LUSTROWANIE GOMBROWICZA

Witold Gombrowicz – już jako klasyk współczesnej literatury nie tylko polskiej lecz i światowej – jawi się jako autor dzieł w swojej strukturze i problematyce wielowarstwowych; wskazuje się na powinowactwa jego prozy i dramaturgii z dorobkiem najwybitniejszych twórców literatury europejskiej. W przypadku klasyków taka komparatystyka jest normą. Zastanawia inne zjawisko. Im bardziej kolejne interpretacje twórczości Gombrowicza szybują w przestrzeń klasyki literatury światowej, tym bardziej zaciera się wizerunek pisarza jako artysty organicznie zespolonego z kulturą polską i zarazem jako artysty krytycznego wobec tej części owej kultury, która spełnia się w służbie narodowo ksenofobicznie pojmowanego patriotyzmu.

Trudno też nie zauważyć, że jeśli wkraczanie Gombrowicza na wyżyny światowego parnasu jawi się jako tendencja zacierająca, jak dalece jednym ze źródeł jego potencji twórczej był krytycyzm wobec polskości nacjonalistyczno sarmackiej, to jest to również tendencja sprzyjająca nie tylko marginalizowaniu owego krytycyzmu lecz i poddawaniu go zasadniczej negacji. Znaczna część wielbicieli pisarza ( prawdziwych? ) uznanie wielkości Gombrowicza łączy z swoistymi obrachunkami. Zbiegającymi się z procesem kanonizacji autora „Ferdydurke” na artystę o randze najwyższej właśnie tam, gdzie ów proces zamazuje warstwę ściśle polskich odniesień w Gombrowicza twórczości.

Potwierdzają to przede wszystkim gombrowiczowskie wynurzenia krytyków, spod znaku Ligi Republikańskiej publikujących w „Życiu”, „Frondzie”, kwartalniku „Arkana”, lecz nie stroniących również od miesięczników „Teatr” i „Dialog”. Od dłuższego już czasu dowodzą oni, że w Polsce wielkość Gombrowicza we właściwy sposób konstytuuje się dopiero teraz, i że doniosłość owego procesu polega na budowaniu nowego wizerunku artysty w powiązaniu z rozliczeniami jego poglądów na część literatury PRL uważanej przez prawicę za antynarodową . Kanonizację poprzedzają więc egzorcyzmy, zaś w rolach wypędzających z twórczości pisarza złe moce z największym zapałem występują: Andrzej Horubała i Jacek Kopciński. „To on – w książce „Marzenie o chuliganie” wywodzi pierwszy z krytyków – uformował świadomość inteligencji (…). Był patronem peerelowskich literatów (…) , natchnieniem i uzasadnieniem ich wolt ideowych, twórcą niewolniczego chichotu, fałszerzem świadomości i dostarczycielem alibi”.1/ To on – w artykule „Gombrowicz gwałtem upolityczniony” – potwierdza opinię Horubały Kopciński – wywierał wpływ na zawsze zwrócone przeciw tradycjom prawdziwej polskości, światopoglądowe i polityczne postawy peerelowskich literatów.2/ Bezpośrednio po wojnie nauki pobierane u Gombrowicza – najwyraźniej ujawniając się w twórczości Stanisława Dygata ( „Jezioro Bodeńskie” ), Kazimierza Jerzego Andrzejewskiego ( „Wojna skuteczna, czyli opis bitw i potyczek z zadufkami” ), Brandysa ( „Drewniany koń” ), Jacka Bocheńskiego ( „Ogród” ) – zdaniem obydwu krytyków miały ułatwić aklimatyzację pisarzy w nowym ustroju, w warunkach stalinowskiego reżimu. A następnie miały ich też przygotować do akceptacji socrealizmu.

Szczególnie metodycznie, jak to się działo, opisuje Kopciński. Sugeruje, ze w pierwszych latach istnienia PRL zdarzyły się dwie rewolucje: inteligencka – realizowana w imię „jednostkowej wolności” i marksistowska – realizowana w imię „historycznego materializmu i internacjonalistycznego postępu”.3/ W pierwszej – jako zjawisku o podłożu liberalno- egzystencjalnym – zgubność wpływów Gombrowiczowskich miała manifestować się z szczególną intensywnością. Walcząc z reliktami mentalności szlacheckiej, przeciwstawiając się sformalizowanym społecznym układom, wielbiciele Gombrowiczowskiego antytradycjonalizmu – objaśnia Kopciński – rozkładali instytucje rodziny, podważali zasady wspólnoty wyznaniowo kościelnej, powodowali destrukcję etyki absolutnej, Conradowskiej, wyznawanej przez pokolenie AK. Zniesmaczenie krytyka wywołuje też to, że Gombrowicz z zaciekawieniem wyglądał „Owoców rewolucyjnego fermentu w umysłach Polaków”4/ .Obie rewolucje – pointuje na koniec – były wobec siebie komplementarne bo – tak pierwsza, jak druga – kierowały się przeciw tradycji A łączyło je ponoć także i to, że w obu przypadkach literaci „(…) przez długi czas pożytki wynoszone z podwójnej mentalno-ustrojowej rewolucji szacowali (…) wyżej niż suwerenność kraju, a nawet osobistą suwerenność”.5/

Po latach stalinowskiej ortodoksji nastąpił polski Październik. Z politycznych odmętów, wywołanych krachem totalitarnej władzy, wyłaniał się, nieznany dotąd w PRL, rewizjonizm a wraz z nim rewizjonistyczno – obrachunkowa literatura. Tworzyli ją byli socrealiści. Według Kopcińskiego i Horubały – zła literatura bo nadal podszyta narodowym zaprzaństwem, bo zespolona z wymigiwaniem się niedawnych socrealistów od osobistej odpowiedzialności za udział w budowaniu stalinowskiej utopii. Biada rewizjonistom, jednak, powtórnie, biada też Gombrowiczowi. Według Kopcińskiego i Horubały nadal bowiem gra on rolę deprawatora. Dowodów – zdaniem krytyków – dostarczają, w trakcie odwilży i po pięćdziesiątym szóstym roku, utwory Mrożka, Ważyka, Stawińskiego, Kołakowskiego, utwory w których inspiracja Gombrowiczowska jest nadal wyraźna.

I Horubała i Kopciński zarzucają autorom literatury obrachunkowej płytkość krytyki stalinizmu. Intelektualno-rewizjonistyczne zaplecze owej krytyki grzeszy – według nich – połowicznością ponieważ jest to nadal zaplecze marksistowskie. Rewizjoniści – stwierdza Kopciński – zwracają się ku źródłom marksizmu, lecz cóż z tego skoro ich potępienie stalinizmu ogranicza się do atakowania stalinowskiego dogmatyzmu; w stalinizmie – dowodzi krytyk – rewizjoniści postrzegają „(…) system oparty nie tyle na kłamstwie ile na dogmacie, specjalizujący się nie tyle w łamaniu elementarnych praw ludzkiego współżycia, ile w magicznym zaklinaniu rzeczywistości słowem, gestem i rytuałem”.6/ Kopciński byłby zapewne zadowolony z rewizjonistów dopiero wówczas gdyby ci, zgodnie z jego własnym poglądem, sugerowali aprioryczność założonych w marksizmie kłamstw.

Horubała ma rewizjonistom za złe, że w prezentowanej przez nich filozofii historii stalinizm jawi się tylko jako prawicowe wypaczenie marksizmu przez zbiurokratyzowany aparat władzy, że prezentują punkt widzenia według, którego pisarze, artyści, filozofowie „(…) zostali oszukani przez aparat biurokratycznego państwa. Bo aparat okazał się niezdolny do przeprowadzenia rewolucji o jakiej marzyli intelektualiści”. 7 / Niedalekie od takiego punktu widzenia – zauważa z naciskiem Horubała – były też poglądy Leszka Kołakowskiego, bowiem w „Kapłanie i błaźnie” orzekał on , że „(…) jedyną pożądaną postawą życiową, godną współczesnego intelektualisty, jest wieczna negacja, kwestionowanie wszelkich autorytetów”. 8 /

Kwestionowanie wszelkich autorytetów? Tu już znów blisko do w Gombrowiczowicza. Przecież podważał on wszelkie autorytety jeszcze przed Kołakowskim. „Ponieważ (…) umiejętnie mistyfikował problem ojczyzny – pisze Horubała – (…) dawni stalinowcy mogli wykorzystywać jego trud i pokazać z czym to tak parę lat temu dzielnie wojowali”. 9 / Kopciński – wtórując Horubale – oświadcza: „Forma socrealistyczna na usługach stalinizmu okazuje się (…) tak samo zmistyfikowana i totalna jak tradycja, której musiała się przeciwstawić”. 10 / Nieszczęścia powodowane naukami pobieranymi przez literatów u Gombrowicza – jednako wyrażają swe oburzenie krytycy – dopełnia ponadto fakt, że uprawiany przez Gombrowicza „błazeński styl traktowania całej przeszłości” (określenie Horubały ) torpedował próby przywrócenia w życiu społecznym po roku 1956 katolickich wartości, instytucję kościoła uczynił modelem totalitarnym.

Angażując się w wykazywanie pozorności rozliczeń rewizjonistycznych ze stalinizmem, obaj krytycy szczególną uwagę przywiązują do roli jaką w odżegnywaniu się byłych socrealistów od współodpowiedzialności za bieg wydarzeń, w pierwszych latach istnienia PRL miał ponoć odgrywać Gombrowiczowski „Trans Atlantyk” . Wybitny ten utwór , według Horubały, to opowieść dezertera, w której autor „(…) własne tchórzostwo uzasadnia śmiesznością narodowej tradycji i wiernością samemu sobie” to – precyzuje – opowieść, która pisarzom PRL miała służyć w „(…) ekstrapolowaniu realnych czy zmyślonych doświadczeń Gombrowicza na własne biografie i stosunek do narodowej tradycji”. 11 / I jeszcze w jednym Kopciński wraz z Horubałą są całkowicie zgodni. Jednako wskazują, ze – w miarę jak rewizjonizm traci dominującą rolę w obszarze poczynań opozycyjno-ustrojowych – pisarze rozpoczynający powojenne kariery od buntu przeciw zastanym autorytetom powracają do punktu wyjścia, że inspiracja egzystencjalna, naznaczona Gombrowiczowską groteskową optyką, w działalności pisarzy literackiej formacji Mrożka, Kołakowskiego, Brandysa – w kolejnej fazie ich twórczych dokonań manifestuje się z jaskrawością szczególną. Łagodniejącą dopiero po roku dziewięćdziesiątym, kiedy – jak stwierdza Horubała – wielbiciele Gombrowiczowskiego stylu, poważnieją. Po roku dziewięćdziesiątym, w trakcie tak zwanej transformacji, ze względu na polską specyfikę wyznaniową ( dominacja jednej religii, polityczne roszczenia kościoła ) podejmowane są próby godzenia liberalizmu z rekonstruowaniem wartości patriotycznych pojmowanych na modłę narodowo-katolicką. Strategia wolnorynkowa realizuje się w Polsce za cenę rezygnacji z pełnego urzeczywistnienia liberalnych idei w zakresie społeczno-politycznej nadbudowy liberalnej ekonomii. Tak Horubała, jak i Kopciński bezpośrednio nie odnotowują tego zjawiska. Aliści jego skutki pośrednie – zmiękczenie w literaturze krytyki narodu nie tylko postkomunistycznego ale i post – szlacheckiego – najwyraźniej ich cieszą.

Podsumujmy. Po pierwsze stałym motywem rozważań Kopcińskiego i Horubały na temat przemian jakie następowały w literaturze PRL ( powojenna fascynacja jednostkową wolnością i nowoczesnością, akceptacja socrealizmu, krytyka socrealizmu i stalinizmu z pozycji rewizjonistycznych, powrót do orientacji liberalnej ) jest objaśnianie owych przemian zerwaniem ciągłości tradycji oraz stymulowaniem ich przez czynniki zewnętrzne, obce kręgowi kultury rdzennie polskiej, rodzimej. Po drugie, przyjęcie przez pisarzy, stawiających po wojnie na nowoczesność oznaczającą pełne wyzwolenie jednostki, orientacji socjalistycznej, i Kopciński i Horubała uważają za wynik koniunkturalizmu, liczenia na korzyści doraźne, strachu przed represjami. Po trzecie, według obu krytyków, przechodzenie od egzystencjalizmu do socrealizmu , a dalej do rewizjonizmu z powtórnym nawracaniem się na liberalizm, ułatwiała pisarzom, ciągle ta sama idea walki z wyjałowioną tradycją. Po czwarte zjawiska – określone jako rewolucje: inteligencko-liberalna i marksistowska – miały, zdaniem Kopcińskiego i Hprubały, wzajemnie komplementarnie napędzać się i uzupełniać. Po piąte odchodzenie od socrealizmu drogą rewizjonizmu, krytycy traktują jako unik byłych socrealistów przed dogłębnym rozliczeniem się z niedawną przeszłością; działalności zdrajców tradycji przeciwstawiają Conradowską etykę absolutną prezentowaną, jako absolutnie przeciwstawna, uwikłanym: to w egzystencjalizm, to w socrealizm, to w rewizjonizm, narodowym wykolejeńcom. I wreszcie, po szóste, obaj krytycy wygłaszając wyszczególnione powyżej opinie nie gubią ani przez moment roli Witolda Gombrowicza w opisywanych zjawiskach Zawsze ponoć tak samo patronackiej wobec antynarodowych napaści, zawsze zarażającej pisarzy relatywizmem i nieodpowiedzialnością.

Kopciński i Horubała prezentując nowe spojrzenie na Gombrowicza, prezentują je bez żenady jako projekcje przeświadczenia prawicy, że w życiu narodu polskiego komunizm i liberalizm to zjawiska zdecydowanie obce. Aksjomat o organicznej, wiecznej niechęci Polaków do wszelkiej lewicowości i liberalizmu podtrzymują wyznaczając ostrą granicę między normalnością a nienormalnością, między tym, co działo się w PRL a tym, co działo się przed PRL. Nie dopuszczają możliwości ukazywania genealogicznych powiązań negatywnych, ich zdaniem, procesów i zjawisk rozwijających się w Polsce Ludowej, z procesami, czy zjawiskami jakie miały miejsce w przed-peerelowskiej historii kraju. Oddziaływanie na środowisko pisarskie liberalizmu i socjalizmu przedstawiają jako zjawiska zaskakująco nowe, bezprecedensowe, narzucone bądź importowane. Rosjanie, zmieniając nam ustrój, po raz pierwszy mieli zarazić Polaków komunizmem. W przyswajaniu liberalizmu mieliśmy okazać nieco własnej inicjatywy, lecz tu właśnie szczególnie złowrogą rolę krytycy przypisują Gombrowiczowi.

To oczywiste przeinaczanie faktów. Nie mieliśmy szczególnie silnego mieszczaństwa ( na Zachodzie spełniało ono rolę naturalnego nosiciela liberalnych idei ) lecz skłonność ku obcemu romantycznym mitom liberalizmowi wnosił przecież do polskiej literatury nie tylko Gombrowicz. A jeśli wnosił Gombrowicz to w godnym uwagi towarzystwie. W okresie międzywojennym w duchu liberalno-egzystencjalnym – prócz autora „Ferdydurke„ – pisali, tworzyli, działali: Witkacy, Iżykowski, Gałczyński, Słonimski, Boy Żeleński – znakomitości literatury II Rzeczpospolitej. Interpretacja roli pisarstwa Gombrowicza jako głównego, by nie powiedzieć jedynego, impulsu popychającego pisarzy najpierw w ramiona zachodniego liberalizmu, a następnie wschodniego socjalizmu, wchodzi w kolizję z obecnością w kulturze polskiej rzeczywistych procesów formujących stosunek środowisk twórczych do tradycji i aktualności. Sformułowanie Horubały, że dzięki przyjęciu „(…) dla własnych samoobronnych celów (…) indywidualistycznych konceptów Witolda Gombrowicza udało się krajowym literatom wytworzyć klimat prześmiewczy wokół narodowej tradycji” 12 / ignoruje obecność w kulturze Polaków , od wielu dziesięcioleci, rozliczeniowego nurtu z tradycją. Gombrowicz, przy całej wadze swej obecności w polskiej literaturze, nie był jego animatorem lecz kontynuatorem. Prześmiewcy patriotyczno-narodowego brązownictwa działali przed nim, obok niego i po nim. Sugestie, że atakujący polskość nadętą karmazynową pychą Gombrowicz, i tylko Gombrowicz, odpowiada za obecność w literaturze lat PRL rozrachunków z naszą narodową tradycją, trzeba uznać za pomysł z krainy absurdu.

A orientacja lewicowa wśród polskich intelektualnych elit? I ta nie pojawiła się z nagła i wyłącznie pod presją stalinowskiego terroru. Cały zastęp lewicowych naukowców, artystów, pisarzy działał już przed wojną. Jak powstał, dlaczego? Obszernie na to pytanie, mniej więcej w tym samym czasie kiedy ukazują się artykuły Horubały i Kopcińskiego, w pracy: „Intelektualistów portret własny” odpowiada Henryk Słabek. 13 / Do wyboru miejsca na lewicy – wyjaśnia – już w okresie międzywojennym , intelektualistów skłaniał postępujący kryzys społeczeństw demokratycznych, powodujący zdominowanie obrazu świata przez faszyzm i komunizm. W miarę jak nikła możliwość wielorakich wyborów, pozostawało wybierać właśnie między faszyzmem a komunizmem. Tych, co opowiadali się po stronie lewicy, w mniemaniu o słuszności dokonanego wyboru utrwalała dynamika rozwoju komunizmu: zwycięstwa Armii Czerwonej, powstanie Chińskiej Republiki Ludowej, zaś w kraju reformy , które – choć przeprowadzane brutalnie – sprawiały wrażenie racjonalności. Tak nieodpartej, że znajdowały nawet akceptację polityków emigracyjnych. Na dowód Słabek przytacza przemówienie generała Sossenkowskiego wygłoszone w Montrealu. Zwraca uwagę na następujący passus: „Nie ma między wolnymi Polakami szaleńca czy głupca, który by myślał o możliwości powrotu do dawnych form życia w Polsce.” 14 / Dowodzi też Słabek bezsensowności oskarżeń, że luminarzom polskiej kultury i nauki lewicowość dyktował strach czy brak charakteru; tacy pisarze intelektualiści jak Leon Kruczkowski, Czesław Miłosz, Marian Brandys, Mieczysław Jastrun, Andrzej Szczypiorski, Bohdan Czeszko, Jan Kott, czy Ryszard Matuszewski pierwsze deklaracje lewicowych sympatii składali w czasach kiedy nie było to ani wygodne, ani bezpieczne. Przypomina, że przed wojną o nagradzaniu za lewicowość nawet i marzyć nie było można, a dalej, że – w trakcie wojny – ktoś, kto przystępował do komunistów ryzykował życiem.

Przekonywani przez Kopcińskiego i Horubałę o wzajemnym napędzaniu się rewolucji egzystencjalno-liberalnej i marksistowskiej pozostajemy nadal w krainie absurdu. W odkryciu Kopcińskiego jakoby liberalizm w Polsce, na początku lat pięćdziesiątych, wspierał komunizm, łatwo postrzec kontynuację aktualnych zarzutów prawicy, że liberalno-demokratyczne zasady funkcjonowania państwa wykluczają możliwość doprowadzenia do całkowitej kapitulacji elit dawnego reżimu, bowiem do skutecznego przeprowadzenia takiej kapitulacji potrzeba, opartego właśnie na gwarantowanej tradycją jedności moralnej narodu, politycznego decyzjonizmu. Trudnego wszakże – według ideologów prawicy – do stosowania z dwu powodów: zniszczenia tradycji przez komunizm i wprowadzenia – zwalniającej postkomunistów od odpowiedzialności – organizacji społeczeństwa i państwa, która, mocą proceduralnych uregulowań, ogranicza szansę realizacji celów nadrzędnych. W wyobraźni ideologów prawicy, liberalizm jest grzeszny: bo w latach dziewięćdziesiątych tolerował postkomunistów , a jeszcze bardziej jest grzeszny dlatego, że w latach wcześniejszych przygotowywał ugodę intelektualnych środowisk ze stalinizmem. Ze tamto powojenne porozumienie między komunistami a liberałami, co do zwalczania przeżytków było przejściowe, że z dnia na dzień wrogim przeżytkiem dla socjalizmu stawał się też liberalizm, uchodzi z pola widzenia prokuratorskich oskarżeń prawicy. Znawca historii liberalizmu Jerzy Szacki stwierdza ( „Liberalizm po komunizmie” )¸że komunizm ogniskował wszelkie kierunki krytyki liberalizmu, i że był zatem wobec swojego ideowego konkurenta – nieprzejednany

Ignorując realia i fakty radykalna prawica rozmija się również z prawdą sugerując, że zwalczanie w PRL wszelkich odmian nacjonalistycznych tendencji kultywowano ustawiczne i nieodmiennie. Jeśli – pisze Szacki – „Stosunek komunistycznej teorii i praktyki do liberalizmu był zdecydowanie negatywny „ to stosunek do nacjonalizmu „(…) w teorii niezmiennie negatywny, w praktyce stawał się coraz bardziej pozytywny w miarę zanikania leninowskiego patosu rewolucji światowej”. 15 /

Praktyka przynosiła korektę teorii. Jako wymowny przykład owego zjawiska można przytoczyć tu choćby wypowiedzi pułkownika Zbigniewa Załuskiego

W publicystycznej książce „Siedem polskich grzechów głównych” pułkownik pisał: ”Marksistowska analiza historii, naukowe podejście do obiektywnej sytuacji narodu i płynących z niej wniosków nie obala tradycyjnego kanonu polskiej polityki lecz przeciwnie – pogłębia go, zapewnia mu głębsze uzasadnienie i większą precyzję. Stąd partia robotnicza w swej akcji wychowawczej w społeczeństwie opiera się na doświadczeniach historii, na tradycji narodowej nadając jej pełniejszy politycznie i głębszy naukowo wyraz”. 16 / Kiedy Załuski tak bardzo przejmował się narodową tradycją o rewolucji światowej propagandyści real-socjalizmu od dawna już nie wspominali. Za to niektórzy , jak właśnie pułkownik Zbigniew Załuski, opowiadali się za podtrzymywaniem całego tradycyjnego kanonu polskiej polityki. Dzisiejsi ideolodzy prawicy winni postrzegać Załuskiego jako zasłużonego sojusznika. Pułkownik tak jak oni ubolewa z powodu nieznośnego „intelektualnego terroru” nakazującego sekowanie Polaka sarmaty, tak jak oni potępia utwory ( głównie filmowe ) narodowych prześmiewców ( „Matkę Joannę od aniołów”, „Popiół i diament”, „Eroicę”, „Kanał”, „Zezowate szczęście”, „Lotną”, „Popioły” ) i tak jak oni nie oszczędza też Gombrowicza. Trudno obronić się przed wrażeniem, że teksty Kopcińskiego i Horubały – oskarżające antynarodowych szyderców z pozycji prawicowego konserwatyzmu – i piętnująca tychże szyderców – z pozycji deklarowanej wierności partii – publicystyka Załuskiego są do siebie nad wyraz podobne. Trudno też nie zauważyć, że – w opisywanym kontekście – teza o nieprzejednanej opozycyjności stanowisk wobec polskiej tradycji obydwu orientacji ma najwyraźniej charakter życzeniowy.

Kwestionował ją Jerzy Szacki a jeszcze przed nim, przeciwstawiając się poglądowi o zabójczej dla polskich tradycji roli socrealizmu, z temperamentem zwalczał ją Artur Sandauer. W eseju „Bez taryfy ulgowej” odnotowywał, że pewne, głęboko zakorzenione w naszej historii kulturowe zjawiska i obyczaje ułatwiały, a nawet stymulowały przyjmowanie w Polsce socrealizmu. Klarował, że skutkiem przeciwstawiania się burżuazyjnemu estetyzmowi, socrealizm znajdował u nas sojusznika w tradycyjnej kulturowej parafiańszczyźnie uprzedzonej do cywilizacji Zachodu. „Na lep kulturalnego stalinizmu – ironizował – szło wszystko, co nie lubi tych tam panie dzieju, nowinek, szuka w sztuce wytchnienia a nie łamigłówek, co przenosi czucie i wiarę nad mędrca szkiełko i oko”. 17 / Obalał mit zastraszenia artystów polityczną presją jaką miał z sobą nieść socrealizm; nie była ona – wyjaśniał – niczym nowym ; pisarze podobną presję znali z okresu totalizacji społeczeństwa w okresie międzywojennym; pamiętali, również że sztukę z polityką identyfikował romantyzm. To właśnie pamięć o romantyczno-politycznym posłannictwie literatury – dowodził – pozwala socrealistom trwać w przekonaniu, że jeśli przyświeca im ideał sztuki upolitycznionej nic w tym zdrożnego, bo ideał ów również przyświecał romantykom.

Kolejny zarzut Kopcińskiego i Horubały, że przeobrażeni w rewizjonistów socrealiści atakowali tradycje by odwrócić uwagę od swojej odpowiedzialności za socrealizm, by sugerować, że czynili to, co czynili wczoraj, dziś, zawsze – jest również niepoważny. W łączeniu rozliczeń okresu stalinowskiego z kultywowaniem krytycznych ocen tych właściwości naszej historii, które w jakimś stopniu mogły zachęcać peerelowskich pisarzy do akceptacji socrealizmu, należałoby raczej postrzegać rzetelność rewizjonistycznego rachunku wystawianego socrealizmowi.

Ideologowie prawicy odnotowują, że – pozostając nadal, na pozycjach marksizmu – rewizjoniści, skłaniali się w kierunku liberalizmu bo ten , relatywizując moralność, pozwalał kwestionować wartości absolutne, bo pozwalał , co szczególnie irytuję prawicę, dopatrywać się źródła totalitarnych reżimów w postulatach leczenia niedoskonałości systemów demokratycznych, wprowadzaniem do tych systemów rygorów religijno kościelnych. Irytację prawicy pogłębia wskazywanie w rewizjonistycznej literaturze ( Bocheński, Andrzejewski, Kołakowski ) na wzorotwórczość wobec praktyk totalitarnych, działań – mającej za cel pielęgnowanie ustanawianego przez kościół wiecznego ładu – średniowiecznej inkwizycji. Przypominanie inkwizycji psuje wizerunek kościoła. A przecież współdziałając z kościołem konserwatyści, w wypróbowany sposób, jak zawsze tak i dziś, zmierzają do organizowania politycznego i kulturalnego życia narodu w sferze instytucjonalno-państwowej. To jeszcze nie inkwizycja. Ale robi się nieprzyjemnie.

Kojarzenie średniowiecznej inkwizycji z organizacją i ideologią systemów totalitarnych nie grzeszy oczywiście nowością. Na takie skojarzenia w „Czarodziejskiej górze” naprowadzał swych czytelników już Tomasz Mann. Ale warto, jak sądzę przypomnieć, że Mann pozostaje tu najwyraźniej w niezgodzie z modną dzisiaj interpretacją, iż początków wszystkich systemów totalitarnych trzeba wyłącznie szukać w racjonalistyczno oświeceniowej utopii.

Sugestie wielkiego pisarza dotyczące paralelizmu katolickiego średniowiecza i komunizmu odnajdujemy przede wszystkim w dyskusjach prowadzonych w „Czarodziejskiej górze” przez Settembriniego i Naphtę. Wypowiedzi drugiego z zajadłych polemistów dowodzą, że przyrównywanie komunizmu do katolicyzmu to coś więcej niż tylko niezobowiązująca metaforyka. Ruch komunistyczny – zdaniem Naphty – wprost całymi garściami czerpie z tradycji chrześcijańskiego średniowiecza. Ojcowie kościoła – stwierdza uczony jezuita – wyprzedzali komunizm potępiając własność prywatną, nienawidząc pieniądza; „(…) prawo popytu i podaży traktowali z serdeczną pogardą”. O wykorzystywaniu koniunktury wyrażali się jako o „wyzyskiwaniu przymusowej sytuacji bliźniego”; proponowali by „(…) produkcyjność tego, co się robi była warunkiem zysków”. 18 / Wywody Naphty podsuwają też wniosek, że i komunistyczno-totalitarnym usiłowaniom dostosowywania praktyki do teorii przyświeca myśl religijna. Naphta wyjaśnia , że średniowiecznemu kościołowi chodziło o „(…)usunięcie przeciwieństw między duchem a władzą (…) o przezwyciężenie świata za pomocą panowania nad światem”. 19 /

Ale wywody Naphty o znoszeniu przeciwieństw między duchem a władzą prowokują do jeszcze innych skojarzeń. Dowiadujemy się z nich o prymacie kościoła nad świeckim państwem bo „(…) państwo powstało jako twór woli ludu a nie, jak kościół z ustanowienia bożego”; dowiadujemy się o indywidualizmie „kosmiczno astrologicznym” dającym się godzić z „najbardziej zwartą społecznością” ; wreszcie dowiadujemy się także i o tym, że „Idea jakiegokolwiek związku ludzkiego jest nieodłączna od absolutu już w swych korzeniach”. 20 / Prezentowana przez Manna w „Czarodziejskiej górze” ortodoksja jezuicko-komunistyczna, jeśli pozbawić ją ironicznego cudzysłowu, którym niewątpliwie opatruje ją autor, jeśli wykreślić z tyrad Naphty słowo komunizm, może też objawiać się jako zaczyn wielu poczynań, enuncjacji, oświadczeń dzisiejszej polskiej prawicy.

A z pewnością przywodzi na myśl ulubioną przez Horubałę „Frondę” – pismo gloryfikowane w „Marzeniu o chuliganie” jako krynica myśli Ligi Republikańskiej. Horubała podziwia strategię kwartalnika, pisze że frondyści wybrali rolę „(…) twardych, niezłomnych rycerzy dobra, krzyżowców , misjonarzy, męczenników za wiarę”. 21 / Relacjonuje, iż publikacje Pawła Lisickiego i Krzysztofa Kohlera przynoszą „(…) marzenie o świecie oczyszczonym z humanistycznych deformacji”. 22 / Odnotowuje częste w piśmie „(…) kontestowanie modelu duchowości współczesnej, która nie uznaje realnego istnienia diabła”. 23 / „Fronda” dla Horubały to pismo krucjaty przeciw „deformatorom” kościoła w rodzaju księdza Tischnera, to „(…) tygiel, w którym wytapia się nowy język katolicyzmu” 24

Jak widzimy w tyglu pieni się aż od radykalnych pomysłów i trudno byłoby nie domniemywać, że jest to naczynie pamiętające czasy palenia czarownic. Że jest to ten sam tygiel, którym – wywodząc komunizm ze średniowiecza – zręcznie posługuje się Naphta.

Podczas gdy pisarze skłaniający się ku lewej stronie politycznej sceny, zdaniem prawicy, kalali swe dobre imię wdając się w liberalizm, socrealizm, egzystencjalizm, rewizjonizm jednocześnie – w literaturze krajowej w sposób nie nazbyt widoczny, na emigracji wyraźniej – objawiała się orientacja przeciwna. Odwołująca się – jak rzecz określają publicyści „Życia”, „Arkanów”, czy „Frondy” – do etyki absolutnej, Conradowskiej. Gorliwi zwolennicy owej etyki widzą w niej przeciwwagę dla całej peerelowskiej plejady „gombroidów„ .Horubała w „Marzeniu o chuliganie” daje do zrozumienia, że obecność w literaturze pisarzy zdecydowanie antykomunistycznych, obrońców narodowego honoru, daje szansę na urzeczywistnienie w III Rzeczpospolitej ideału literatury tożsamej z etosem polskości katolickiej, zakorzenionej w przeszłości, opartej na religijnych praktykach, odwołującej się do dekalogu i prawa naturalnego, skupionej wokół kościoła jako instytucji ideowej i politycznej.

Do najwybitniejszych autorów inspirowanych dorobkiem Conrada i, eo ipso, reprezentantów nurtu anty – gombrowiczowskiego, zalicza Horubała: Andrzeja Bobkowskiego, Herlinga Grudzińskiego, Stefana Kisielewskiego; są to dla Horubały mistrzowie. Niestety, podczas lektury rozdziałów sławiących mistrzów , rychło orientujemy się, że właściwie żaden z nich nie dorasta do ideału.

Ułomności mistrzów najpierw demaskują apologetyczne przejaskrawienia. Podziwy Horubały nad Bobkowskim, oceniającym rozrachunkową twórczość Kazimierza Brandysa jako „dorabianie filozofii do gówna”, grzmiącym na intelektualistów nieufnych wobec katolickiego fundamentalizmu jako na „bandę wypierdków intelektualnych” – zakrawają na uświęcanie intelektualnego infantylizmu. 25 / Horubała odnotowuje zdziwienie adoratorów „Szkiców piórkiem”, że nie powstał klan wyznawców Bobkowskiego na wzór całej rzeszy „gombroidów„ . A no nie powstał. Może dlatego, że „Szkice piórkiem” – co Horubała zauważa w chwilowym przypływie obiektywizmu – „(…) nie szokują perspektywą poznawczą” 26 /. Przeocza, że porażają jej zawężeniem.

W opiniach o Kisielewskim Horubała prezentuje mniej entuzjazmu. Wyraża nawet ubolewanie, że „Dzienniki Kisiela, zestawiane już nie tylko z Gombrowiczem – niewątpliwie nowatorem gatunku – ale i z Herlingiem Grudzińskim, czy bliskim Kisielowi Tyrmandem, lub też „orzeźwiającym” Bobkowskim, okazują swą nędzność i nieporadność”.27 / Za moment dowiadujemy się jednak, że nie jest tak źle , bo autor zaskakuje nas „błyskotliwymi obserwacjami”. 28 / Po wydarzeniach marcowych, jako jeden z pierwszych, podważa sensowność dalszych oczekiwań, że komunistyczne rządy mogą się jeszcze zmienić na lepsze, demaskuje szybciej niż inni, pseudo – reformatorstwo Edwarda Gierka. Wady „Dzienników”, pod piórem Horubały, stopniowo urastają do zalet. Krytyk wyjaśnia, że notatki Kisiela przez swoją nieporadność „(…) oddają nudę PRL” Przekonuje, że „Nie szlifowanie notatek pozwala na prześledzenie czym był naturalny stosunek do problemów znajdujących się dziś na cenzurowanym”. 29 / – tu pada przykład ukazywania w „Dziennikach” prawdy o współudziale „(…) Żydów w instalowaniu komunizmu w Polsce i świecie”. 30 / I tak opinie Horubały,, wzbierając tonacją optymistyczną przygotowują pointę, że Kisielewski „(…) pozwalając sobie na swobodne wypowiedzi pozostawił dzieło doskonałe”.31 /

Doskonałe przy wszystkich skazach, przy „nędzności i nieporadności”? Obawiam się, że meandryczność takiej interpretacji obraża zdrowy rozsądek.

Wśród mistrzów, za prymusa nurtu Conradowskiego w polskiej literaturze współczesnej, Horubała uznaje Herlinga Grudzińskiego. Ale – choć inaczej niż Bobkowski czy Kisielewski – i prymus okazuje się kłopotliwy. Zasługuje na miano prymusa, bo „(…) rzucił wyzwanie całej polskiej literaturze pragnącej zrelatywizować moralność, znaleźć wytłumaczenie hańby własnej i całych rzesz intelektualistów XX wieku” bo „(…) odrzuca zakłamanie Zniewolonego umysłu Miłosza, gardzi literaturą rozrachunkową Października 56, brzydzi się umizgami Michnika i Gedroycia pod adresem komunistów: Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego czy Kiszczaka”, bo „(…) odmawia zrozumienia świata konstruowanego przez wielkiego prześmiewcę Gombrowicza”. 32 / Skąd wynikają kłopoty? Cóż, między innymi stąd, że prymus, który głosi prymat wartości etycznych przyznaje się do lewicowości, gdy tymczasem według prawicy, bastionem owych wartości jest katolicki kościół. Stąd, że kościół, w niektórych swoich utworach, Herling Grudziński przedstawia jako model instytucji totalitarnych. A także i stąd, że moralizm autora „Innego świata” nie powstrzymuje go od sprzeciwu wobec zaleceń Jana Pawła II by zgwałcone Serbki nie przerywały ciąży.

Promotorzy etyki absolutnej za jej patrona w literaturze uważają Conrada. Naturalnie Conrad jest moralistą. Ale w adekwatność jego refleksji moralnych wobec etyki gwarantowanej przez katolicki kościół, zespolonej z metafizyką i transcendencją, też trzeba wątpić. Powoływanie się na Conrada, głoszenie, że jego twórczość to opoka, o którą pisarstwo Gombrowicza i jego czcicieli rozbija się niczym wzbierająca brudnymi pianami relatywizmu fala, brzmi efektownie. Prawica na Conradowski dorobek powołuje się z pełną pewności siebie swobodą, jakby identyczność postawy wielkiego pisarza z jej własnymi postulatami w zakresie etyki, jako regulatora międzyludzkich stosunków, była oczywistością, jakby nie podlegała dyskusji. Dąży do wywarcia wrażenia , że bliższe wyjaśnienie , co właściwie jednoczy Conrada z literaturą deklarującą skrupulatną wierność wobec narodowo katolickich tradycji – jest zbędne. Ale pomijanie problemu, nie likwiduje problemu. Pro conradowskie umizgi w intelektualnym środowisku prawicy mogą liczyć na pewne zrozumienie, całościowe zawłaszczanie dorobku Conrada przez prawicową formację – nie.

Prawica ceni Conrada bo dawał wyraz niechęci do rewolucji, negował socjalizm jako ustrój nie mogący się obyć bez terroryzmu, kompromitował utopię nowego człowieka, z rezerwą odnosił się do liberalnych reform. Pozytywny program pisarza ideologom prawicy może również przypadać do gustu. Znajdują w nim uznanie dla tradycyjnych form solidarności, ideę podtrzymywania kultury i społecznego ładu jako zapory dla grzesznych instynktów, szacunek dla hierarchicznych struktur. Wszystko to jednak nie osłabia wrażenia, że wynoszenie Conrada do rangi protoplasty etyki absolutnej, według wyobrażeń „Frondy” czy Ligi Republikańskiej, przybiera kształt ideologiczno- propagandowej konstrukcji dalekiej od faktycznego stanu rzeczy. Przy bardziej analitycznej lekturze utworów Conrada jawi się on jako osobowość złożona, by nie powiedzieć kontrowersyjna. Upragnione przez republikanów zdecydowanie w ferowaniu jednoznacznych moralnych rozstrzygnięć dla autora „Lorda Jima” nie było sprawą najbardziej istotną. Ocenianie, co jest prawdą etyczną , co fałszem – uważał raczej za ceł, do którego winniśmy dążyć, wymierzanie sprawiedliwości według moralnych norm uważał za możliwe , nawet konieczne, równocześnie jednak odnosił się do nich jako do tworów człowieka. Nie akceptował transcendencji, z niechęcią odnosił się do chrześcijańskiego średniowiecza

Co do wyobrażeń Conrada o sile sprawczej etyki, o jej niezależności, czy współzależności od czynników kształtujących człowieka w każdej z kolejnych epok nieco inaczej, wśród rzetelnych interpretatorów twórczości Conrada zdania są podzielone. Szczególną wiarę w Conrada jako pisarza, który stosowanie jednakich etycznych norm, niezależnie od rzędnych czasu i miejsca, widział jako zobiektywizowaną możliwość, w „Szkicach o Conradzie”, demonstrowała Maria Dąbrowska. Polemizując z opinią Jana Kotta, że Conrad główną dewizą postępowania swych bohaterów czyni wierność samemu sobie , dowodziła, że źródłem moralności człowieka w twórczości artysty jest nie tyle „człowiek sam w sobie” czy „człowiek dla siebie” lecz człowiek postępujący „(…) w myśl kilku prastarych ale wiecznie żywych wyobrażeń moralnych, oznaczających pewien nie podlegający zastrzeżeniom dorobek ludzkości”.33 /Sugerowała , że w twórczości Conrada „ ten skromny ale niewątpliwy wśród bezmiaru względności świat moralny prześwieca przez wszystkie systemy społeczne, czy to świeckie , czy religijne”. 34 / Ale już na przykład stanowisko całkowicie odmienne – w artykule „Joseph Conrad. Alienacja i zaangażowanie” prezentuje Jan Watt. Pisze, że solidarność, ludzkie zaangażowanie nie jawią się u Conrada jako zespół norm wyraźnych i trwałych: „(…) ukazują się one jako nieuchwytna i nie dająca się udowodnić lecz mimo to istniejąca i szeroko przyjęta akceptacja wspólnych ludzkich obowiązków”. 35/ Jeszcze inaczej, wskazując właśnie , że historyczna względność reguł ludzkiego postępowania nie ulega w twórczości Conrada negacji, problem Conradowskiej etyki ujmuje Michał Komar w eseju : „Piekło Conrada”. 36 / Zwraca uwagę, że pisarz, akcentując w dążeniu do prawdy rolę postawy buntowniczej, musiał też zdawać sobie sprawę, iż odwaga poznawcza opiera się o świadomość, myśl ludzką, a te wyprzedza i uzależnia od siebie historyczny proces.

Zróżnicowanie opinii o Conradowskiej etyce wskazuje, że nie jest ona kryształowo klarowna, ani monolitycznie ponadczasowa. I dlatego próbom traktowania twórczości pisarza jako wzorotwórczej dla działań w duchu „oczyszczania świata z humanistycznych deformacji”, bądź w duchu etyki czerpiącej swą siłę z namaszczenia „nie zdegenerowanego kościoła”, wystawia świadectwo nierzetelności. Trudno nie odnieść wrażenia, że deklaracje prawicy o tym jak bardzo jest przywiązana do Conradowskiego nurtu w literaturze polskiej są tym bardziej entuzjastyczne, im bardziej przemilczają sporą dozę ambiwalencji w poglądach Conrada, im bardziej usuwają w cień fakt, że niechęć do rewolucji nie przeszkadzała mu akceptować buntu jako postawy koniecznej dla zachowania ludzkiej godności, im bardziej usuwają z pola widzenia ironię pisarza wobec potencjału możliwości humanitarnych właściwych kapitalistycznym regułom organizacji społeczeństwa.

Dla oceny tych reguł w postkomunistycznej Polsce szczególnie ciekawą okazuje się powieść Conrada „Nostromo”. Podstępna powieść. Czytamy w niej o latynoskiej republice Costaquana , ale Costaquana przypomina też Polskę. Przez kraj przeszła fala rewolucyjnego zamętu, pani Gould – jedna z bohaterek utworu – słucha opowieści krążących w ziemiańskich rodzinach. Opowieści zapełniają „Przyjaciele, krewni, zrujnowani, uwięzieni, pozabijani w bitwach bezsensownych wojen wewnętrznych, barbarzyńsko straceni w dzikich proskrypcjach, jak gdyby rządzenie polegało na zmaganiu diabłów poszczutych na kraj, wyposażonych w (…) mundury, napuszone frazesy”. 37 / Wrażenia pani Gould? „Słuchając (…) na wszystkich wargach znajdowała wzburzenie, pragnienie pokoju, strach przed wszystkim, co urzędowe, przed koszmarną powodzią administracji bez prawa poszukiwania bezpieczeństwa i sprawiedliwości”. 38 /Opowieści wysłuchiwane przez panią Gould nie bardzo różnią się od wydawanych u nas po roku 1989 pamiętników , wywłaszczonych przez władzę ludową, ziemian polskich. Jak po roku 1989 w Polsce, tak i w powieściowej krainie Conrada, chaos, który powstał w wyniku rządów zwolenników siłowego zaprowadzenia sprawiedliwości, porządkuje kapitał. Do Cstaquany wprowadza go, z misjonarsko chrześcijańskim oddaniem, amerykański milioner. Mąż pani Gould – dzierżawca kopalń srebra – jest pewien, że „(…) jeśli interesa materialne zainstalują się gdzieś w sposób solidny i trwały, tym samym narzucą od razu otoczeniu te warunki życia, bez których nie mogłyby istnieć”.39 /

Dla ucha prawicowych wielbicieli Conrada cytowane dotąd opinie bohaterów utworu z pewnością brzmią balsamicznie. Aby jednak utrzymać dobre samopoczucie, znajdujący w Conradzie bliskiego sojusznika konserwatysta powinien w porę przerwać lekturę. Inaczej natknie się na druzgocącą puentę. Na proroctwo doktora Monyghama. „Rozwój interesów materialnych – mówi doktor – nie zna spokoju ani spoczynku. One mają własne prawa, własną sprawiedliwość. Ale te opierają się na skuteczności, są nieludzkie, pozbawione są prawości i obce są im zarówno ciągłość, jak i siła (…) Zbliża się czas (…) gdy wszystko, co przedstawia sobą koncesja Gouldów , zaciąży ludowi równie nieznośnie jak barbarzyństwo, okrucieństwo i bezprawie sprzed paru lat.” 40 /

Pisarze w okresie PRL – twierdzą Horubała, Kopciński i wielu innych, dzielnie wtórujących im, ideologów prawicy – mogli wybierać między dwiema drogami: Conradowską albo nowoczesną i zarazem europejską. Prawica nie ma wątpliwości, że tylko pierwsza z nich była właściwa. W przeciwieństwie do Gombrowicza – patrona tych ,co plamili się socrealizmem, rewizjonizmem a po drodze również zachodnim egzystencjalizmem – w Conradzie należy zatem czcić antyeuropejskość?. Ależ, przy całej swojej słowiańskości, Conrad był równocześnie pisarzem jak najbardziej europejskim. Wymienianym przez zachodnią krytykę jako jeden z największych powieściopisarzy jakich Europa wydała w XX wieku. W gronie takich znakomitości jak Joyce, Eliot, Mann, Camus, czy Saint Exupery. Miał też sporo wspólnego z egzystencjalizmem. Bohaterami książek Conrada są ludzie podlegający procesom alienacyjnym, działający w warunkach ekstremalnych, płacący wysoką cenę za dążenie do samopoznania, tragiczni. Postawa błazeńska – ujmująca świat w kategoriach groteski i błazenady – istotnie nie była mu bliska. Tylko zauważmy, ze obecność groteski i błazenady w twórczości Gombrowicza wcale nie dystansuje pisarza od ukazywania podległości życia jednostki temu, co międzyludzkie. „Jestem jak głos w orkiestrze – pisze Gombrowicz – który musi dostroić się do jej brzmienia, znaleźć miejsce swoje w jej melodii, lub jak tancerz dla którego ważne jest nie tyle, co tańczy ile to by złączyć się z innym w tańcu. Stąd ani myśl moja, ani uczucie nie są naprawdę wolne i własne, myślę i odczuwam dla ludzi aby zrymować się z nimi, doznaję spaczenia w następstwie tej najwyższej konieczności” 41 / Owszem, Gombrowiczowskie dostosowywanie się do innych to nie zupełnie to samo, co dostosowywanie się do reguł wyznaczonych przez etykę. W obu przypadkach identyczny już jednak jest egzystencjalny ”ból życia”; konflikt między nie zawsze przecież szlachetną – podszytą często agresją, ciemnymi instynktami – prawdą wewnętrzną a społecznym, tak czy inaczej sformalizowanym, urzeczywistnianiem się bytu człowieka. Michał Komar o Conradowskich drogowskazach, o prostych prawdach moralnych, pisał, że w twórczości pisarza są to „granice wyjścia i dojścia” i dodawał, że „(…) między nimi rozciąga się przestrzeń, w której zło okazuje się wyzwaniem i autentyczną pokusą usprawiedliwioną w tej mierze, co wartości pozytywne”. 42 / Conrad egzystencjalne napięcia przedstawia w tonacji tragicznej, Gombrowicz idzie w kierunku deformacji, błazeństwa, uznając, że groteskowe przerysowanie zdejmie z międzyludzkich stosunków przesadny konwencjonalizm, przywróci im autentyczność. Groteska u Gombrowicza to także tragigroteska. Conrada i Gombrowicza można ze sobą porównywać, że kierują się obaj zasadniczo różnymi filozofiami – udowodnić się nie da. Przeciwstawianie Conradowskiej heroiki ideowym przemianom krajowych pisarzy, jako Gombrowiczowskiej parady tańczących – a to w rytm poleceń władz PRL, a to w rytm sygnałów nadchodzących z Zachodu – błaznów , wynika najoczywiściej z aktualnie toczących się w Polsce gier politycznych.

Przeciwstawianie Conrada, kreowanego z uporem na etycznego supermana, wizerunkowi Gombrowicza relatywisty, demoralizatora pisarzy lewicy, jest manipulacją zmierzającą do neutralizacji pisarzy lewicy. Ale przypominanie dawnych bezeceństw lewicy animowanych – jak twierdzi prawica – wpływami Gombrowicza obracając się w egzorcyzmowanie pisarza prowadzi tez do przywrócenia mu łaski zbawienia. Po egzorcyzmach przeganiających złe moce można próbować nawet beatyfikacji niedawnego grzesznika. I do podjęcia tego kolejnego zadania tropiciele przewin autora „Trans Atlantyku” okazują się również chętni. Gombrowicz , jakby nie było, wielkim pisarzem jest i przyda się prawicy. Trzeba tylko dokonać zmiany punktu widzenia. Trzeba odkryć – przesłaniane dotychczas kurtyną interpretacji akcentującej w twórczości artysty krytykę sarmatyzmu – Gombrowiczowskie głębie. Część krytyki już je odkrywa utrzymując, że to one właśnie pasują Gombrowicza na klasyka. I odkrywa z taką zręcznością, że antyklerykał, wielbiciel dialektyki, propagator kształtowania się poszczególnych osobowości w drodze międzyludzkiej komunikacji jawi się w końcu jako pisarz przywrócony emocjom metafizycznym i – choćby na wspak – religijnym

Krytycy, inspirowani prawicową ideologią, takim właśnie pragną postrzegać Gombrowicza przede wszystkim jako autora „Ślubu”. Pragną go zatem postrzegać diametralnie inaczej niż na przykład Marta Piwińska – autorka znakomitej książki: „Legenda romantyczna i szydercy”. W książce tej „Ślub” omawiany jest jako dramat, w którym nakłada się na siebie kilka warstw mitologicznych, w którym podświadomości indywidualnej towarzyszy podświadomość zbiorowa a demaskowaniu mitów msza narodowa celebrowana na opak. Autorka pisze, że Gombrowicz dokonuje profanacji Bronowic i Soplicowa – symboli narodowego pojednania. Akcentuje że burzenie kościoła narodowego pisarz równoważy budowaniem kościoła ludzkiego. Zauważa tez, jednak że. pod pewnym względem są to kościoły do siebie podobne bo obydwa dławią ludzki indywidualizm. Tworzoną przez bohatera utworu nową formę, nowego świata – stwierdza Piwińska – podszywa zbrodnia: „Władza Henryka – króla jawi się w sztuce jako kolejna utrata wolności” 43 / Kończąc wnioskuje: ”Człowiek Gombrowicza jest (…) wolny o tyle, o ile jest burzycielem i twórcą formy (…). Jest wolny do, nie od formy. I w sposób wysoce dialektyczny (…) jest od formy uzależniony przez negację”.44 /

Według Marty Piwińskiej problematykę „Ślubu” określa osadzenie utworu w obszarze stereotypów, mitów, symboli, rytuałów kultury polskiej – dla autorów eseistycznych publikacji poświęconych „Ślubowi” w miesięcznikach „Dialog” i „Teatr” ( lata: 1997 – 2000 ) obszar ów w ogóle nie istnieje. Mateusz Kanabrodzki, w eseju „Cyrulik z Małoszyc”, układ odniesień „Ślubu” wobec postromantycznych stereotypów, blokujących w umysłach Polaków , od dwustu lat bez mała, refleksje wybiegające poza granice romantycznego paradygmatu, zamienia na układ psychofizjologicznych reguł organizujących przeżycia człowieka. Akcentuje erotykę „Ślubu”; relacje między Henrykiem a pozostałymi postaciami utworu przedstawia w kategoriach kompleksów homoertycznych, kazirodztwa, krwawo-ofiarnej symboliki archaicznego święta. Doświadczenia i przeobrażenia Henryka ujmuje w perspektywie fantasmagorycznych porównań funkcjonowania wstydliwych kuchennych pomieszczeń domu z czynnościami wchłaniania, trawienia, wydalania. I tak – krok, po kroku – zbliża się do puenty. Do oświadczenia, że „Przestrzennym centrum dramatu (…) jest kuchenno- karczemna sfera domu”, że „Henryk przemierzając drogę od poziomu karczmy do poziomu pałacu, wędruje jednocześnie po gmachu własnej psychiki i po gmachu własnego ciała”. 45 /

Ale to jeszcze nie wszystko. Kiedy Kanabrodzki odkrywa w dramacie podteksty kazirodcze, nie zapomina dodać, że w kazirodztwie psychoanalitycy postrzegają dążność człowieka do przezwyciężania śmierci poprzez powtórzenie płodzenia siebie w łonie matki, że Eliade, Jung uważają kazirodcze marzenia za podkład religijnej wrażliwości. Kiedy rozpatruje przypadek samobójczej śmierci przyjaciela Henryka – Władzia, zabiega abyśmy nie przeoczyli możliwości porównania tej śmierci z fenomenem archaicznego święta „(…) tłumaczącego mistyczną ofiarę jako iluzję mistycznej odnowy”. 46 / W kierunku interpretacji religioznawczej – by nie powiedziedzieć religijnej – zmierza też Kanabrodzki, kiedy stwierdzając w „Ślubie” łączność „gmachu psychiki” z „gmachem ciała” człowieka , wnioskuje, że cała zmysłowość w dramacie Gombrowicza łączy się z mistyką.

Jak dalece Gombrowicz zmierza w „Ślubie” ku metafizyce, w szkicu: ”Dotyk diabła” , publikowanym w dwa miesiące po eseju Kanabrodzjiego, zastanawia się Joanna Chojka. 47 / Autorka konstatuje, że jeśli nawet istnienie prawdziwego Boga zostaje w dramacie zakwestionowane, to jednak Gombrowicz, w zakresie porządkowania spraw świata, funkcję podobną boskiej, przydziela diabłu. Rolę diabła – tę obserwację autorka szkicu powtarza za Janem Błońskim, prekursorem psychoanalitycznej interpretacji „Ślubu” – spełnia Pijak. Broni on grzechu jako gwarancji istnienia absolutnego porządku: ład rzeczywistości, oparty na metafizyce boskiej, miałby zastępować Gombrowicz ładem gwarantowanym metafizyką zła. Mimo to uzyskiwana tą drogą stabilizacja okazuje się nader krucha, bowiem Gombrowicz neguje substancjonalność „ja”. System luster, jaki w zamian wprowadza, polegający na tym, że człowiek konstytuuje siebie postrzegając wizerunek własnej osoby w innym człowieku, system ów – kontynuuje Chojka – stwarza reguły chwiejne, prowadzi do relatywizmu. I tak dochodzimy do sedna. Do konkluzji autorki, że opisywany stan rzeczy, po wstępnym kwestionowaniu Boga, dalej powoduje obsesyjne pojawianie się pytań o Boga.

Pozostawałoby może tylko rozstrzygnąć kogo tak naprawdę dręczy obsesja: czy może bardziej nie jest ona udziałem pewnej grupy komentatorów twórczości Gombrowicza , niż samego artysty? Jakbyśmy jednak nie odpowiadali na to pytanie pozostaniemy w kręgu oczywistości. że wyznawcy wiecznych reguł boskiego ładu, im bardziej szukają ich potwierdzenia w Gombrowiczowskich głębiach, tym mniej poświęcają uwagi warstwom twórczości pisarza, dzielącym ich od tych głębi. Interpretacje przesadnie zbliżające Gombrowicza do metafizyki, uruchamiają po prostu mechanizm redukcji problemowej wielowarstwowości jego spuścizny. Ów mechanizm – widoczny w analizach literackiej materii spuścizny Gombrowicza – jeszcze bardziej ujawnia swoją obecność w omówieniach, natchnionych duchem interpretacji „głębinowej”, teatralnych realizacji utworów pisarza. I tak się składa, że i tu trudno nie zauważyć „osiągnięć” Kopcińskiego. Widocznych szczególnie jaskrawo w jego recenzjach z „Operetki”, „Iwony księżniczki Burgunda”, „Ślubu”.

Inscenizacja „Operetki” (Teatr Replika w Sztokholmie, 1997 ) omawiana w recenzji: „Ratuj się sam klasyku”, najpierw prowokuje krytyka do ubolewań nad hermetycznością i archaicznością sztuk Gombrowicza.48 / Kopciński wyrzeka, iż współcześni widzowie nie są w stanie się wyznać w „ (…) gąszczu historycznych znaków i konwencji” jakimi autor posługuje się w sztuce.49 / Świat „Operetki” – zauważa Kopciński – „należy już do przeszłości”. 50 / Dziwne „Operetka” jako sztuka o obecności w życiu Polaków arystokratyczno sarmackich obyczajów i rytuałów, za to właśnie przez Kopcińskiego winna być doceniana – pamiętamy przecież, że krytyk jeszcze niedawno dowodził potrzeby starannego pielęgnowania tradycji. Dziwne i wcale nie dziwne bowiem na etapie przyswajania prawicy Gombrowiczoa jako klasyka trzeba właśnie innej strategii. Ogłaszając że świat utworu „należy już do przeszłości” przyjmuje zatem rolę rzecznika widza o ograniczonych percepcyjnych zdolnościach jakim jawi mu się „młody Europejczyk”. Zachwyca go „Operetka” sztokholmska, bo w reżyserskim ujęciu Jurka Sawki ( ja rzekłbym – okaleczeniu ) sztuka została oczyszczona z pokładów tradycji, bo usunięto z niej Gombrowiczowską historiozofię, bo jest to – co już szczególnie ma dziś zachwycać – inscenizacja, w której „rewolucyjno-operetkową Apokalipsę zagłusza ostry rytm dyskoteki”.51 / Brawo! „Operetka” Sawki podziwiana przez Kopcińskiego ponieważ – jak utrzymuje – została zredukowana do podstawowego schematu międzyludzkich relacji ubranych w formę kulturowego konfliktu między światem snobistycznego establishmentu a spontaniczną zbuntowaną młodzieżą, rzeczywiście zrozumie każdy „młody Europejczyk”. Tym bardziej, że i finał spektaklu nie jest nadmiernie skomplikowany. Jeśli wielu „(…) rozumiejących reżyserów – obwieszcza Kopciński – zmagało się z intelektualnie wykoncypowanym finałem sztuki”, to Jurek Sawka znalazł rozwiązanie „proste i rewelacyjne” . Albertynka i jeszcze dwaj młodzi chłopcy odnajdują w jego spektaklu sens egzystencji młodości; znajdują w miłości „zupełnie odrębny, własny rytm”. Jest to – według krytyka – rozwiązanie rewelacyjne bo „”(…) skierowane przeciwko samemu Gombrowiczowi”.52 /

Kierując się przeciw Gombrowiczowi można też nadać tworzonym przez niego postaciom, drogi katolicko-prawicowemu personalizmowi, esencjonalizm. W opinii Kopcińskiego taką właśnie możliwość wykorzystują sceniczne realizacje „Iwony księżniczki Burgunda” w reżyserii Grzegorza Jarzyny ( Stary Teatr w Krakowie ) i „Ślubu” Jerzego Grzegorzewskiego ( Teatr Narodowy ). Recenzja Kopcińskiego „Którędy do wyjścia” pochwala zbagatelizowanie w krakowskim spektaklu „Iwony” tematu demaskowania dworskich konwencji, rytuałów, gier oraz dokonanie przez reżysera zdecydowanej odmiany w interpretacji postaci Filipa i tytułowej bohaterki utworu.53 / W przypadku Filipa odmiany redukującej wagę antydworskich prowokacji księcia na rzecz takiego zarysowania postaci, aby sugerowała pytanie: „(…) którędy powinien podążać Filip, by wydostać się z zaklętego kółka niedojrzałości i wszechwładzy formy”. 54 / W przypadku Iwony sprzyjającej odbiorowi bohaterki dramatu nie jako osoby prowokującej wszystkich swoją bez-foremnością, lecz jako postaci ukazującej „wcale nie tak jak podpowiada Gombrowicz” wyjście z „więzienia formy”. 55 / Iwona pozbawiona formy, prowokująca swą nieokreślonością do gestów, min, masek – komentuje dalej spektakl Kopciński – została przekształcona w Iwonę posiadającą własną osobowość. Na tyle esencjonalną, że w Filipie, zamiast agresji, wywołuje miłość. Miłość, miłością ale dla Kopcińskiego najważniejszym okazuje się właśnie esencjonalizm. W takiej bowiem interpretacji „Iwona” staje się sztuką o tym, „co w człowieku ukryte” , „organizujące” i „przerastające (…) ludzkie istnienie”.56 / Okoliczność, że przenicowana w ten sposób „Iwona” przestaje być sztuką Gombrowicza, nie ma dla krytyka znaczenia.

Personalistyczno-esencjonalne ujęcie wykrywa również Kopciński w spektaklu „Ślubu” na Małej Scenie Teatru narodowego 57 / I znów jest zadowolony: Jak w przypadku „Iwony”, tak i tym razem wysoko ocenia przeciwstawność inscenizacji wobec wcześniejszych przedstawień sztuki. Odnotowuje, że główny bohater „Ślubu” – Henryk – zamiast, jak zwykle, badać swe ciemne wnętrze a następnie, podejmując heroiczną decyzję oddania się w ręce oprawców, dać świadectwo sprawiedliwości, zapłacić właściwą cenę za uprzednie badawcze zuchwalstwo – w przedstawieniu Grzegorzewskiego prezentuje się jako człowiek śmieszny, zbłąkany, niebezpieczny i całkowicie, dosłownie, szalony. Podkreśla z uznaniem nowość w zarysowaniu figury Władzia: uwolnienie postaci z obowiązku sprawiania na scenie wrażenia sobowtóra Henryka; wyposażenie Władzia w pełną osobowość i przydzielenie mu roli obserwatora mającego zaświadczyć, że wszystko, co widz ogląda „(…) to tylko sen psychopaty, który poszukując wyobrażonej przez siebie wolności stracił kontakt z realnością.” 58 / Realista Władzio – według krytyka – zaznacza w spektaklu „wyraźny dystans wobec koronnych idei Gombrowicza”. 59 / Recenzję kończą uwagi, że „Inscenizacja Grzegorzewskiego skłania do zastanowienia nad rzeczywistym źródłem kłopotów Henryka z istnieniem. Czy naprawdę jest nim wojenny kataklizm, jak zapisano w Gombrowiczowskim kanonie, wypełniający górą trupów Nietzscheańskie przepowiednie o śmierci Boga (…)? Czy może raczej zespół kompleksów, fobii, idiosynkrazji, zahamowań i lęków autora Ślubu, literacko przez niego sublimowanych, a filozoficznie podnoszonych do zasady ludzkiego bycia” 60 /

Omawiające inscenizacje sztuk Gombrowicza recenzje Kopcińskiego, eseistyka Horubały, Chojki, Kanobradzkiego zawierają swoisty instruktaż. Zawierają wskazania, że jeśli Gombrowicz ma już nie wadzić sarmacko – konserwatywnym wyobrażeniom o narodowej tradycji, trzeba z egzystencjalisty przerabiać go w personalistę. Trzeba Gombrowiczowskim postaciom – konstytuującym swe „ja” w procesie dialektyki form, buntu przeciw stereotypom poszukiwania nowych kształtów istnienia – aplikować bliski metafizyce, transcendencji, mistyce psychologiczny esencjonalizm. Jeśli już jest klasykiem, proszę bardzo, niech nim pozostanie. Ale winien być klasykiem właściwie postrzeganym. Tak by nie wadził ani gloryfikatorom psychologicznej integralności jednostki gotowej budować kapitalizm bez egzystencjalnych wahań, ani pomysłom ulepszania rzeczywistości w duchu prawicowo – autorytarnym.

Artur Sandauer, piętnując tradycjonalizm literackiej krytyki w Polsce, pisał, że ”Krytyka (…) dbała o to, aby Samsonów, którzy próbowali wstrząsnąć murami narodowego panteonu czym prędzej zagnać (…) do jego wnętrza, zaliczyć w poczet świętości, dowieść że wszystkie ich bluźnierstwa miały jedynie na widoku późniejsze nawrócenie” 61 / A słowo stało się ciałem! Znaczna część polskiej krytyki dziś nadal gorliwie dba o to samo.

JERZY NIESIOBĘDZKI

——————————————————————–

 

1 / Andrzej Horubała: „Marzenie o chuliganie”, Biblioteka debaty, Warszawa 1997.

2 / Jacek Kopciński: „Gombrowicz gwałtem upolityczniony” , „Teatr”, maj, 1997.

3/ Tamże.

4/ Tamże.

5/ Tamże.

6 / Tamże.

7 / Andrzej Horubała: „Marzenie o chuliganie” , Biblioteka debaty, Warszawa 1997..

8 /Tamże.

9 / Tamże.

10 / Jacek Kopciński: „Gombrowicz gwałtem upolityczniony”, „Teatr”, maj, 1997.

11 / Andrzej Horubała: „Marzenie o chuliganie”, Biblioteka debaty, Warszawa, 1997..

12 / Tamże.

13 / Henryk Słabek: „Intelektualistów portret własny”, K i W , Warszawa, 1997.

14 / Tamże.

15 / Jerzy Szacki: Liberalizm po komunizmie” Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 1994.

16 / Zbigniew Załuski: „Siedem polskich grzechów głównych” . Cytuje za wydaniem „Czytelnika” z 1983 roku.

17 / Artur Sandauer: „Bez taryfy ulgowej” w zbiorze „Zebrane pisma krytyczne”, PIW, 1981.

18 / Tomasz Mann: „Czarodziejska góra”, „ Czytelnik”, 1956.

19 / Tamże.

20 / Tamże.

21 / Andrzej Horubała: „Marzenie o chuliganie”, Biblioteka debaty, Warszawa 1997.

22/ Tamże.

23 / Tamże.

24 /Tamże.

25 / Tamże.

26 / Tamże.

27 / Tamże.

28 / Tamże.

29 / Tamże.

30 / Tamże.

31 / Tamże.

32 / Tamże.

33 / Maria Dąbrowska: „Szkice o Conradzie” , „Czytelnik” 1974.

34 / Tamże.

35 / Jan Watt: „Joseph Conrad. Alienacja i zaangażowanie”. Szkic w zbiorze: „Conrad w oczach krytyki światowej”, PIW, 1974.

36 / Michał Komar: „Piekło Conrada”, „Czytelnik”1978.

37 / Joseph Conrad: „Nostromo”, PIW, 1981.

38 / Tamże.

39 / Tamże.

40 / Tamże.

41 / Witold Gombrowicz: „Dzienniki”, 1953 – 59. Wydawnictwo Literackie, 1986.

42 / Michał Komar: „Piekło Conrada”, „Czytelnik”, 1789 .

43 / Marta Piwińska: Legenda romantyczna i szydercy”, PIW, 1973.

44 / Tamże.

45 / Mateusz Kanabrodzki: „Cyrulik z Małoszyc” , „Dialog” nr 9, 1999.

46 / Tamże.

47 / Joanna Chojka: „Dotyk diabła”, „Dialog” nr 11, 1999.

48 / Jacek Kopciński: „Ratuj się sam klasyku”, „Teatr” nr 10, 1997.

49 / Tamże.

50 / Tamże.

51 / Tamże.

52 / Tamże.

53 / Jacek Kopciński: „Którędy do wyjścia ?” , „Teatr” nr 7, 1997.

54 / Tamże.

55 / Tamże.

56 / Tamże.

57 Jacek Kopciński: „Pijaństwo króla Henryka”, „Teatr” nr 6, 1998.

58 / Tamże.

59 / Tamże.

60 / Tamże.

61 / Artur Sandauer:: „Bez taryfy ulgowej” w zbiorze „Zebrane pisma krytyczne”, PIW, 1981.

Dodaj komentarz