Llosa z Noblem

Ta wiadomość ucieszyła licznych wielbicieli jego talentu. Mario Vargas Llosa, pisarz wyśmienity, z darem opowiadania, ale jednocześnie nowoczesny, smakujący krytykom i czytelnikom bez szczególnego przygotowania filologicznego, otrzymał Nagrodę Nobla. Chyba nikt nie wystąpi z teza, że to werdykt kontrowersyjny, jak to w ostatnich czasach często się zdarzało.

Z tej okazji przypominamy felieton sprzed dziesięciu lat, pisany na marginesie premiery Panienki z Tacny w warszawskim Teatrze na Woli. Llosa bowiem należy do niespełnionych dramaturgów, który nie mogąc zrobić kariery w teatrze poświęcił się prozie.

 

Trzeci dzwonek

Tajemnice dramatu

Mario Vargas LLosa nie jest pierwszym pisarzem, który kocha teatr bez wzajemności. Już Wolter był przekonany, że jego twórczość dla teatru znacznie przewyższa wszystko, co poza tym napisał, ale potomni skazali jego dramaturgię na zapomnienie. Towarzystwo jest więc całkiem niezłe, twórcy bardzo często nie doceniają swych najlepszych utworów, a przeceniają te słabsze.

Kiedy LLosa przyjechał do Polski w roku 1991 z okazji premiery sztuki „Chunga” w łódzkim teatrze im. S. Jaracza, zanotowałem kilka jego zdań o teatrze. „Teatr jest moją pierwszą pasją – mówił – od dramaturgii rozpoczynałem swoją przygodę z literaturą. W moim teatrze nie prowadzę agitacji, ale staram się. korzystając ze szczególnych możliwości tej sztuki, tworzyć rzeczywistości równorzędne: przemieszanie tego, co realnie możliwe z tym, co tylko pomyślane, świata fantazji, magii i twardych okoliczności życiowych…” Tak też czyni w Panience z Tacny, wystawionej niedawno w Teatrze na Woli na jubileusz Zofii Rysiówny, z jubilatką w roli tytułowej. I w tej sztuce miesza rzeczywistość tylko pomyślaną z realną, tworzy przypuszczalne warianty zdarzeń. Najbardziej jednak zdaje się być zafascynowany samą naturą opowieści, fenomenem jej narodzin, by strawestować słynną formułę Teodora Parnickiego ciekawi go zjawisko „przekuwania rzeczywistości w literaturę”.

Skąd inąd u pisarza zgłębianie tajemnicy warsztatu, poszukiwanie źródeł opowieści i mechanizmu przetwarzania wypadków życiowych w literaturę wydaje się zajęciem co najmniej naturalnym. To rodzaj ćwiczenia warsztatowego. Wyznaje to zresztą główny bohater sztuki, Belisario, bez wątpienia porte parole autora, który tworzy opowieść, zmaga się z oporem materii, szuka motywów postępowania portretowanej panienki z Tacne i jej otoczenia. A jednak to fascynujące zajęcie, przynajmniej dla pisarza, okazuje się niewypowiedzianą męką dla widza. Llosę zawodzi słuch teatralny, powtarza się, rezonuje, opowiada banały, domorośle filozofuje, słowem sprzeniewierza się samej naturze dramatu, który – paradoksalnie – choć opiera się na dialogu i monologu, nie znosi gadulstwa.

Rzecz ciekawa, pisarz, który z niemal genialną intuicją radzi sobie z materią opowiadania w prozie, w dramacie gubi się w detalach, jakby zapominał o sztuce tworzenia napięcia i przykazaniu unikania rezonerstwa. W znakomitej powieści Gawędziarz Llosa podjął temat podobny: narodzin fenomenu opowiadania i fenomenu opowiadacza, pełniącego rolę swego rodzaju misjonarza, przewodnika po życiu. W tej wzniosłej opowieści (ale bez zbędnego patosu), także mnóstwo rozważań o motywach poświęcenia głównego bohatera, niedocieczonych w gruncie rzeczy, które każą mu porzucić wygodne życie i przeistoczyć się w wędrownego opowiadacza w zapomnianym plemieniu indiańskim w równie zapomnianym zakątku amazońskiej dżungli. W innej powieści, Ciotka Julia i skryba, z umiejętnością maga słowa rozsnuwa przed czytelnikiem migotliwą moc opowiadacza, tym razem twórcy radiowych powieści, ukazując magnetyczną siłę przyciągania, jaka ma w sobie literatura, nawet minorum gentium.

Tego wszystkiego brakuje Panience z Tacne. A mimo to budzi zainteresowanie, zapewne w dużej mierze dzięki innym osiągnięciom pisarza, a także swoistej perspektywie postrzegania świata. Llosa pokazuje bowiem świat oczyma kogoś, kto stale nicuje przeszłość, kto tą przeszłością żyje, manipuluje ją, przeżywa na nowo i kroi z niej rozmaite opowieści. Szkoda jednak, że reżyser, najwyraźniej zafascynowany twórczością pisarza, nie skorzystał z większych uprawnień do używania ołówka, bo skróty wyszłyby tej sztuce tylko na korzyść – zwłaszcza cięcia w dętych monologach Belisaria. Ale mimo te słabości inscenizacja w Teatrze na Woli ma swoje jasne strony, przede wszystkim aktorskie. Zofia Rysiówna, dawno na scenie nie widziana, znowu hipnotyzuje publiczność swoją zmiennością nastrojów i siłą emocjonalną. Robi to, co nie wykonalne – ukazuje się na scenie jako staruszka i młódka – w tym drugim, wcieleniu jest równie wiarygodna, lekko, ale wyraźnie zaznaczając inny ciężar doświadczeń młodej i starej kobiety. Pamiętne postacie tworzą także jej partnerzy, zwłaszcza Katarzyna Łaniewska (przyjaciółka Tacne) i Mieczysław Kalenik (mąż przyjaciółki).

Nie ma tego słabego, co by na lepsze nie wyszło. Podejrzewam, że dramaturgiczne doświadczenia Vargasa LLosy, te znane i te schowane w głębokiej szufladzie, nie poszły na marne. Jego sztuka narracji opiera się na dialogu, jest nastawiona na dialog i wariantowość postrzegania świata, czego z całą mocą dowiódł w Rozmowie w „Katedrze„, jednej ze swych najlepszych powieści. Pytanie, czy to dałoby się zagrać w teatrze, pozostawiam otwarte.

TOMASZ MIŁKOWSKI

 

26 maja

PANIENKA Z TACNY Mario Vargasa Llosy, tłum. Małgorzata Mierżyńska i Roman Samsel, reż. Bogdan Augustyniak, scenografia Zofia de Ines, Sławomir Lewczuk, muz. Krzesimir Dębski, choreografia Emil Wesołowski, światło Andrzej Król, Teatr Na Woli .

 

Tomasz Miłkowski, „Trybuna”, 22-23 lipca 2000

 

Dodaj komentarz