OPOWIEŚĆ O ZWYKŁYM CZŁOWIEKU

 

Władysław M. Owczarzak napisał książkę o zwykłym człowieku, czyli o Stanisławie Stapfie. Wiele o Stapfie słyszałam w moich czasach wrocławskich. I wiem, że nie był to „zwykły człowiek”.

 

O takich zupełnie zwykłych ludziach nikt książek nie pisze. Mimo więc tytułu „Zwykły człowiek. Rzecz o Stanisławie Stapfie” z góry wiadomo, że rzecz nie jest o zwykłym człowieku. Zresztą, czy artysta w ogóle może być „zwykłym człowiekiem”? Nie byłby artystą. Adam Marszałek, miłośnik i mecenas (w pewnym sensie) artystów nie wydałby też książki o takim sobie zwyczajnym człowieku. A skoro wydał, to też wiadomo, że taki zwykły to Stanisław Stapf nie był. Był kimś, zwłaszcza w świecie teatru, szczególnie w teatrze lalek. Kimś, kto wiele w tym teatrze, i dla tego teatru, zrobił. Kto wiele w tym środowisku znaczył i kogo nie wolno skazać na zapomnienie.

Władysław Owczarzak jest aktorem, reżyserem, pedagogiem, autorem scenariuszy teatralnych i radiowych. Pochodzi z Torunia i w Toruniu zetknął się ze Stanisławem Stapfem. W teatrze, bo gdzieżby indziej. W 1957 roku Owczarzak znalazł się w „Baju Pomorskim” jako młody aktor. Z tym teatrem związany jest do dzisiaj. Dyrektorem tegoż „Baja” był Stanisław Stapf (1950 – 1960). Autor książki nie miał zamiaru być lalkarzem. Ale los bywa przewrotny i … Teatr dramatyczny stał się moim uświadomionym wyborem – pisze – ale z powodu braku etatu mogłem być tam przyjęty dopiero w następnym sezonie, dyrektor Stapf zaproponował mi, abym ten sezon „przezimował” w Teatrze „Baj Pomorski”. Propozycję przyjąłem i… jak się okazało, „zima” była niewyobrażalnie długa… 50 lat.

Teatralną szkołą Stapfa był Stalag II C Woldenberg. Przez pięć pół roku działał w obozowym teatrze dramatycznym i lalkowym pod kierownictwem literackim Leona Kruczkowskiego jako kierownik artystyczny, aktor, reżyser i scenograf. Jak sam wspominał: Była to bardzo gruntowna szkoła … Te lata działalności Stapfa opisuje Owczarzak bardzo dokładnie. Stapf był nie tylko aktorem i reżyserem, ale i autorem sztuk (np. „Podkop”, który nie był wystawiony w obozie ze względu na swą treść), pamiętnika z września 1939, malarzem i rysownikiem życia obozowego. Najbardziej interesujące są, moim zdaniem – pisze autor książki – rysunki przedstawiające sceny obozowe i portrety jeńców, być może kolegów – brak podpisów nie pozwala na identyfikację osób. Wszystkie te rysunki mają jakiś trudny do sprecyzowania wymiar powagi i nostalgii, są realizmem i cząstką rzeczywistości, która jakby ciążyła ku metafizyce, ucieczce w rejony myśli tajemnych, zakazanych, a najpewniej zatroskanych i pędzących gdzieś, gdzie one – te myśli – są gościem serdecznym i oczekiwanym. Stapf malował także pocztówki, które słał do rodziny i znajomych. Teatr… To ważna część życia Stapfa. Może najważniejsza, bo Stapf i teatr to jedno. Teatr w obozie jenieckim zyskał ogromna popularność, przyciągał ludzi, stał się pasją ludzi najróżnorodniejszych profesji, bo nie tylko literatów i artystów, ale także rzemieślników itp. i najskuteczniejszą terapią zapobiegającą rozszerzaniu się tzw. „choroby drutów”. To jakby oczywiste, bo teatr jest najżywszą ze sztuk, najbardziej bezpośrednią w kontakcie twórca – odbiorca. W przypadku Stanisława Stapfa teatr obozowy stał się tym impulsem, który spowodował, że zmienił on po wojnie swoją profesję z nauczycielskiej na teatralną. W teatrze obozowym Stapf był aktorem, reżyserem, scenografem, także kierował teatrem. Poznał więc tę sztukę od podszewki i nic nie było dlań tajemnicze czy obce. W świecie teatru poruszał się swobodnie. Teatr to pasja, teatr to bakcyl, teatr to choroba – pochłania człowieka całego i nie pozwala przyglądać się biernie temu, co wokół niego i teatru się dzieje – komentuje ten czas życia Stapfa Owczarzak. Dlatego ci, którzy zasmakowali teatralnego nektaru, nierzadko przyprawionego dziegciem, klimatu pogodnego tworzenia, mimo wichru i zimnego prysznica deszczu, chwytali się każdej pracy w zespole, bo dawała ona osobistą satysfakcję i to bez względu na rodzaj wykonywanej pracy – pisze dalej autor biografii Stanisława Stapfa. Niewątpliwie Stapf połknął tego bakcyla w całości i nieodwołalnie. Był nie tylko (po wojnie) dyrektorem i reżyserem w teatrze lalek, ale też animatorem życia wokół teatru. O początkach działalności Stapfa we Wrocławiu, gdy objął dyrekcję Państwowego Teatru Lalek „Chochlik” (1963) Henryk Jurkowski pisał: Było to tak jakby zaczynał organizację teatru od samego początku. W ciągu dwóch lat drogą nieustającego molestowania władz i zgłaszania coraz to nowych propozycji lokalowych, uzyskał w końcu pomieszczenia i dostęp do Sali teatralnej w pięknym gmachu Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej przy Placu Teatralnym 4. Działacze potężnego podówczas stowarzyszenia nie sądzili, że układny dyrektor teatru ma w koszu z lalkami prawdziwego trojańskiego konia. Wystarczyło, że Stapf postawił tam nogę a wraz z mnoga pojawiła się lawina dodatkowych życzeń (…)W pierwszym okresie Stapf był przede wszystkim menedżerem i organizatorem p[racy artystycznej. Otworzył szeroko drzwi teatru dla reżyserów i aktorów z innych ośrodków(…). Zaangażował jajko scenografa Kazimierza Samołyka, a także w styczniu 1966 roku Klemensa Krzyżagórskiego jako konsultanta artystycznego. (cyt. powt. za: W.M. Owczarzak „Zwykły człowiek…). Dziś TPRR nie istnieje, ale Wrocławski Teatr Lalek nadal funkcjonuje w tym samym miejscu. Tandem Stapf – Krzyżagórski był zjawiskiem dość wyjątkowym w życiu teatralnym, bo rzadko się zdarza tak doskonałe dobranie się ludzi, zwłaszcza wśród artystów. Tandem działał niezwykle dynamicznie, wrocławski teatr lalek stał się jedną z najciekawszych scen teatralnych w ówczesnych czasach. Tamte lata we wrocławskiej kulturze były okresem wyjątkowym. We wrocławskiej prasie pisano o tym, co się działo w kulturze l. 60 jako o „Cudzie nad Odrą”. Jednym z głównych autorów tego „cudu” był Bolesław Iwaszkiewicz, przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady Narodowej we Wrocławiu. Stapf trafił więc w wyjątkowe miejsce i wyjątkowy czas. O tym wszystkim z niemal dokumentacyjną pieczołowitością pisze w swojej książce Władysław Owczarzak.

Najcenniejsze w książce Owczarzaka jest dla mnie to, że z kart upstrzonych datami, cytatami, nazwiskami wyłania się żywy człowiek. To nie jest tylko biografia – dokument, to jest opis życia niezwykłego człowieka żyjącego i tworzącego w trudnych czasach. To jest też świadectwo prawdy o tamtych czasach. Wbrew temu, co się wtłacza do głów i świadomości obecnie na temat czasów komuny Owczarzak odważył się (bo jest to dzisiaj duża odwaga) pokazać jakby inne oblicze tych lat. Inne, bo twórcze, pełne pasji i sukcesów artystycznych, których Stapf przecież nie zawdzięczał ani władzom, ani decydentom, ani PZPR tylko sobie, swojemu talentowi, swojemu uporowi, swojej pracy. To nie znaczy, że wtedy było dobrze, bo to zupełnie inna sprawa. Ale i w tamtych czasach powstawały dzieła wybitne i ambitne, niezwykle wartościowe i cenne. I tego świadectwem jest życie , twórczość i działalność kreatywno – artystyczna Stanisława Stapfa i książka Władysława M. Owczarzaka. Książka jest żywa, barwna, przebogata, jeśli chodzi o zawarty w niej materiał zarówno ten dotyczący bezpośrednio Stapfa jak i kontekstu jego działalności. Jest biografią i monografią polskiego teatru lalek jednocześnie. Owczarzak nie stworzył tu portretu „bohatera”, wylukrowanego artysty i animatora życia teatralnego, człowieka sukcesu. Stapf, jak każdy, odnosił sukcesy, ale miał i porażki, i wpadki, i niepowodzenia, spotykał się z uznaniem, ale i dotykały go krzywdy i pomówienia, nie żył w jakimś wyizolowanym z polskiego piekła świecie. Autor wykreował w swojej książce portret niezwykłego człowieka zwykłego. Żywy i barwny portret.

Ta książka jest z jeszcze jednego powodu zjawiskiem dość niezwykłym. Napisał ją wychowanek Stapfa. I ton uczeń – mistrz jest w niej wyraźny. A wyjątkowość jej polega na tym, że bardzo mało mamy takich książek, że jeśli ktoś pisze to albo o sobie albo o kimś znanym i uznanym, ale nie swoim mistrzu czy nauczycielu choćby.

Słowa uznania należą się też wydawcy, Adamowi Marszałkowi. Nie tylko za to, że książka wydana jest bardzo starannie, że zwraca uwagę wręcz pewną elegancją, ale przede wszystkim za sam fakt – i odwagę! – wydania tego rodzaju pozycji. Wiadomo, że kokosów wydawca na niej nie zarobi, jeśli w ogóle cokolwiek zarobi. A jednak ta książka jest.

Justyna Hofman – Wiśniewska

 

 

Dodaj komentarz