkanie lichwiarki, gdzie stał jedynie bujany fotel. Być może odpowiednia gra świateł, płomienie świec, jakikolwiek blask, ożywiłby tę scenografię i nadał jej konkretny sens i znaczenie. Jednak w spektaklu próżno szukać umiejętnej reżyserii światła, a szkoda, bo to potężne, wiele oferujące narzędzie, które potrafi zmienić klimat miejsca, sceny, rozmowy postaci, przenieść widzów w niezwykły świat. Najlepszym przykładem na dotkliwość tego braku jest scena morderstwa lichwiarki. Nie ma tu zawahania, zastanowienia, przerażenia Raskolnikowa. Scena jest tak prymitywna, pozbawiona głębi, że z tyłu widowni słychać było delikatny jęk rozczarowania. Raskolnikow stojąc w dość sporej odległości od swoich ofiar i tyłem do widowni, unosi siekierę, błyska światło….i już. Oczywiście nie jestem zwolennikiem tego, żeby krew płynęła strumieniami po scenie, ale przydałaby się jakaś głębia, ukazanie tragizmu tego czynu, jakichkolwiek uczuć. A kiedy już wydawało się, że Roznerski w roli Raskolnikowa ma coś do powiedzenia czy pokazania, reżyser odwrócił go tyłem do widowni.

 

Pozostając w duchu Dostojewskiego, ponoć „nie ma na świecie nic trudniejszego nad szczerość i nic łatwiejszego nad pochlebstwo”. Bardzo łatwo jest pisać pozytywy, dużo trudniej konstruktywnie krytykować. Ponoć każda krytyka powinna wypływać z miłości do teatru i aktorów. Ale ta krytyka jest ważna, bo gdyby nie istniała, nie byłoby dobrego teatru, do którego chodzi się z przyjemnością, spektakli, które zapierają dech w piersiach i zapadają w pamięć na całe życie. Dlatego pochlebstwami nie można pozwolić na robienie kiepskich sztuk, które obniżą poziom lubelskiej sceny. Wracając raz jeszcze do „Biesów”, reżyser powiedział wtedy: „Są dwie możliwości: możemy wziąć widza w pakt na trzy godziny albo, odpukać, pozostawić go wobec naszego zamysłu obojętnym”. Tym razem pozostajemy obojętni, mając nadzieję, że to wypadek przy pracy.

 

Ewelina Drela

 

Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie

Fiodor Dostojewski

ZBRODNIA I KARA (w przekładzie Czesława Jastrzębiec-Kozłowskiego)

 

Adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... i reżyseria – Krzysztof Babicki

Scenografia – Marek Braun

Kostiumy – Barbara Wołosiuk

Muzyka – Marek Kuczyński

Ruch sceniczny – Jacek Tomasik

Światła – Maria Machowska

Obsada: Mikołaj Roznerski, Szymon Sędrowski, Agata Moszumańska, Grażyna Jakubecka, Jerzy Kurczuk, Hanka Brulińska, Monika Babicka, Krzysztof Olchawa, Andrzej Redosz, Anna Torończyk, Teresa Filarska, Mariusz Budkowski, Przemysław Gąsiorowicz, Jolanta Deszcz-Pudzianowska, Roman Kruczkowski, Tomasz Bielawiec, Wojciech Dobrowolski

 

PREMIERA 13 listopada 2010 roku

 

 

Dodaj komentarz