WYKLUCZENI W POLSKIM FILMIE

I.

Na wstępie nie bez powodu przytaczam słowa wybitnego polskiego artysty, nieżyjącego już od prawie 15 lat reżysera. Krzysztofa Kieślowskiego:

Ból zęba jest taki sam dla wszystkich: dla komunisty i dla anarchisty , dla Polaka i dla Afrykańczyka , dla idealisty i romantyka„- mówił w jednym z wywiadów i dodawał: „Zawsze tak było. Dlatego ja staram się szukać tego, co ludzi łączy, a nie tego , co dzieli. Ważne jest , żeby twórca stawał po stronie tego co łączy, żeby był stronie tych, którym jest dzieje się źle, którym jest smutno, którzy zostali czegoś pozbawieni, zostali odrzuceni albo coś stracili…

Czy mówiąc to Kieślowski nie przeciwstawiał się żarliwie wykluczeniu

Sądzę, że właśnie tak czynił i mógłby dzisiaj stać się niemalże sztandarową postacią dla tych, którzy za cel stawiają sobie walkę z wykluczeniem.

On sam jak mało kto wiedział co wykluczenie oznacza w praktyce. Doświadczył go bowiem wielorako. Zwłaszcza w okresie swojego dzieciństwa i młodości, kiedy los skazał go na biedę i choroby, na pobyty w prewentoriach i zamkniętych sanatoriach, egzystencję w miejscach, gdzie przysłowiowy diabeł mówi dobranoc. Te doświadczenia znajdowały potem piękne odzwierciedlenie w jego działalności.

W raportach, które pisał w końcu lat 70. i na początku lat 80. ubiegłego wieku dla półlegalnego konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” wielokrotnie napomykał o fatalnej polityce kadrowej prowadzonej w PRL-u. Piętnował ją, bo jego zdaniem eliminowała (a więc wykluczała ) z udziału w życiu publicznym i awansie społecznym m.in. wielu mądrych, uczciwych i kompetentnych ludzi (nota bene na podobne zjawisko wskazał niedawno b. premier Tadeusz Mazowiecki, gdy w jednym z wywiadów oceniał polskie przemiany, które dokonały się po 1989 roku).

Problem usuwania, marginalizowania lub degradowania przyzwoitych ludzi (a preferowania BMW: biernych, miernych, ale wiernych) Kieślowski sygnalizował zarówno w swoich dokumentach jak i w fabułach, np. w słynnym Życiorysie , a także w Murarzu, Przypadku czy Spokoju. Pokazywał tych, którzy nie mieścili się w ramach obowiązującej wówczas „poprawności” – nie tylko zresztą tzw. poprawności politycznej. Nie był, oczywiście, jedynym filmowcem, który to robił. Nurt zwany „kinem moralnego niepokoju”, wczesne filmy Zanussiego (np. Za ścianą, Barwy ochronne), Agnieszki Holland (Kobieta samotna) czy Janusza Kijowskiego (Indeks) sugerowały, że wykluczanie jest immanentną cechą systemu politycznego, w którym wówczas funkcjonowaliśmy. Tyle, że słowa „wykluczenie”, „wykluczeni” nie były wtedy tak modne i używane w takich znaczeniach jak dziś. A przecież – nie da się ukryć – chodziło i chodzi nadal o problem stary jak świat. Znany od czasu, gdy Adam i Ewa zostali zmuszeni do opuszczenia Raju. …

Skoro teraz tak wiele mówi się o wykluczeniu, to warto zdawać sobie sprawę, że nie mówi się o niczym nowym i wcześniej nieznanym. Nowy natomiast jest kontekst (indywidualny i społeczny), i nowe jest tło (polityczne, historyczne, cywilizacyjne), które różnym postaciom wykluczenia towarzyszy.

Wykluczenie – to zresztą temat rzeka. Otwiera on szeroko drzwi do opowiadania o czymś więcej – przede wszystkim o losie, położeniu, sytuacji i kondycji współczesnego człowieka. Zatem i o jego lękach i niepokojach oraz o nieuchronnych zderzeniach – z najbliższym otoczeniem, z rodziną, społeczeństwem, władzą, państwem i jego instytucjami. Właśnie te zderzenia niosą z sobą ryzyko stania się wyrzuconym z main streamu, wykluczonym, wyautowanym, obcym lub niepotrzebnym .

II.

Czy kino Nowej Polski, Polski po 1989 roku o tym opowiada? Czy zauważa i odzwierciedla problemy związane z wykluczeniem? Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: owszem, czasem zauważa i czasem odzwierciedla – tak jak było to zresztą i w poprzedniej epoce. Rzecz w tym jak to robi – jakim tonem, jakim językiem opowiada.

Nie da się ukryć – po upadku komuny filmowcy niemalże programowo uciekali od podejmowania problematyki społecznej. Zdarzały się wyjątki od tej reguły. Na przykład w roku1993 pojawił się na ekranach PRZYPADEK PEKOSIŃSKIEGO w reżyserii Grzegorza Królikiewicza. Film bardzo ciekawy, przedstawiający prawdziwą postać, człowieka, który nie ma rodziny, nie wie kim jest. Nazwisko dano mu od skrótu nazwy instytucji opiekuńczej PKOS: miejscem urodzenia był kacet w Zwierzyńcu, skąd zza drutów przerzuciła go matka. O młodego Pekosińskiego walczyły dwie potęgi – totalitarne państwo i kościół. W rezultacie wychowały dorosłego alkoholika, który upokarzany, przepędzany, zdradzany i oszukiwany, zachował jednak jednak godność, dobroć i ufność do świata. Pomogła mu w tym jedyna pasja: gra w szachy.

Pekosiński był portretem wielorakiego wykluczenia, takiego z powikłanym rodowodem PRL-owskim.

Jednak pierwszym, który zbliżył się do portretowania „nowych obywateli wolnego kraju ” był wspomniany już Kieślowski. Jego jeden z Trzech kolorów” – BIAŁY , gdy spogląda się nań z dzisiejszej perspektywy, paradoksalnie jest nie tyle filmem o równości co o wykluczeniu (wykluczenie to znak, że nie jesteśmy sobie równi). Pod płaszczykiem historii odrzucenia miłości polskiego fryzjera przez jego francuską wybrankę, o braku równości (choć nie tylko) mówił nam BIAŁY. Obejrzało go w Polsce mniej widzów niż we Francji, bo taki był wtedy czas i moda – na „polskie amerykany”, na podróbki cudzych hitów.

W rezultacie polskie kino lat 90. nie potrafiło (a może nie chciało) diagnozować rozgrywających się na bieżąco procesów społecznych i przekładać ich na ciekawe opowiadania filmowe. Długo nie zauważano więc obecności w naszym życiu Baumanowskich odpadów ery globalizacji i płynnej nowoczesności. Czy dlatego, że wykluczenie było ciche i niewidzialne dla oczu? Skądże! Ono krzyczało, ale nie stawało się istotnym tematem polskiego kina fabularnego.

To kino wolnej Polski jakby nie chciało być „społecznie zaangażowane”, nie chciało też być … niepoprawne politycznie. Można było odnieść wrażenie, że niedowidzi, gdyż w pełni afirmuje dramatyczne często zjawiska związane z ustrojową transformacją, która przecież wyrzuciła na bruk i pozbawiła pracy dziesiątki tysięcy ludzi. A to jest i był temat kina (może ktoś pamięta Czyż nie dobija się koni? Sydneya Pollacka).

Trzeba przyznać, że od skrzeczącej rodzimej rzeczywistości całkowicie nie odwróciło się kino dokumentalne. Ono dojrzało niedostosowanych społecznie, niepełnosprawnych, bezdomnych i bezrobotnych. Większość przejmujących dokumentów Jacka Bławuta (np. Nienormalni, Szczur w koronie, Paweł) dotykała różnych postaci wykluczenia. Prawdziwą dyskusję społeczną wywołała jednak Arizona Ewy Borzęckiej (1997) – portret zbiorowości popegeerowskiej. Film stał się jednak głośny bardziej dlatego, że nie był czystym dokumentem, przekraczał jego granice; reżyserkę oskarżano o manipulację bohaterami. Niemniej dyskusja, która się po tym dokumencie przetoczyła była ważna, choć była jedną z nielicznych, jaką kino sprowokowało (nie wpływając, rzecz jasna, na zmianę status quo bohaterów).

III.

Z początkiem drugiej dekady ery transformacji pojawiły się zwiastuny nieco większego zainteresowania współczesną problematyką społeczną, w tym postaciami ludzi wykluczonych. Tymi jaskółkami były zwłaszcza dwa filmy: Cześć Tereska Roberta Glińskiego i Edi Piotra Trzaskalskiego. Bohaterkami pierwszego filmu były dorastające dziewczyny z zaniedbanych blokowisk i miejscowy alkoholik, drugiego – złomiarz. Niebawem pojawiły się też filmy, których tłem były zdegradowany Górny Śląsk i walczący o swe prawa związkowcy (vide: Oda do radości). I wreszcie zagościło na ekranach coś nowego: … piękno biedy (Zmruż oczy i Sztuczki Andrzeja Jakimowskiego). Można powiedzieć, że udała się nam … estetyzacja biedy i wykluczenia, zobaczyliśmy oto świat zdegradowany, ale o ileż piękniejszy niż w rzeczywistości.

Wykluczenie związane z bezdomnością (Boisko bezdomnych Kasi Adamik) w polskim kinie odzwierciedlone zostało w stylu pokrzepiającego, familijnego kina hollywoodzkiego; to związane ze starością (temat podjęty np. w Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej) lub z życiem na głębokiej prowincji (np. Wino truskawkowe Dariusza Jabłońskiego) jawiło się natomiast jako ciepłe i urzekające.

Powyższe przykłady sugerują typowy obraz wykluczenia w polskim filmie.

Jest to obraz wprawdzie niewesoły, ale i niezbyt drastyczny, w sumie dość płaski i ubogi, osadzony „terytorialnie” między blokowiskiem, ponurym Śląskiem i obszarami popegeerowskimi.

Jak zauważa jeden z autorów zbioru Kino polskie 1989-2009 – historia krytyczna (wyd. Krytyka Polityczna, 2010) – po 1989 roku „nasze kino odrzuciło rolę krytycznego intelektualisty. Biedę w polskim kinie odpolityczniono; nie wystawiono rachunku za wykluczanie nowemu systemowi ani władzy”.

Uwierzono w neoliberalną samoregulację przy pomocy niewidzialnej ręki rynku. Jeśli zgodzimy się z takim poglądem, to możemy skonkludować (parafrazując Kieślowskiego), że na problemy wykluczenia umiemy już patrzeć szeroko, ale wciąż nie potrafimy spojrzeć na nie przenikliwie i głęboko. Brakuje talentu czy odwagi?

 

Stanisław Zawiśliński

 

 

FILMY :

EDI

 

ZMRUŻ OCZY

 

SZTUCZKI

OBYWATEL PEKOSIŃSKI

 

CZEŚC TERESKA

BENEK

 

ARIZONA

WINO TRUSKAWKOWE

DZIEŃ SWIRA

 

BOISKO BEZDOMNYCH

 

ODA DO RADOŚCI – nowela 1

 

PORA UMIERAC

WOJNA POLSKO– RUSKA

 

Dodaj komentarz