ULICKICH CUD

 

Ukazuje się w Koszalinie od dziesięciu lat. Właśnie obchodzi swój jubileusz. „Miesięcznik” – pismo społeczno – kulturalne.

 


 

 

Dziesięciolecie koszalińskiego „Miesięcznika” powinno zostać odtrąbione specjalnymi fanfarami, oddzwonione dzwonami oraz wszelkimi multimedialnymi narzędziami ukazane i opisane, nie mówiąc o ogólnopolskich mediach. Oczywiście, tak się nie stanie, bo wedle „myślenia” naszych mediów żadna to sensacja, a tylko sensacja zasługuje na ich uwagę. No cóż, takie czasy, takie obyczaje.

A jednak w tej naszej postawionej na głowie i mimo wszelkiej pozłoty mocno przaśnej rzeczywistości kulturalnej wydawanie przez 10 lat „Miesięcznika” jest swoistą sensacją. Mało: jest fenomenem. Początkiem naszej inicjatywy wydawniczej były: tęsknoty, marzenia, ambicje – mówi w wywiadzie Ryszard Ulicki. Tęsknoty u tego pokolenia naturalne, bo za „Życiem Literackim”, „Kulturą”, „Literaturą”, „Filmem”, „Poezją”, „Problemami”, „Kinem”, „Teatrem” itd., słowem całą wartościową, mimo że „skażoną” komuną, polską prasą kulturalną i społeczno – kulturalną. Gdy dzisiaj czasem sięgam do archiwum, to stwierdzam, że na pewno ta prasa była skażona. Nie komuną wszakże, a myślą, mądrością, intelektem, błyskotliwością, odważnymi sądami, dyskursami, przemyśleniami, nie mówiąc o talencie twórców, którzy w niej pisywali. Skażona też, i to poważnie, była poprawną, bogatą, piękną polszczyzną. Wielu autorów rozpoznawało się na pierwszy rzut oka po stylu pisania. Nie można, niestety, tego wszystkiego, co powiedziałam wyżej, powiedzieć o dzisiejszej prasie, w ogóle o mediach, w których króluje płytkość, naskórkowość, ubogość intelektualna i językowa i nużąca niby to sensacyjność. Autorami tekstów w „Miesięczniku” są ludzie profesjonalnie zajmujący się sprawami kultury i ludzie mający własne zdanie, własną opinię. Wmawia się wszystkim, że taka kulturalna z prawdziwego zdarzenia prasa jest dzisiaj nikomu niepotrzebna, czemu przeczy choćby istnienie, wbrew obecnym trendom, prądom, modom i módkom „Miesięcznika”, który jak na pismo niszowe, ma wcale pokaźne grono Czytelników i Sympatyków. I wcale nie tylko wśród pokolenia 50+.

„Miesięcznik” nie opowiada się za żadną opcją, w ogóle nie ma żadnej opcji. A jeżeli to jedyną i wystarczającą jest dobry tekst. Nie ciapek na tyle i tyle znaków, lecz tekst, w którym omówiony czy przedstawiony jest konkretny temat i refleksja autora połączona z reguły z ciekawą analizą. Każdy autor wyraża tu własne zdanie, recenzja jest recenzją z prawdziwego zdarzenia, felieton felietonem. Tak, bo w „Miesięczniku” funkcjonują wszystkie formy pisarstwa dziennikarskiego. Źródłem inspiracji do stworzenia „Miesięcznika” były też marzenia, jak powiedział Ryszard Ulicki. Marzenia o nie dającej się zepsieć i sprowincjonalizować małej ojczyźnie, która padła ofiarą politycznych przetargów na administracyjnej mapie kraju i jako zawsze biedniejsza poniosła znacznie większe straty duchowe niż inne regiony Polski. No, spsienie, by nie używać słów mocniejszych acz niecenzuralnych, nastąpiło wszędzie. Równie niszczące.

Kolejny filar tego szaleńczego pomysłu to ambicje – Marii i moje. Wyrastające z zarozumialstwa, poczucia misji, żądzy pewnego rodzaju władzy duchowej… Głównie chyba jednak z owego spsienia polskiego życia kulturalnego, w tym prasowego.

Wydawanie „Miesięcznika” jest pewnego rodzaju szaleństwem czy świrowaniem. Wszyscy wiemy, czym może być gazeta czy stacja telewizyjna służąca politycznym grom i interesom, złej sprawie czy po prostu żadnej sprawie byle się wpisać w jakiś wydumany i ogólnie przyjęty przez tych, którzy to wydumali, trend. Koronny argument, że taka jest prasa na Zachodzie i w USA i my się w ten nurt wpisujemy jest nie do końca prawdziwy i w dodatku idiotyczny. Prasa tam jest typu naszych kolorowców, które są stamtąd wraz z pieniędzmi na ich wydawanie przetransportowane, ale jest i ta inna, którą właśnie u nas zniszczono. Z premedytacją i głupotą. Wpisywanie się w jakiś trend czy nurt nie oznacza rezygnacji z tego, co wyróżnia, czyli z rysów indywidualnych. Te właśnie są cenne. Nie jednakowość, lecz różnorodność, bo to ona czyni nasze życie barwnym i ciekawym. Ważne miejsc e w „Miesięczniku” zajmuje teatr obserwowany i wnikliwie opisywany przez Izabelę Nowak. Pisze nie tylko recenzje, ale i sylwetki „Ludzi z pasją”, którzy wzbogacają życie kulturalne i społeczne Koszalina. W ciągu dziesięciolecia ukazało się takich sylwetek 90. Recenzji znacznie więcej. Dodam, że recenzji z prawdziwego zdarzenia, tych „klasycznych”, analizujących i opisujących spektakl nie literaturę, tych, w których każdy osąd jest teatralnie uzasadniony , w których czuje się zawsze, nawet, gdy recenzja jest bardzo krytyczna, szacunek dla tych, którzy spektakl zrealizowali. Nie zawsze wszystko się udaje, ale nawet za klęską kryje się ludzka praca, ludzki wysiłek, ludzki stres. I sztuką jest to, mimo wszystko, dostrzec. Zwłaszcza dzisiaj.

Maria i Ryszard Uliccy wydają ów „Miesięcznik” z niesłabnącą pasją i samozaparciem. I miłością. I bez zasobów finansowych, które by im tę pasję umilały i czyniły łatwiejszą. W to, że zaczęli bez pieniędzy własnych ani cudzych do dziś nikt nie chce uwierzyć. Jak i w fakt, że bez tej wielkiej kasy funkcjonują i trwają. Wielu uważa, że za Ulickimi stoi wielka kasa – mówi Ryszard Ulicki. – Starają się ustalić – czyja. Kombinują jak koń pod górę. Może ruska, może post jakaś tam, może kościelna, wielko biznesowa, ale musi być, skoro gazeta wychodzi. Czasem w postaci podwójnego numeru, bo nie starcza na dwa kolejne, ale wychodzi… Niby to prawda, że bez pieniędzy nie da się dziś niczego w Polsce wydawać, ale… Największym kapitałem Ulickich są ludzie. To jest ta „wielka kasa” stojąca za Ulickimi. „Kasa”, jaką może się mało kto dzisiaj poszczycić i chlubić. I na jaką niewielu może liczyć, chociaż akurat kilka takich fenomenów znam osobiście. Piszą wielcy pisarze, poeci, publicyści, dziennikarze, krytycy za wspólnie wypitą kawę lub czasem wódeczkę. Piszą, bo chcą, bo wierzą, że warto. A pisze do „Miesięcznika” w końcu nie byle kto, bo i Joanna Rawik, i Izabela Nowak, i Walentyna Trzcińska, i Gąsiorowski, i Marek Wawrzkiewicz, i Longin Pastusiak, i Ryszard i Maria Uliccy, i wielu innych, także profesorów. Że to pokolenie 50+? Nie tylko. Mamy stałe koszty i wiemy, że musimy na nie wyszarpać, wyprosić, prawie wyżebrać pieniądze. To ta prawdziwa kasa stojąca za Ulickimi.

Wracając do jubileuszu fenomenu, jakim jest na naszym rynku prasowym „Miesięcznik”. Właśnie ukazał się numer jubileuszowy 9/10 (122-123) 2010. Warto go przeczytać. Jak, zresztą, każdy inny numer. Numer jubileuszowy, jak na jubileuszową tradycję przystało jest wypełniony wspomnieniami o ludziach i o wydarzeniach. Mnie szczególnie bliskie są te o ludziach. Wdzięczna jestem za przypomnienie wywiadu z Aleksandrem Małachowskim, z którym często spotykałam się na zakupach w tym samym sklepiku w warszawskim Międzylesiu i wywiadu z Piotrem Kuncewiczem, z którym często pogadywałam sobie o życiu, o literaturze, o pięknie tego świata i o kotach, których jesteśmy miłośnikami. Z okazji jubileuszu… Cóż tu można powiedzieć, czego można życzyć: Trwajcie tak, jak do tej pory, z pasją, miłością, zaciekawieniem i z tym ocalaniem od zapomnienia tego wszystkiego, co na to zasługuje. Żadne miasto w Polsce nie może się poszczycić czasopismem, które byłoby tak mocnymi więzami zrośnięte ze swoim miejscem, jak „Miesięcznik” z Koszalinem. Może warto by było to bardziej doceniać. Może warto by było…

Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz