III 2001

Marzec 2001

 

 

marzec-kwiecień

III Przegląd „Małe sztuki z wielkimi aktorami” w Teatrze na Woli.

 

24 marca

DUBLIŃSKA KOLĘDA Conora McPhersona, tłum. Elżbieta Woźniak, reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska, scenografia Barbara Hanicka, opr. muz. Paweł Betley, światło Tomasz Wert, Teatr Studio, Malarnia [19 x, 1698].

 

„John usiłuje zagadać swą samotność, wmówić sobie, że udało mu się zrozumieć świat i zachować niezależność. Wszystko to jednak jest nader kruche, niepewne, bolesne. Nie to, że alkohol wyszczerbił mu pamięć i stępił wrażliwość. Przeciwnie, raczej to, że bez alkoholu nie może już żyć, że topi w trunku całą bezbrzeżną żałość za zmarnowanym życiem. Niemało prawdy, jak widać, udało się dramaturgowi tchnąć w swoją postać, którą w Studiu w magnetyczny sposób kreuje Krzysztof Majchrzak. Choćby po to, aby spotkać się w polu jego intensywnego oddziaływania, aby podążać za jego emocjami i przekonująco ukazanym zwierzęcym instynktem życia warto ten spektakl zobaczyć” [Tomasz Miłkowski, „Trybuna”, 28-29 kwietnia 2001].

 

„Rola Johna, twardziela o niewyparzonej gębie i złośliwym charakterze, wydaje się dla niego [Majchrzaka] napisana” [Roman Pawłowski, „Gazeta Wyborcza” 2001 nr 86].

 

17 marca

LEONCE I LENA Georga Büchnera, tłum. Peter Lachmann, reż. Barbara Sierosławska, scenografia Agnieszka Zawadowska, muz. Paweł Mykietyn, światło Mirosław Poznański, Teatr Narodowy, Scena przy Wierzbowej [13 x, 1203].

 

12 marca

BEZTLENOWCE Ingmara Villqista, reż. Autora, scenografia Jarosław Modzelewski, Teatr Rozmaitości, Stolarnia [50 x].

 

„Villqist wchodzi głęboko w intymne życie swych bohaterów i obserwowanie tego procesu wymaga specjalnych warunków. Na szczęście spektakl jest wierny duchowi tej dramaturgii. Beztlenowce grane są w przerobionej na scenę stolarni, która może pomieścić kilkudziesięciu widzów. Można usłyszeć tykanie zegara na nocnej półce i oddechy aktorów: Jacka Poniedziałka i Marka Kality” [Roman Pawłowski, Gazeta Wyborcza”].

 

„Poniedziałek przyjął styl gry, ostentacyjnie oszczędny, jakby wystarczyła sama obecność aktora na scenie z takim wyrazem twarzy, który ma znaczyć wszystko: jestem zły, jest mi smutno, nienawidzę cię, kocham cię etc. Marek Kalita potraktował swoją rolę niczym muzyczną partyturę – słowa, zdania tekstu jakby zamieniał na dźwięki czy frazy muzyczne, podawane w zmiennych rytmach. Przyznam, że im bardziej spektakl się ciągnął, tym bardziej stawała się irytująca tak prowadzona rozgrywka między bohaterami. Aż chciało się krzyknąć z widowni: dajcież wreszcie sobie i nam spokój!” [Wojciech Majcherek, „Teatr” 2001 nr 4].

 

10 marca

AUSLOSCHUNG. WYMAZYWANIE wg Thomasa Bernharda, scenariusz, reż. i scenografia Krystian Lupa, muz. Jacek Ostaszewski, Teatr Dramatyczny [20 x, 2005].

 

Wydarzenie. Entuzjaści ogłosili triumf, sceptycy wskazywali na wady, ale oglądali wszyscy.

„Krystian Lupa od lat zajmuje się europejską duchowością. Zdołał stworzyć własny język sceniczny, zdolny wyrażać tak subtelne zagadnienia, który najbardziej przypomina kino, zarówno jeśli chodzi o rodzaj gry aktorów, jak i sposób montażu scen. Tę płynność materii życia, toczącego się niezależnie, rządzonego własnymi prawami, które my widzowie tylko podglądamy. Wtapiamy się w tę dziwną materię teatru, skonstruowaną z przejawów najzwyklejszego życia, gotowi zapomnieć o jej sztuczności. W Teatrze Dramatycznym również przez dwa wieczory zostaliśmy wchłonięci przez tę śmieszną i poruszającą materię teatralną utkaną z najzwyklejszych zachowań, rytuałów, wydarzeń życia rodziny. Widzianych ironicznym okiem syna marnotrawnego, który próbuje się przebić do prawdy własnych uczuć, myśli, w każdej sytuacji i chwili określić ich prawdziwy sens, choć bywa to bardzo okrutne. Najdotkliwiej zranić i rozczarować potrafią przecież tylko najbliżsi” [Elżbieta Baniewicz. „Twórczość” 2001 nr 6].

 

„Spektakl, oparty na nie przystosowanym do teatru tekście Bernharda, nierówny i zdecydowanie za długi, budzi rozmaite skojarzenia. Momentami przypomina pierwsze strony „Obcego” Camusa, meblowanie „biednego pokoju wyobraźni” Kantora, zabawy z czasem w stylu powieści i filmu francuskiego z lat. 60., to znowu redukcjonizm Becketta. Przygnieciony kilometrami monologów stanowczo za mało widoczny jest sam Lupa – wizjoner, jakiego znamy z tylu ekscytujących przedstawień” [Adam Ciesielski, „Życie Warszawy” nr 60, 12 marca 2001].

 

„Tym spektaklem Lupa dotyka najistotniejszej kwestii w Europie po XX stuleciu – poczucia winy. Jest to przy tym świetnie skonstruowana opowieść, rozłożona na dwa wieczory. Na podstawie monologu Bernharda Lupa napisał własną sztukę z kilkunastoma postaciami i akcją, która toczy się równolegle na wielu planach. W czasie pomiędzy wiadomością o śmierci rodziców a pogrzebem bohater przegląda swoje dotychczasowe życie, aby je całkowicie zmienić. Treścią dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... nie są wydarzenia, ale zdrapywanie kolejnych kłamstw z rzeczywistości” [Roman Pawłowski, „Gazeta Wyborcza” nr 60, 12 marca 2001].

 

„A jednak w tym spektaklu siła słowa Bernharda najwyraźniej słabnie na scenie. Dzieje się tak za sprawą nieumiejętnej selekcji. Scenarzysta Lupa najwyraźniej nie potrafi rozstać się z żadnym ulubionym zdaniem Bernharda, nie potrafi z niczego zrezygnować, nie potrafi odróżnić rozkoszy lektury od tortury spektaklu. Prowadzi to w rezultacie do zniweczenia dramatyczności, przekształca widowisko w logoreję głównego bohatera, który nie może skończyć raz zaczętego monologu” [Tomasz Miłkowski, „Trybuna” nr 71, 24 marca 2001].

 

NAGRODY:

Feliks warszawski za reżyserię dla Krystiana Lupy.

Feliks warszawski za rolę Kardynała dla Marka Walczewskiego.

 

9 marca

DON JUAN Moliera, tłum. Bohdan Korzeniewski, reż. Jarosław Kilian, scenografia Adam Kilian, układ pojedynków Tomasz Grochoczyński, ruch sceniczny Emil Wesołowski, w roli tytułowej Piotr Adamczyk, Teatr Polski [27 x, 7879].

 

„Ten Don Juan jest niepodobny do innych, którzy pojawiali się na polskich scenach. Młody, piękny, a nie przystojny, jasne włosy ukrył w kucyku. Rzuca przed siebie słowa, bezczelnie, z uśmiechem, nie myśląc, że rani ludzi. I tylko w oczach tego dziwnego „złotego” młodzieńca jest przeraźliwy chłód – zimno, które aż parzy (…) To przedstawienie długo nie daje spokoju. W uśmiechu młodego Don Juana czai się całe zło świata, cała jego pycha. Gdyby Don Juan wierzył w diabła, powiedziałbym, że on sam jest diabłem” [Jacek Wakar, „Życie” nr 60, 12 marca 2001].

 

„Kilian rozpoczyna drugą część widowiska od pracowni Don Juana, który niczym Faust zgłębia tajniki natury. Tak właśnie jest: Don Juan obserwuje, jacy są ludzie, jak można nimi kierować. Cały świat to dla niego laboratorium. Pod koniec okazuje się, że i on jest jednym z osobników doświadczalnych, którym zajęła się siła wyższa. W tym przypadku jest to umierający na samouwielbienie klasycyzm, degenerująca się opera, fałsz naprzeciw fałszu” [Tomasz Miłkowski, „Trybuna”, 17-18 marca 2001].

 

Zniewalały w tym przedstawieniu „rewelacyjne rozwiązania plastyczne, przy których ojciec-scenograf współpracował z synem-reżyserem. Wymownym przykładem jest np. krzyż, wiszący nad uczestnikami wydarzeń „do góry nogami” jako symbol satanistów. Wystarczyło, by Don Juan ustawił go w prawidłowej pozycji w momencie swego korzenia się przed Niebem i scena wręcz porażała swoją niewymuszoną prostotą. Skrucha bohatera była wszak udawana. Krzyż, którego cień padał na sylwetkę Don Juana, tym dobitniej podkreślał obłudę jego czynów” [Janusz R. Kowalczyk, „Rzeczpospolita” nr 62, 14 marca 2001].

 

3 marca

W IMIĘ OJCA STRINDBERGA wg Ojca i Spowiedzi szaleńca Augusta Strindberga, tłum. Zygmunt Łanowski, oprac. tekstów i reż. Adam Hanuszkiewicz, scenografia Janusz Kijański, Teatr Nowy [31 x].

 

Ojciec Hanuszkiewicza jest plakatowy i pozbawiony głębi. Stanowi krok wstecz w dorobku artysty. Wciąż jednak sądzę, że zagadka Hanuszkiewicza pozostaje nierozwiązana” [Jacek Wakar, „Życie” 2001 nr 62].

 

 

Opublikowany w 2001

Dodaj komentarz