Odejście

Stanisław Marat nie żyje.

Publicysta, krytyk teatralny, wieloletni redaktor naczelny „Sceny”, potem „Tygodnika Kulturalnego”, wydawca.

Pierwszy raz spotkałam się z Nim na jakimś festiwalu teatralnym. Krążyliśmy z przedstawienia na przedstawienie, rozmawialiśmy. Nie przypuszczałam wtedy, że zacznę regularnie pisywać do „Sceny”, potem do „Tygodnika Kulturalnego”, że się zaprzyjaźnimy, mimo różnicy wieku że tak wiele spostrzeżeń i refleksji będzie nas łączyło, że nasze spojrzenie i myślenie o teatrze, zarówno zawodowym, jak i amatorskim będzie tak bliskie mimo istotnej różnicy wieku. Dziś (29 listopada 2010), gdy właśnie dowiedziałam się, że już go nie ma próbowałam odnaleźć Jego ślady w Internecie. Znalazłam. To informacja, że był „człowiekiem bezpieki”. Nie wiem, czy faktycznie był, czy ktoś życzliwy przyszył mu „gębę”. Nic mnie to nie obchodziło ani wtedy, ani dzisiaj. Znałam Go jako znawcę teatru, świetnego naczelnego, co łatwo stwierdzić przeglądając archiwalne numery „Sceny” i „Tygodnika Kulturalnego”, człowieka z natury życzliwego, dowcipnego i rozsądnego. Człowieka, który nigdy niczego ani nikogo nie oceniał pochopnie, a swoich autorów szanował i cenił, co dzisiaj jest wielką rzadkością. Jako naczelny nigdy nie narzucał ani tematów ani opinii, toteż nierzadko recenzje ze spektakli, które wedle jakichś poleceń i zasad miały być pozytywne i chwalące, w „Scenie” wcale takie nie były, jeśli spektakl, reżyser, autor czy aktor na nie zasługiwali. W „Scenie” Staszek potrafił w sposób bardzo rozsądny łączyć teatr zawodowy i amatorski. Mało: potrafił w różny sposób na te teatry patrzeć, co wcale nie oznaczało taryfy ulgowej, jeśli chodzi o teatry amatorskie. To było wówczas jedyne pismo o takim charakterze (dziś takiego czasopisma nie ma wcale). W „Scenie” współistniały dwa światy pozornie od siebie dalekie, a naprawdę sobie bliskie, bo łączył je teatr. Teatr jako dziedzina może nie tyle sztuki, co życia społecznego, bo tak Staszek patrzył na teatr. Najważniejsze było dla Niego to, co dany teatr miał w tym czasie i miejscu do powiedzenia. Sprawy stricte artystyczne były na drugim planie. Tylko ze „Sceny” dowiadywałam się, co się dzieje w teatrach wiejskich, małomiasteczkowych, domach kultury, szkolnych zespołach teatralnych itp. Na ten nurt, na tę rzeczywistość teatralną Staszek miał wyjątkowo czułe oko i ucho. Niebywale cenił ludzki zapał, pasję, ambicję. Przecież teatry amatorskie powstawały właśnie dzięki różnym pasjonatom. Jako naczelnemu tego czasopisma zależało mu na prezentowaniu polskiego teatru w jego róznorodności, na wychwytywaniu tego, co w nim wyjątkowe, ale i tego, co banalne czy wręcz tandetne i karierowiczowskie.

W teatrze zawodowym zawsze o wartości spektaklu decydowała dlań widownia. Szanował artystów, toteż Jego sądy były z reguły bardzo wyważone, nigdy złośliwe czy ośmieszające. W każdym oglądanym spektaklu starał się dostrzec coś, co uzasadniało w ogóle jego byt na scenie. Oczywiście, zdarzało się, że nie znajdował nic. To sprawiało mu autentyczną przykrość, czuł prawdziwy zawód nie tylko jako krytyk, ale jako widz i człowiek. Odczuwał to jako zrobioną mu niczym niezasłużoną przykrość, ale i pewną nieuczciwość realizatorów wobec publiczności. Gdy nie masz nic do powiedzenia ludziom, którzy przyszli do teatru, milcz – powtarzał, gdy jeszcze zawodowo był mocno z życiem teatralnym. Bo przyszedł czas, gdy był już tylko widzem. Wtedy korciło Go, by przynajmniej ten teatr z kimś „przegadać”. Był szefem wydawnictwa prawniczego („Librata” Spółka z o.o.), bo tak się Jego los ułożył. W tych latach bardzo Mu teatru, tej specyficznej, wyjątkowej atmosfery rozmów, plotek, ploteczek, ale i refleksji o społecznej roli teatru brakowało. Zawsze podkreślał tę społeczną powinność teatru i jego rolę w małych środowiskach, zwłaszcza wiejskich. To, co mnie najczęściej irytowało, ta często cepeliowska ludowość czy etnograficzne jej korzenie u Niego wzbudzało szacunek dla ludzkiej kreatywności. Ci ludzie nie są artystami z wykształcenia, często nie znają teatru, nawet nie bywają na przedstawieniach (byli, co Staszek zawsze podkreślał stałymi widzami poniedziałkowych spektakli w Teatrze Telewizji – przyp. moja), ale instynktownie go poszukują i odnajdują angażując się w jego organizowanie, tworzenie, powstawanie.

Pamiętam któryś z Festiwali teatralnych w Opolu. Oglądaliśmy „Pancernika Potiomkina” Tadeusza Micińskiego w reżyserii Macieja Prusa. Staszek rzadko ulegał wielkim emocjom teatralnym, rzadko jakiś spektakl go porywał. Wtedy sceptycyzm krytyka, „mędrca szkiełko i oko” w Nim zamilkły. Tę burzę emocji i refleksji, ten niesamowity natłok wrażeń trwały w Nim, i we mnie, długo. Nawet bardzo długo. Po jakimś czasie powiedział: Wiesz, nie potrafię się z tego przedstawienia wyzwolić, nie umiem się od niego uwolnić. To mnie irytuje, ale jestem szczęśliwy, że ten teatr obejrzałem. Długo w Nim „mieszkała” fascynacja formą artystyczną „Historyi o chwalebnym zmartwychwstaniu” w reżyserii Kazimierza Dejmka; stale krążą mi przed oczami te obrazy – mówił. „Dziady” Konrada Swinarskiego, ale przede wszystkim Jerzy Trela… Rozmawialiśmy o tych przedstawieniach, ale było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, że Staszek ich nie analizował po recenzencku. Po prostu w Nim były, trwały, żyły.

W ostatnich latach Jego życie biegło już innym torem, bardzo mało w nim było teatru, sztuki, fascynacji, bardzo dużo cierpienia i bólu. Miał wokół siebie ludzi serdecznych, życzliwych, cierpliwych, bliskich. Gdy wiem, że już więcej nie usłyszę Jego nieco skrzekliwego głosu podbarwionego uśmiechem to jest mi bardzo smutno.

Justyna Hofman – Wiśniewska

 

Dodaj komentarz