Młodzi, ambitni, posępni

Z Jerzym Radziwiłowiczem po festiwalu ZDARZENIA w Tczewie rozmawia Anna Bernat.

Jerzy Radziwiłowicz

Na wrześniowym XI Międzynarodowym Festiwalu ZDARZENIA im. Józefa Szajny w Tczewie miał pan okazję oglądać spektakle młodych twórców ze szkół artystycznych. Jak pan, jako aktor, pedagog, uczestnik jury, ocenia te realizacje i ich autorów? Czy ci młodzi twórcy mają już coś do zaproponowania publiczności teatralnej, z którą się niebawem spotkają?

Tak się złożyło, że na festiwalu większość uczestników stanowili studenci bądź absolwenci wydziałów lalkarskich, na przykład z filii warszawskiej Akademii Teatralnej w Białymstoku czy filii krakowskiej Akademii Teatralnej we Wrocławiu. Sztuka lalkarska to szczególny rodzaj teatru, odmienny od tego, którego uczą się aktorzy z wydziałów dramatycznych. Lalkarze sami tworzą swój teatr w całości; przygotowują scenografię, muszą zrobić lalki, nabyć umiejętności animacji, na przykład wykorzystanie w spektaklu marionetki na niciach jest bardzo trudną techniką lalkarską. Myślę, że sztuka lalkarska w wykonaniu młodych twórców ma się dobrze. Świadczą o tym też dwie pierwsze nagrody na festiwalu w Tczewie, które przypadły właśnie lalkarzom z Białegostoku i Wrocławia.

Obok lalkarzy swoje spektakle prezentowali młodzi aktorzy dramatyczni, i to zarówno z Polski, jak i z zagranicy.

Pod względem formy teatralnej propozycje były bardzo zróżnicowane, natomiast uderzyło mnie, a właściwie nas jurorów, że niemal wszyscy ci młodzi twórcy, często będący jeszcze studentami lub tuż po szkole teatralnej, przedstawiali bardzo posępne historie. Próbowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego tak się stało, że większość opowiadanych przez nich historii wyrażała niesłychanie dramatyczne zmagania się ze światem, widzianym najczęściej w czarnych barwach, wyrażała ból istnienia. Nie chcieli jednak o tym mówić.

A to szkoda, przecież na festiwalu odbywały się tak zwane nocne rozmowy, prowadzone przez pana i Edwarda Wojtaszka, profesora warszawskiej Akademii Teatralnej. To była dobra okazja do wymiany poglądów.

I zupełnie serio rozmowy były prowadzone, ale ten temat młodzi aktorzy raczej omijali. Zresztą sam temat, czy ciekawa historia do opowiedzenia, to jeszcze nie teatr. Ważny jest sposób skonstruowania spektaklu jako całości. To był główny motyw naszych nocnych rozmów i to było kryterium decydujące o nagrodach. Ci młodzi aktorzy musieli sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to, co chcą opowiedzieć, co ich interesuje i przejmuje, potrafią odpowiednio przetworzyć, czy potrafią temu nadać formę?

Przetworzenie i forma to słowa kluczowe?

Sama idea, pomysł, koncepcja nie wystarczą. Dopiero przełożenie swojej historii i emocji na język sztuki, a więc nadanie formy, stwarza teatr. A do tego wszystkie fazy przygotowania przedstawienia teatralnego muszą być na poziomie, muszą być dobrze przeprowadzone i świadczyć o umiejętnościach wykonawczych. Wszystkie decyzje po kolei: dotyczące tematu, wyboru formy i środków, sposobu widzenia przestrzeni teatralnej, jakość realizacji składają się na końcowy efekt.

Jak więc pan ocenia festiwalowe spektakle: konkursowe i te towarzyszące konkursowi.

Było wiele rzeczy, które mi się nie podobały. Teatr mocno hałaśliwy, okropny teatr, a taka jest maniera teatru publicystycznego. W Tczewie pokazywali to Włosi. Nigdy nie lubiłem takiego teatru. Były przedstawienia, w których chaos pokrywał pustkę. Jakieś chaotyczne nieporozumienia nawet w najszlachetniejszym celu, nie prowadzą w kierunku jakości artystycznej. Były spektakle pełne ekshibicjonizmu, według mnie niczemu nie służącego. Odrzucam taki teatr, nie zgadzam się z nim.

Ale były też rzeczy fascynujące, jak np. pokazywany poza konkursem spektakl Beckett w wykonaniu irańskiego artysty Mehdiego Farajpoura. Stworzył on spektakl na podstawie Ostatniej taśmy Krappa. To, co ten aktor robił z głosem, swoim ciałem, przestrzenią, w której grał – było pięknym, mądrym, przejmującym teatrem. To był spektakl mistrzowski.

Ale niezależnie od surowych ocen jury, chcę podkreślić, że taki festiwal jak tczewski, podczas którego dochodzi do konfrontacji młodych twórców ze szkół artystycznych całego kraju i z zagranicy, do ich spotkań, poznania się, ma głęboki sens.

Część tych młodych ambitnych ludzi trafi prosto po szkole, a niekiedy jeszcze w czasie studiów, do seriali. Czy to nie jest zagrożenie dla młodej sztuki aktorskiej?

Seriale są dobre i złe. Udział w dobrym nie jest żadną ujmą i niebezpieczeństwem straszliwym. Dobry serial jest też okazją, aby się pokazać publiczności, dać się poznać, zawodowo zaistnieć. Nie wszyscy trafią do teatru. Jeśli ktoś chce uprawiać zawód aktora musi widzieć, że jest to zawód niosący ryzyko, że coś się po drodze nie uda.

W tym roku do warszawskiej Akademii Teatralnej na 20 miejsc zgłosiło się blisko 1200 osób. Tylu aktorów nam nie potrzeba, ale skoro tylu chętnych się zgłasza, to muszą brać pod uwagę fakt ogromnej konkurencji. Nie dziwmy się więc młodym aktorom, że grają w serialach. Przez serial też można trafić do filmu albo do teatru, a przede wszystkim można się pokazać. Takie są potrzeby rynku zawodowego, takie są realia. Nie oceniam, czy to jest dobrze, czy źle. Nie twierdzę, że serial jest najwyższym wykwitem sztuki aktorskiej, ale nie mówię też, że jeśli ktoś gra w serialach, to powinien się tego wstydzić.

Aktorzy boją się przypisania do roli, etykiety, a seriale niewątpliwie temu sprzyjają.

Ale nie powinni się bać pamięci o ich dobrej roli filmowej.

No właśnie, wielu Polakom pan kojarzy się z Mateuszem Birkutem z „Człowieka z marmuru”, a potem z jego synem Maćkiem z „Człowieka żelaza” – z filmów Andrzeja Wajdy.

Mnie bardzo cieszy, że wszyscy te filmy pamiętają. I nie martwi, że kojarzą mnie z Birkutem. Przecież jednocześnie przez te wszystkie lata robiłem inne rzeczy w teatrze, występowałem w filmie. Nie spotkałem się nigdy z tym, aby ktoś po premierze sztuki czy filmu powiedział: „ale Birkut”, „cały Birkut”. Nie, z tym się nie zetknąłem. A że ta rola jest pamiętana, to bardzo dobrze, to mnie cieszy.

Takie role jak Mateusz Birkut i jego syn Maciek stały się częścią biografii dwu pokoleń Polaków. Ale też doskonale pamiętamy Don Juana w pańskiej interpretacji.

Przywołuje pani Don Juana, co też mnie cieszy, bo przecież są to diametralnie różne postacie, z którymi jestem kojarzony: z filmowym Birkutem i Don Juanem w teatrze. To dobry przykład, że przypisanie do roli nie jest niczym złym.

 

Tekst był opubkikowany 15 października w „Przeglądzie Polskim“ – tygodniowym dodatku do „Nowego Dziennika” w Nowym Jorku

Dodaj komentarz