POMIĘDZY…

Nie zdawałam sobie sprawy z okrucieństwa tego słowa, z jego często dramatycznych w życiu konotacji, uzależnień, kontekstów, z narzucania wyborów. To tak łatwo i właściwie przyjemnie się mówi: jestem pomiędzy fantazją a rzeczywistością, pomiędzy światami, krawędziami, znakami, stylami itd. itd… Tylko, że urodzić się „pomiędzy” to już nie brzmi tak niewinnie, ma swoje konsekwencje, niekiedy dramatyczne, ma swój ciężar. Zofia Reklewska – Braun jest jedną z tych osób, które urodziły się „pomiędzy”.

Którym to „pomiędzy” wyznaczyło los, skomponowało życie z okruchów z różnych światów. „Pomiędzy” kulturami, tradycjami, religiami żył Helmut Kajzar, którego znała ona i którego ja znałam. Niestety, krótko, przed jego śmiercią. Kilka razy udało nam się spotkać w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, porozmawiać, pomilczeć „na temat”. „Pomiędzy” był mój Dziadzio, choć nigdy o tym nie pisał. Często mówił o swoich dziś ukraińskich, wtedy polskich ukorzenieniach lwowskich i blisko lwowskich. On był „pomiędzy” wewnętrznie, gdy osiadł pewnego dnia po wojnie w Toruniu i żył „pomiędzy” wspomnieniami z tamtego świata, bardziej opowiadanego niż doświadczonego osobiście, bo jako kilkunastoletni chłopak uplątany w I wojnę już w te lwowskie rejony nie wrócił. Krążył między tymi światami, Zamościem i Lwowem, jego ojciec, który po II wojnie nie potrafił żyć „pomiędzy”, nie znalazł miejsca dla siebie. Zniknął.

Książka Zofii Reklewskiej – Braun uświadomiła mi z całą mocą ciężar i treść owego „pomiędzy”. Nawet w tak bliskim mi świecie, jak rodzina. Mama, przesiąknięta oparami ukraińsko – zamojskimi, zakochana w dumkach, rozlewnościach i mgłach, tata z zupełnie innego świata: poznańskiego mieszczaństwa. Oboje artyści krążyli w tych wspólnościach i odrębnościach, dalekościach i bliskościach, tworząc każde to swoje rodzinne „pomiędzy”. Zawsze w moim domu te poznańsko – zamojskie duchy falowały, przeplatały się, splatały, wyodrębniały.

Zasiadam do tego zapisu wspomnień z pierwszych dekad swojego życia ponad pół wieku później w całkowicie odmiennych warunkach historycznych, geograficznych i obyczajowych, na odległym od kraju mojego dzieciństwa i młodości kontynencie amerykańskim – pisze autorka. – Nadrzędną zasadą mojego wspominania jest szukanie prawdy. Prawdy o sobie samej i ludziach, wśród których wypadło mi żyć, a także prawdy historycznej o swoim kraju… Czy pisząc tę książkę ją odnalazła? Jakąś jej cząstkę na pewno. Przebija szczerość, co jest niezwykle cennym walorem . Zofia Reklewska – Braun niczego tu nie udaje, nie poprawia, nie ubarwia, nie konfabuluje. A jednocześnie nie ma w tych wspomnieniach żadnego ekshibicjonizmu. Jest zwykły (chociaż tak naprawdę może nie do końca, może i nie tak bardzo) ludzki los.

Tytuł „Urodziłam się pomiędzy…” jest zapożyczony z wiersza Helmuta Kajzara. Opiewał skrótowo los Helmuta, który urodził się na Śląsku Cieszyńskim, w rodzinie pastora protestanckiego. W domu Helmuta mówiono po niemiecku, ale używano także polskiego, kultywowano tradycje protestanckie, ale też akceptowano żyjących obok po przyjacielsku katolików. Helmut urodził się w 1941 roku, w samym środku wojny, na ziemiach polskich, wtedy wcielonych do Niemiec. Dorastał w komunistycznej Polsce i pierwsze doświadczenia teatralne zdobywał w okresie socrealizmu. Tworzył u progu postmodernizmu i dekonstrukcji. Wrażliwy i czuły jak membrana artysta, którym niewątpliwie Helmut był, czuł, jak balansuje pomiędzy tym wszystkim, co się przetaczało nad jego głową. Trudno mu było z czymkolwiek się zidentyfikować. Niczego naprawdę nie uważał za swoje. Szedł przez życie jakby między kroplami padającego deszczu… (…) Moje życie nie było w niczym zbliżone do jego życia. Z wyjątkiem tego pomiędzy”…

Zofia Reklewska – Braun urodziła się pomiędzy pokojem a wojną, jak całe jej pokolenie. Wojna świat, z którego się wywodzi, wywróciła do góry nogami. Mało: unicestwiła go, bo po wojnie już nie istniał, gdyż zniknęła cała klasa społeczna, z której pochodzi. „Zatopiona Atlantyda” – zwykłam myśleć o niej już od dawna – pisze. Urodziła się pomiędzy dobrobytem dworu ziemiańskiego a nędzą i upokorzeniem, jakie tej klasie przyniósł komunizm. Urodziła się w końcu pomiędzy dość sztywnym kodem zachowań „panienki z dobrego domu” a wulgarnym, bezwzględnym, hałaśliwym życiem podwórkowej dzieciarni w Ostrowcu Świętokrzyskim. Dziś żyję pomiędzy wyrosłym z wielowiekowej historii i tradycji kulturowej europejskim sposobem myślenia a amerykańską nonszalancką skłonnością do spłyceń, uproszczeń i łatwych sukcesów. Czuję się często wydziedziczona z tego, co było, a nie pasuję do tego, co jest – stwierdza na wstępie. Czyżbym należała do całej generacji zawieszonej „pomiędzy”? Bez swojego miejsca i czasu na ziemi ? – pyta.

Najciekawsze są opisy tego życia, którego już nie ma, które zostało tylko we wspomnieniach ludzi, jak ona, wywodzących się z ziemiaństwa. Pokoleniu młodszemu jest to życie zupełnie nieznane, przekazywane jedynie w opowieściach rodziców i dziadków. Pokolenia powojenne nie zdają sobie sprawy ze znaczenia pojęcia „klasa społeczna”. Jest to dla nich tak odległe i mgliste jak wyprawa na Marsa. Mirogonowice, a w n ich dwór, sad, własne przetwory sprzedawane w sklepach w Ostrowcu, zielone czyste łąki, jakiś strumyk. Moje najwcześniejsze wspomnienia często są nasycone tak głęboko tym elementarnym poczuciem piękna życia, że aż nie umiem tego wyrazić słowami… Rodzice, ciotki, wujowie, kuzyni, panna Gienia… Dzieci nie uczestniczące w rozmowach dorosłych przy stole, zwracanie się do mamy, taty w trzeciej osobie, gra na fortepianie, nauczycielki i guwernantki i, oczywiście, służba folwarczna, pracownicy sezonowi… W pamięci autorki kotłują się jakieś migawki wspomnień, obrazów, strzępki, okruszki zaledwie, z których składa swój malowniczy świat. Urodziła się 8 września 1939 roku, więc nie może wiele sama pamiętać. Jej ojciec, Wincenty Sebastian Reklewski pieczętował się herbem Gozdawa, matka była córką profesorską z Warszawy. Po wojnie, oczywiście dwór mirogonowicki stał się siedzibą PGR i powoli uległ kompletnemu zniszczeniu. A był to zabytek… Po latach, brat Zofii, Zygmunt wykupił dawny park i ogród i postawił na wiekowych (z XV stulecia) fundamentach nowy dom w Mirogonowicach.

W 1945 roku znalazła się z matką w Ostrowcu Świętokrzyskim. Powszechnie uważano, że są nadal zamożne, tyle, że… zakopały gdzieś swoje precjoza i bogactwa. Nikt nie chciał uwierzyć, że straciliśmy wszystko… Traktowano je z wrogością i niechęcią. Cóż, to oni byli teraz pupilami reżimu. To „pomiędzy” było szczególnie bolesne. Dzieci są wobec siebie okrutne, a ona, panienka z dobrego i bardzo religijnego domu, nie umiała się bronić. Chciała być przede wszystkim podobna do nich. Nie była, nie umiała. Mnie, małej dziewczynce kradziono lalki, zabawki, pióra i piórniki. Ginęły bezpowrotnie książki. Ta klasowa nienawiść rówieśników docierała do mnie wszędzie. Nie mogłam jej wtedy zrozumieć. Pragnęłam być nieustannie „jedną z nich”, bawić się na równi z resztą, mieć przyjaciółki. Na każdym kroku wychodziła na jaw inność języka, którym mówiliśmy, kultury, obyczajów, zachowań i systemu wartości – pisze. Uczyła się bardzo dobrze, ale nagród nie dostawała, bo w klasie była córka „przodownika pracy”… To musiało bardzo boleć. I bolało. I czyniło ten świat, w którym żyła obcym, wrogim, nie jej. Usiłowała jakoś się z tym światem pogodzić, wejść doń, dostosować. Uczyła się wulgarnego slangu i sposobu bycia dzieci, które jej nie chciały zaakceptować. Po latach napisze: Zbyt łatwo i zbyt prędko to, co było w domu, wydało mi się nie-życiem, a to, co w szkole i na ulicy – „życiem właściwym”. To pęknięcie, rozdwojenie umysłu, wrażliwości i sumienia miało być moim cierpieniem przez cały czas dorastania. Potem był wyjazd do Warszawy, studia, Kazik. I rodzina. I teatr. Wspólna praca i wspólne życie. Kazimierza Brauna i Zofię Reklewską połączył… Norwid. No, miał w tym swój udział i prof. Jan Kott. Planowała napisanie pracy magisterskiej o tragedii Norwida „Kleopatra”. Wiesz, co? Mam pomysł! – powiedział Profesor, gdy przyszła do niego z pomysłem swojej pracy. – Do Szkoły Teatralnej na Wydział Reżyserii przyszedł właśnie nowy, bardzo ciekawy student z Poznania. Złożył pracę o „Za kulisami” Norwida. Znakomita! Chłopak nazywa się Kazimierz Braun… Jak, kiedy, gdzie p. Zofia poznała Kazimierza przeczytacie Państwo w książce. Jest w niej wiele wspomnień teatralnych, wiele myśli o teatrze.

Pobrali się w 1962 roku. Stracony dom. Odnaleziony dom – pisze Autorka na końcu. Mieszkali w Polsce tak, gdzie rzucał ich los teatralny, bo Kazik związał się z teatrem „na dobre i złe” jako dyrektor (Toruń, Lublin i Wrocław), reżyser, autor. W 1985 roku, po odwołaniu go przez ówczesne władze wrocławskie ze stanowiska dyrektora Teatru Współczesnego, Kazimierz wyjechał do USA. W rok później dołączyła do niego żona i najmłodsza córka, Justyna. Są tam do dzisiaj. Znalazłszy się, nieoczekiwanie dla siebie same, na emigracji, poczułam ze wzmożoną siła potrzebę jakiegoś „rachunku sumienia” z całego swojego życia – pisze w Posłowiu.

Mądra, wrażliwa, interesująca książka, napisana piękną polszczyzną. Ciekawe, że zawsze wzbudza w nas zachwyt świat, którego już nie ma, który bezpowrotnie przeminął. Świat, który możemy poznać, którego możemy jeszcze dotknąć dzięki ludziom, którzy w nim żyli.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Zofia Reklewska-Braun, Urodziłam się pomiędzy…, Norbertinum, Lublin 2009

 

Dodaj komentarz