Sezon teatralny 2009/2010

Tomasz Miłkowski ocenia miniony sezon teatralny nie tylko w stolicy. Poszerzona wersja podsumowania sezonu teatralnego, opublikowanego w „Przeglądzie” 2010 nr 33.

Jerzy Jarocki dał nową wersję TANGA

 

 

Sezon teatralny 2009/2010

Te same kłopoty

To był sezon kłopotów: niedobory finansowe zmusiły wiele teatrów do ograniczenia planów repertuarowych – Współczesny na swoje 60-lecie zdobył się tylko na jedną premierę, niektóre teatry offowe zmuszone zostały do zawieszenia działalności, jak Studio Teatralne Koło bez stałej siedziby czy Teatr Staromiejski Fundacji Artystycznej Młyn. Teatr Ochoty pozostawał siedzibą do wzięcia, ale konkursu nie rozstrzygnięto, tymczasem Kwadrat utracił swoją scenę przy ul. Czackiego, Powszechny grał gościnnie po użyczanych mu salach w innych teatrach z powodu trwającego remontu, Nowy Teatr Krzysztofa Warlikowskiego zajmował się głównie działalnością około teatralną, prezentując zalewie kilkanaście przedstawień ((A)pollonii i sprowadzonego z Paryża Tramwaju), nie odbyły się Warszawskie Spotkania Teatralne z powodu żałoby narodowej.

Jak widać sporo spraw do rozstrzygnięcia, ale najwięcej energii w sporach o przyszłość teatru zajęła przesławna demonstracja sempiterny Joanny Szczepkowskiej podczas premiery Persony. Ciała Simone w Dramatycznym, którą odczytano jako wypowiedzenie posłuszeństwa Krystianowi Lupie. Reżyser odpłacił się aktorce przyspieszonym wymówieniem, aktorzy zaś wyborem Szczepkowskiej na prezesa ZASP. Było to już po dwóch konkurencyjnych forach polskiego teatru (zbuntowani młodzi, zniecierpliwieni brakiem nominacji na teatralne dyrekcje zwołali zebranie odrębne), gdzie lamentowano nad biedą i rozlanym mlekiem – no, kto wie, może ustawy o teatrze staną się kotwicą do ich stabilnego rozwoju.

Mniej dyskutowano o przedstawieniu Lupy, wspomniany eksces przesłonił smutny fakt, iż najnowsza jego praca do osiągnięć nie należy, że jeden z naszych najciekawszych reżyserów przechodzi kryzys, a obrany kurs na pisanie własnych utworów na scenie przynosi zatrute owoce. Spektakl w Dramatycznym miał być dotknięciem tajemnicy, mistyczną iluminacją, a powstała monumentalna katastrofa. Druga część Persony, poświęcona Simone Weil, okazała się pokazem bezradności reżysera, a pomysł, aby brak pomysłu na przedstawienie uczynić jego tematem, zabiegiem autodestrukcyjnym. Spektakl co chwila rozpada się, grzęznąc w dychawicznym dialogu, szemranym pod nosem albo nagranym na wideo, inkrustowanym ryczącą grafomanią w rodzaju „zrozumieć Simone w warstwie ludzkiej”, albo zażyć „szczęścia życiowego”.

Tymczasem z dala od Pałacu Kultury i Nauki, gdzie nie wiadomo, co zrobić dalej z Dramatycznym i gdzie, być może, uda się ocalić Teatr Studio po zmianie dyrekcji, w Teatrze Nowym w Poznaniu Janusz Wiśniewski w rozkwicie swego talentu dał w tym sezonie jedną z najważniejszych premier mijającej dekady,

wstrząsający Lobotomobil.

Ale nie można o niej przeczytać nigdzie poza poznańską prasą. Dlaczego tak jest, nietrudno zgadnąć. Wiśniewski nie należy do stada, idzie własną drogą. Każda premiera Janusza Wiśniewskiego to wydarzenie trochę tajemnicze, niejasne, choćby ze względu na przyjętą metodę pracy w jego teatrze autorskim, gdzie ostateczny kształt spektaklu wyłania się w toku prób, w pracy z aktorami, początkowo nawet niepewnymi materii, z którą tym razem będą mieli do czynienia. Tym razem Wiśniewski przekroczył ramy własnej poetyki, budując rodzaj opery-buffa, w której chodzi o rzecz najważniejszą – o wolność. Punktem wyjścia scenariusza były losy Johna Nasha, wybitnego matematyka amerykańskiego, laureata Nagrody Nobla, cierpiącego na schizofrenię. Jak ten mroczny temat Wiśniewski subtelnie rozgrywa, trzeba koniecznie zobaczyć – to rodzaj zstąpienia do piekła ludzkiej duszy.

Poznański Lobotomobil to nie jedyne „światełko w tunelu” minionego sezonu. Mimo trudności powstawały nadal

nowe teatry

prywatne i nie tylko prywatne: Och-teatr Fundacji Krystyny Jandy (drugi teatr tej Fundacji obok Polonii) w dawnych kinie Ochota, Teatr IMKA Tomasza Karolaka w dawnej siedzibie YMCA (obok istniejącego na partnerze Centralnego Basenu Artystycznego), Teatr na 6. Piętrze Michała Żebrowskiego. Stołeczny Teatr Polski otworzył po latach przygotowań nowo wybudowaną Scenę Kameralną przy ul. Sewerynów, doskonale wyposażoną i o własnym klimacie, Instytut Teatralny otworzył scenę typu Black Box – flagowym przedsięwzięciem były w tym sezonie Dramaty wszystkie Juliusza Słowackiego, tzw. wykłady-pokazy firmowane przez reżyserów różnych pokoleń i orientacji estetycznych, Teatr Narodowy przygotował z rozmachem Spotkania Teatrów Narodowych, które przez kilka miesięcy skupiały zainteresowanie teatromanów, odkryto nowe miejsca dla teatru, jak choćby Nowy Wspaniały Świat, gdzie gospodarzy Krytyka Polityczna, czy przestrzeń teatralną w klubie Obiekt Znaleziony w Zachęcie, wykorzystywaną jako druga scena Teatru Laboratorium.

Wielkim świętem polskiego teatru, na zwieńczenie Roku Grotowskiego było otwarcie nowej siedziby Instytutu Grotowskiego we Wrocławiu, w dawnej stanicy wioślarskiej, ze świetnie przygotowaną przestrzenią do prowadzenia teatralnych poszukiwań. Na otwarcie nowej siedziby (stara, historyczna siedziba w Rynku też zostaje!) Jarosław Fret, dyrektor Instytutu i szef teatru ZAR, będącego spadkobiercą idei Jerzego Grotowskiego, choć idący własną drogą, dał premierę tryptyku Ewangelie dzieciństwa, precyzyjnie wykonane studium psychicznej wspólnoty rozmaitych kultur i generacji. W otwarciu uczestniczyli przyjaciele Grotowskiego, jego znawcy, współpracownicy, a wśród nich Ludwik Flaszen i Eugenio Barba.

Nadzieje budzą

zmiany dyrekcji

teatrów warszawskich, tu Warszawie idzie w sukurs Wrocław. W trakcie sezonu odszedł z Teatru Studio powszechnie krytykowany dyrektor Bartosz Zaczykiewicz, którego dyrekcja okazała się serią (z małymi wyjątkami) katastrof scenicznych. Zastąpił go Grzegorz Bral, lider wrocławskiego Teatru Pieśń Kozła. Z Teatru Kwadrat odszedł kierujący nim nieprzerwanie przez ćwierć wieku Edward Karwański, kiedy okazało się, ze Kwadrat nie ma gdzie grać – nowym szefem lubianego przez warszawiaków teatru został Andrzej Nejman, teatr czeka trudny okres przetrwania, nim otrzyma nową siedzibę, najpewniej na Nowym Mieście w dawnym kinie Wars. Nie przedłużono kontraktu z Maciejem Kowalewskim, który w Teatrze na Woli próbował zbudować centrum nowego dramatu polskiego, pod warunkiem jednak, że nowe dramaty sam napisze albo jego kierownik literacki, a teksty innych autorów okażą się słabsze. Skądinąd idea takiego centrum zostanie podtrzymana, skoro dyrekcję teatru obejmuje Tadeusz Słobodzianek. Zakończył swoją misję dyrektora artystycznego Teatru Polskiego Jarosław Kilian bardzo przyzwoitym, sezonem (6 premier, wspomniane otwarcie Sceny Kameralnej, widowiskowy Pinokio na pożegnanie), od nowego sezonu ster największej sceny dramatycznej stolicy obejmuje Andrzej Seweryn, ale podobno nie ma pieniędzy na działalność…

Tymczasem jednak przywództwo artystyczne Teatru Narodowego pozostaje w Warszawie nie zachwiane, w poprzednim sezonie wydawało się, że wraca jako potencjalny konkurent TR Warszawa, ale po sezonie sukcesów, nastąpił w nim sezon skromniejszych wyników.

Narodowy utrzymał formę

– wszystkie 6 premier na 3 scenach reprezentuje poziom wysoki, jedynie Balladyna miewa miejsca niedopracowane, pozostałe mogą uchodzić za wzorzec, a Tango Sławomira Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego to przedstawienie doskonałe. Jarocki odkrywa następne warstwy utworu, który staje się opowieścią o świecie na krawędzi epok. To nie tylko przedstawienie odkrywcze i przemyślane w każdym detalu, ale także pokaz aktorskiej maestrii zespołu. Podobnie rzecz się ma z pozostałymi premierami Narodowego obfitującymi w aktorskie osiągnięcia, a o jednym trzeba tu koniecznie przypomnieć, o kreacji Janusza Gajosa (Nagroda Boya) w tytułowej roli w Dozorcy Harolda Pintera w reżyserii Piotra Cieślaka.

Idealnie zestrojone spektakle dali w Narodowym także Jan Englert, reżyserując Księżniczkę na opak wywróconą w wersji niemal musicalowej z brawurowymi rolami Ewy Konstancji Bułhak i Grzegorza Małeckiego, a także Andrzej Domalik, który przygotował na małej scenie Elektryczny parkiet Walsha, wysmakowany, zrytmizowany spektakl,w którym błyszczał cały kwartet: Anna Chodakowska, Dorota Landowska, Hanna Skoczyńska i Zbigniew Zamachowski, a na Scenie Studio Iwan Wyrypajew, który zaprezentował swój Taniec Delhi. Wyrypajew wnosi na polską scenę swój odrębny styl, proponując antypsychologiczne, estetyzujące aktorstwo, które igra sobie z widzem, tak jak jego dramaty igrają z własną zawartością. W porywająco zagranym Tańcu Delhi hipnotyczny epizod stworzyła Kamila Baar, w tym samym sezonie przekonująca jako Ala z charakterem w Tangu.

Wyrypajewa można nazwać zwycięzcą tego sezonu, zaznaczył swoją obecność dwoma prapremierami, obok tej w Narodowym Lipcem w Teatrze na Woli, gdzie Karolina Gruszka przeszła trudny egzamin jego wymagającej stylistyki w monologu aktorki relacjonującej dzieje patologicznego zabójcy, uwikłanego w duchowe pułapki prawosławia. W ogóle Rosjanie w tym sezonie królowali w Warszawie – aż 10 premier (a to znaczy że co 10 przedstawienie bazowało na literaturze rosyjskiej), w tym trzy klasyczne i to poważnego kalibru: Wassą Żeleznową Gorkiego Krystyna Janda otwierała Och-teatr, Sztuką bez tytułu Czechowa w reżyserii Agnieszki Glińskiej Teatr Współczesny z wielkim sukcesem święcił swój jubileusz, Judaszek zaś wg Rodziny Gołowlewych w reżyserii Andrzeja Bubienia był pokazem połączenia rosyjskiej szkoły inscenizacji i polskiej sztuki aktorskiej. Spośród innych rosyjskich realizacji wspomnieć warto komediową Gąskę Nikolaja Kolady z prywatnego Teatru Capitol z kapitalnymi rolami Katarzyny Figury i Anny Gornostaj.

Teatry prywatne radziły sobie

(artystycznie) nieźle – mowa tu przede wszystkim o Polonii i Och-teatrze Krystyny Jandy, gdzie uszyto aż 7 zawodowych premier, przy czym dwie z nich na najwyższym poziomie: Pana Jowialskiego w reżyserii Anny Polony z arcykomicznym Szambelanem Wojciecha Malajkata (Polonia) i Białą bluzkę Agnieszki Osieckiej w reżyserii Magdy Umer, brawurowy monodram Krystyny Jandy (Och-teatr), którym dowiodła, że niegdysiejszy sukces tej adaptacji opowiadania Osieckiej nie był tylko sukcesem etapowym. W aliansie z Polonią intensywnie pracowała Montownia, dając m.in. premierę Kubusia Fatalisty i jego Pana wg nieco zmodyfikowanej legendarnej adaptacji Witolda Zatorskiego. Błyskotliwie zadebiutował Teatr IMKA Tomasza Karolaka, na początek Opisem obyczajów III Mikołaja Grabowskiego, który wrócił do swego prześmiewczego cyklu o postawach Polaków, potem gościnnymi prezentacjami nieśmiertelnego Scenariusza dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego Bogdana Schaeffera w wykonaniu Jana Peszka i wreszcie premierą Sprzedawców gumek Hanocha Levina w reżyserii Artura Tyszkiewicza z minimalistyczną scenografią Jana Kozikowskiego. W Kamienicy Emilian Kamiński zagrał starzejącego się Don Juana w prapremierze Testamentu cnotliwego rozpustnika ukraińskiego dramaturga Anatolija Kryma, w Capitolu szła wspomniana już Gąska. O premierze otwarcia Teatru 6 Piętro niewiele wiadomo, poza tym że wziął w niej udział Kuba Wojewódzki, właściciele zadbali bowiem, aby nie zaprosić recenzentów – wygląda na to, że zapowiadane z wielką pompą przedsięwzięcie zostało pomyślane jako snobistyczna impreza dla VIP-ów.

Zabrakło w tym sezonie mocnych polskich prapremier.

Nowy dramat polski cierpi na zadyszkę

Nasza klasa doczeka się premiery w następnym sezonie, w tym jednak trudno byłoby wskazać na utwór choćby zbliżony poziomem do opublikowanego dramatu Tadeusza Słobodzianka. Na odnotowanie zasługują Cukier Stanik Zyty Rudzkiej (Laboratorium Dramatu), Don Kiszot Mateusza Pakuły (Dramatyczny), niepotrzebnie jednak „poprawiony” przez debiutującego reżysera Macieja Podstawnego, Trzy siostrzyczki Trupki Macieja Kowalewskiego (Teatr na Woli) i debiut monodramatyczny Rubi Birden – Nieobecność w reżyserii Grzegorza Mrówczyńskiego (Teatr Praga), a wśród wielu utworów komediowych Wydmuszka Marcina Szczygielskiego (Teatr Komedia). Adaptacja Kto się boi Wirginii Woolf pióra i reżyserii Michała Siegoczyńskiego (Teatr Praga) też ma pewne walory, ale grzęźnie w zwichniętym nadmiarem wulgaryzmów języku i nieporadnym finale (balet ruchów frykcyjnych). Ten „urobek” wyraźnie odstaje od prapremier poprzedniego sezonu, zwłaszcza Między nami dobrze jest Doroty Masłowskiej z TR Rozmaitości, spektaklem (słusznie!) obsypanym nagrodami w konkursie na wystawienie współczesnej sztuki polskiej. Zdumiewa jednak, że jury tego szacownego konkursu przydzieliło wyróżnienia aktorom, grającym w dopuszczonym do finału (jaki cudem?) spektaklu z Wałbrzycha Niech żyje wojna Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki, bodaj najgorszym spektaklu sezonu. Przedstawienie dostało także nagrody podczas szczecińskiego Kontrapunktu, co zdaje się świadczyć o coraz większym rozchwianiu kryteriów. W sztuce liczą się wyniki, a nie intencje. Nagrody rozdawane dla zachęty demoralizują.

Klasyki jak na lekarstwo

O polskiej klasyce niewiele da się powiedzieć, przede wszystkim z uwagi na jej szczątkową obecność na afiszu – nad wszystkimi góruje Pan Jowialski z Polonii. Skiz Zapolskiej, przerobiony na skecz przez Marię Spiss (Ateneum), zawiódł – młoda reżyserka lekceważy teatr psychologiczny, wszystko tu toczy się jak w komiksie, ledwie naszkicowane: zanim się zaczyna, już kończy. Marek Fiedor nie poradził sobie z adaptacją Mojej córeczki Tadeusza Różewicza (także Ateneum), Tomasz Hynek poległ na Nienasyceniu Witkacego (Studio), Maciej Prus nie dopracował – mimo klarownej koncepcji – swoich Szewców na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego, jedynie studenci szkoły Machulskich pod kierunkiem Grzegorza Mrówczyńskiego sprostali wyzwaniu, jaką zawsze bywa dramat Witkiewicza, wystawiając przykrojoną do warunków Matkę (Rampa), podobnie jak studenci Akademii Teatralnej ze zrozumieniem zagrali pod opieką Wiesława Komasy Sceny z Różewicza. Wiało zimnem zaś z adaptacji Solaris Stanisława Lema, która pod ręką Natalii Korczakowskiej okazała się nudną piłą (TR Warszawa). Wśród adaptacji wyróżniał się szlachetnością Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego w reżyserii Jerzego Bielunasa (Kamienica).

Klasyki światowej też tyle co kot napłakał, gdzieniegdzie Szekspir (dopracowana Opowieść zimowa Jarosława Kiliana w Polskim), jeden, ale za to smakowity Calderon (Księżniczka na opak wywrócona w przeróbce Rymkiewicza, Narodowy), spaprana, choć w dobrej wierze, Yerma Lorki w reżyserii Wojtka Klemma (Studio), bez wyrazu Oczarowanie Brocha (kolejna wpadka Marka Fiedora, Studio), solidna adaptacja Dżumy Camusa, przygotowana przez Martę Ogrodzińską (Scena Kameralna Teatru Polskiego) i wspomniane już dobre klasyki rosyjskie we Współczesnym (Sztuka bez tytułu Czechowa) i Och-teatrze (Wassa Żeleznowa Gorkiego), a także zdumiewająca, rozbuchana plastycznie, chwilami porywająca wersja Ożenku Gogola w autorskim spektaklu Agaty Dudy Gracz, Według Agafii w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi.

Nie zachwycił też teatr offowy (pomijam żywo rozwijający się teatr ruchu i tańca) coraz wyraźniej lgnący do zwykłego teatru repertuarowego. Gdyby nie Król kier znów na wylocie wg Hanny Krall reż. Piotra Borowskiego (Studio Teatralne), ZgrzYt Piotra Lachmanna Videoteatru Poza, prowadzonego w duecie z Jolantą Lothe (teatr właśnie obchodził ćwierć wieku istnienia) i pokazywany w Studiu Mackbeth z Wrocławia (Teatr Pieśń Kozła) można by sądzić, że off w Warszawie zanika i wszystko, co w nim ciekawe kwitnie we Wrocławiu (ZAR), Poznaniu (ciągle żywotne Ósemki), Lublinie i w głębszym interiorze.

Krzepi jednak

dobry poziom sztuki aktorskiej – nie tylko w Narodowym, bo także we Współczesnym, Powszechnym, Polonii, Ateneum, poznańskim Nowym, łódzkim Jaraczu, wrocławskim Polskim i Współczesnym, Współczesnym w Szczecinie, także na wielu scenach impresaryjnych – Ignacy Gogolewski stworzył prawdziwą kreację jako kardynał Mazarin w Diable w purpurze w reżyserii Romualda Szejda (Scena Prezentacje), zadziwili warsztatem młodzi aktorzy, wystawiając z własnej inicjatywy na Scenie Kameralnej Polskiego Gwiazdy na porannym niebie Aleksandra Galina, zdumiewała dojrzałością Karolina Gruszka w Lipcu (Teatr na Woli), a Janusz R. Nowicki głębią interpretacji roli tytułowej w brawurowym Merlinie Słobodzianka (Laboratorium Dramatu). To kapitał założycielski na sezony następne, choć czasem można odnieść wrażenie, że aktorów mamy przednich, ale teatrowi brakuje przygotowanych do zawodu reżyserów.

Tomasz Miłkowski

 

12 najlepszych spektakli sezonu

Lobotomobil Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu

Tango Sławomira Mrożka w reż. Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym

Ewangelie dzieciństwa, tryptyk Teatru ZAR we Wrocławiu, przygotowany pod kierunkiem Jarosława Freta

Sztuka bez tytułu Antona Czechowa w reż. Agnieszki Glińskiej w Teatrze Współczesnym w Warszawie

Lipiec Iwana Wyrypajewa w reżyserii autora w Teatrze na Woli

Sprzedawcy gumek Hanocha Levina w reż. Artura Tyszkiewicza w Teatrze IMKA

Według Agafii Gogola na podstawie „Ożenku” w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi

Księżniczka na opak wywrócona Calderona-Rymkiewicza w reż. Jana Englerta, Teatr Narodowy

Wiarołomni Ingmara Bergmana w reż. Artura Ildefonsa Urbańskiego w TR Warszawa

Dozorca Harolda Pintera w reż. Piotra Cieślaka, Teatr Narodowy, Scena przy Wierzbowej

Judaszek wg Michaiła Sałtykowa-Szczedrina w reż. Andrzeja Bubienia w Teatrze Ateneum

Pan Jowialski Aleksandra Fredry w reż. Anny Polony i Józefa Opalskiego w Teatrze Polonia

 

12 najlepszy ról kobiecych

Krystyna Janda w spektaklu Biała bluzka w reż. Magdy Umer w Och-Teatrze

Ewa Wiśniewska jako babcia Eugenia w Tangu

Karolina Gruszka w Lipcu

Milena Lisiecka jako Agafia w Według Agafii

Aleksandra Popławska jako Bela Berlo w Sprzedawcach gumek

Kamila Baar w Tańcu Delhi Iwana Wyrypajewa, Teatr Narodowy, Scena Studyjna

Jadwiga Jankowska-Cieślak w roli Matki w Judaszku

Anna Chodakowska jako Breda w Elektrycznym parkiecie Endy Walsha w reż. Andrzeja Domalika, Teatr Narodowy, Scena przy Wierzbowej

Ewa K. Bułhak w Księżniczce na opak wywróconej

Grażyna Barszczewska jako Paulina w opowieści zimowej Szekspira w reż. Jarosława Kiliana w Teatrze Polskim

Maja Ostaszewska jako Marianne w Wiarołomnych

 

 

12 najlepszych ról męskich

Janusz Gajos, rola tytułowa w Dozorcy

Ignacy Gogolewski jako kardynał Mazarin w Diable w purpurze Antoine’a Raulta w reż. Romualda Szejda, Scena Prezentacje

Wojciech Malajkat jako Szambelan Jowialski w Panu Jowialskim

Jan Englert jako wuj Eugeniusz w Tangu, Teatr Narodowy

Marcin Hycnar jako Artur w Tangu

Borys Szyc jako Płatonow w Sztuce bez tytułu

Radosław Elis jako adwokat Moon w Lobotomilu

Grzegorz Małecki jako Edek w Tangu i w Księżniczce na opak wywróconej

Jerzy R. Nowicki w roli tytułowej w Merlinie Tadeusza Słobodzianka, reż. Ondrej Spišak w Laboratorium Dramatu

Adam Woronowicz jako Markus w Wiarołomnych

Zbigniew Zamachowski jako Patsy w Elektrycznym parkiecie

Piotr Bajtlik w roli tytułowej w Pinokiu w reż. Jarosława Kiliana w Teatrze Polskim w Warszawie

 

PS.

Jak co roku podsumowanie musi być niesprawiedliwe, bo opiera się na zasadzie, że piszę tylko o tych przedstawieniach, które widziałem (choć, oczywiście, nie o wszystkich, które widziałem). Z tych powodów króluje tu stołeczny punkt widzenia, bo żadna warszawska premiera nie da się przede mną ukryć. Pociecha w tym, że nikomu nie uda się zobaczyć całego sezonu – premier w teatrach mamy co roku, jak to wynika ze statystyk Instytutu Teatralnego, około 600. Spośród wielu, których nie zobaczyłem, tylko na prawach przypisku odnotuję, że duże zainteresowanie widzów i recenzentów wzbudziły najnowsze premiery Jana Klaty (Ziemia obiecana z Teatru Polskiego we Wrocławiu i Trylogia ze Starego Teatru), obsypywanie nagrodami i zaproszeniami na festiwale polskie i zagraniczne, Dybuk w reż. Mariusza Grzegorzka z Teatru Jaracza w Łodzi, najnowszy Makbet Leszka Mądzika z Teatru Osterwy w Lublinie, a także dwa ciekawe dramaty polskie Czekając na Turka Andrzeja Stasiuka, jak zwykle ironiczny i niepoprawny politycznie (mówię o tekście), w reżyserii Mikołaja Grabowskiego ze Starego Teatru, i Migrena Antoniny Grzegorzewskiej wg noweli Sigrid Undset w reż. Anny Augustynowicz (Teatr Współczesny w Szczecinie). Dość zawzięcie spierano się o Akropolis wg Wyspiańskiej, kreację zbiorową wrocławskiego Teatru Współczesnego pod kierunkiem greckiego reżysera Michaela Marmarinosa (jedni odsądzali spektakl od czci i wiary, drudzy zachwycali się), podobne zresztą odczucia wzbudziła Pułapka Tadeusza Różewicza w reż. Gabriela Gietzky’ego w tym samym teatrze. Natomiast podziw wzbudziła wrocławska inscenizacja Statku szaleńców Piotra Tomaszuka z fascynującą scenografią Pawła Dobrzyckiego w Teatrze Lalek. Wrocław zresztą – na koniec tego przypisku – studzi nasz entuzjazm dla teatralnych nowinek – w tym sezonie komedia Mayday Raya Cooneya (premiera w czerwcu 1992) w reż. Wojciecha Pokory została pokazana publiczności Teatru Polskiego po raz 900!

Tomasz Miłkowski

 

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz