LIRYCZNY SOPRAN Z OSOBOWOŚCIĄ

 

Eleonora Wojnar. Piękna, zwiewna jak wiosna. Jest taki obraz Cranacha… Gdyby p. Eleonorę odziać w ciemną, przetykaną złotem, szatę, byłaby niemalże kobietą z tego obrazu.

Eleonora Wojnar

 

Nawet były chwile, gdy jakby świadomie przebierała jej pozę mając coś z wiotkiej trzciny. I z tej jakby nieco nieziemskiej postaci wydobywa się nagle głos mocny, świetnie postawiony, o pięknej, interesującej barwie. Sopran liryczny, ale specyficzny, bo z drżącymi w nim nutami dramatycznymi. Wydawałoby się, że koncert dyplomowy to nic takiego. Eleonora Wojnar pokazała, że może to być prawdziwa uczta dla ucha i dla oka. Zaskoczyła dojrzałością, swobodą w operowaniu głosem i świetnym aktorstwem. Drugi jej koncert dyplomowy odbędzie się pod koniec czerwca w Bazylei, gdzie jest stypendystką. Dalej kursy mistrzowskie dla młodych śpiewaków operowych w Modenie i przysłowiowy łut szczęścia…

Rozpiętość repertuarowa koncertu była imponująca. Od najbardziej znanej arii Donny Anny (Or sai chi l`onore – Teraz już wiesz, kto zhańbił mój honor) zwanej arią zemsty, poprzez Belliniego Eccomi in lieta vesta (aria Giulietty z opery l Capuleti e Montecchi), Verdiego Caro nome z Rigoletta, arię Liu Tu che di gel się cinta z Turandot Pucciniego, pieśni Schumanna, Chopina i Liszta po współczesną Hello! Oh Margaret, it1s you, arię z opery Menottiego The Telephone, ou l`Amour a trois. Ta rozpiętość repertuarowa, zgodna z wymogami, pokazała , jak wielkie możliwości kryje w sobie głos śpiewaczki , ale I ujawniła, niewątpliwy, talent aktorski. Sopran Eleonory Wojnar jest silny, o jasnej, ale ciepłej barwie, dużej ruchliwości – szybkie, precyzyjne wykonywanie ozdobników, pasaży, obiegników. Śpiewaczka z lekkością i łatwością wspinała się na najwyższe rejestry, miękko przechodząc w kolejne frazy, znakomicie wytrzymując pauzy. Jej głos ma łagodne, pełne wdzięku brzmienie, głębię i nasycenie. Technicznie giętki, zdolny do wyrażania bogatej skali uczuć od nienawiści po miłość, od pasji po żarliwość a także żart.

Aria Or sai chi l`onore należy wręcz do żelaznego repertuaru operowych sław. Wojnar, ta pełna wiośnianego wdzięku niemal mimoza, drobna i krucha zaśpiewała i zagrała ją jakby wbrew swojej aparycji. Ton zemsty, niemal nienawiści brzmiał tylko w głosie, ale na tyle wyraziście, że był czytelny. Nerw sceniczny, którego posiadanie udowodniła już w chwili wejścia na scenę podbudował dramatyzm i wyrazistość postaci, czyniąc ją na tę chwilę (bo za chwilę już brzmiały inne w nastroju, kolorycie i charakterze arie i pieśni) wiarygodną. Artystka stoi na scenie nieruchomo, chwilami tylko jakiś drobny gest, złożenie rąk. Jest tylko ona i akompaniatorka, Małgorzata Kuraś – Tkacz. I publiczność (oraz, naturalnie, komisja egzaminacyjna). Ze wszystkimi młodziutka śpiewaczka ma kontakt wzrokowy, niemal wyczuwalne jest ciągnięcie przez nią tych wszystkich nitek ze wszystkich stron ku sobie, skupianie na sobie uwagi. Nie dała się temu, jakże ważnemu na samym wstępie poczuciu ważności zwieść ani uwieść. Konsekwentnie i precyzyjnie przestrzegała mozartowskiej linii wokalnej, lekko skacząc po podpowiadanych jej przez fortepian tonach, brzmieniach, ozdobnikach. Nie miała na scenie partnera, a wydawało się jakby stał obok. Tak, zresztą, było we wszystkich śpiewanych przez nią ariach: wyczuwalna obecność drugiej osoby, partnera, do którego śpiewa. Taka umiejętność stwarzania obecności to wyjątkowy dar natury. Pełne wzruszenia pożegnalne pieszczenie dźwiękiem imienia ukochanego w arii Caro nome niemal przywołuje jego postać, prawie go widzimy, gdy wpatrzony w Gildę podsłuchuje, podpatruje… Koniec arii, postać ukochanego znika z naszej i jej wyobraźni. Szkoda, bo słuchałoby się tych miłosnych pieszczot i wyznań dalej i dalej. Śpiewaczka przeniosła nas w swój świat miłości, liryzmu, poezji najczystszym wyśpiewanej głosem. Cała brzydota, okrucieństwo i brutalność świata została za nami gdzieś bardzo daleko. Zadziałał czar, zadziałała magia muzyki, śpiewu, teatru.

Czar trwał, mimo, że śpiewaczka już przeniosła nas w zupełnie inny świat muzyki, języka, stylistyki. Tam niezwykle śpiewny język włoski, tu nagle twardy z natury niemiecki. Czuła się w nim równie swobodnie, udowadniając, że i tu można znaleźć lekkość i łagodność brzmienia, nie „kalecząc” naturalnej melodii i ducha języka. Pieśni Schumanna z cyklu Frauenliebe und – leben brzmiały pięknie i swobodnie. Pieśni Schumanna mają charakter poufnych zwierzeń i ten ton znakomicie uchwyciła Eleonora Wojnar. Znowu śpiewała do nas, zwierzała się nam. To wszystko było tylko w jej głosie, muzyka i głos znakomicie zestrojone w tonie rysunku subtelnych stanów duszy. Zakochanego serca. I zaraz potem zupełnie inne w nastroju i charakterze pieśni Chopina: Śliczny chłopiec, Melodia i Leci liście z drzewa. Śliczny chłopiec do słów Bohdana Zaleskiego to jakby echo ukraińskich dumek w melodii i rytmie chopinowskiego mazurka. Piosneczka, jak o niej mówił sam Zaleski, naiwna, prosta, sentymentalna. A jednak zabrzmiała w salonie w Nohant *(tam powstała). W tonacji D-dur zaśpiewana przez Eleonorę Wojnar z lekkością piórka niemal i pewną jakby żartobliwością w głosie, takim trochę ironicznym dystansem: dzisiaj? taka pieśń? Piosneczka tylko… Melodia i śpiew brzmiały jak wiosenny wiatr w nocy. I piosenka z mogiłki – Leci liście z drzewa. Tu śpiewaczce jakby zabrakło pomysłu interpretacyjnego, wyczucia atmosfery. Wyraźnie bliższe są jej tony liryczne, poetyckie, żarliwe miłosne. I nic dziwnego, jest młodziutka, zakochana, pieśni powstańcze to tylko odległa historia. Wokalny rapsod opłakujący losy pokolenia, w którym Eleonora Wojnar nie odnalazła siebie. Wykonała pieśń bez zarzutu, poradziła sobie wręcz znakomicie z motywem elegijnego mazurka przechodzącym w skocznego niemal krakowiaka i rytmy pieśni powstańczej przechodzące w lamentację. Był w jej śpiewie jakiś motyw snu raczej niż lamentu, jakaś melodia wspomnień, ale obcych, nieznanych i niezaznanych i te fragmenty były interpretacyjnie najciekawsze.

Po krótkiej przerwie (7 minut, jak podkreślono, i ani sekundy więcej) Puccini, Liszt, Menotti. Aria Tu che di gei się cinta, pełna determinacji, przekonująca o sile miłości, która pokona wszystko. Zabrzmiała żarliwie i prawdziwie, naturalnie i jakże szczerze u młodej dziewczyny. Najważniejsza w życiu jest miłość – brzmiało w każdej frazie, każdym dźwięku. Czy to przekonanie, ta wiara pozostanie w niej do końca..? Byłoby pięknie. Zwłaszcza, że w tej żarliwości na cześć miłości brzmiały momentami wręcz złociste tony.

Zakończeniem koncertu dyplomowego była aria z opery Gian Carlo Menottiego Hello! Oh Margaret, it`s you… Znakomicie, brawurowo wykonana, nie tylko pod względem wokalnym, ale i aktorskim. Eleonora Wojnar stworzyła żart teatralny, jedyna aria z rekwizytem – telefonem. Rozmowa telefoniczna z nikim naprawdę, a jednak po tej drugiej stronie obecność wyczuwalna, co sprawiło, że ta śpiewana, pełna pauz, napięć i wykrzykników rozmowa była niemal autentyczna. I niezwykle zabawna. Rozmówca ją wyraźnie chwilami irytował, chwilami, bawił i te wszystkie napięcia, nastroje Wojnar wygrała głosem. Mimo rekwizytu, mimo scenicznego, bardzo oszczędnego a wyrazistego ruchu, wszystko było w głosie. Rekwizyt, gra aktorska dopełniały tego, co brzmiało w jej śpiewie. Ta miniatura muzyczno – teatralna najpełniej ujawniła możliwości drzemiące w tej ujmującej skromnością, prostotą i zwiewnością młodziutkiej śpiewaczce operowej. Zdecydowanie operowej, bo wyraźnie widać, że jej żywiołem jest scena. Ma niezwykłą umiejętność nawiązywania kontaktu z publicznością, wyczucie ruchu i gestu, intuicyjne wyczucie miejsca na scenie, wytrzymywania pauz i dynamizowania napięć. Współgrania z partnerem Tym rzeczywistym, którym była tu Małgorzata Kuraś – Tkacz przy fortepianie i tym nieobecnym, ale wyczuwalnym partnerem. Współgranie śpiewaka z akompaniatorem jest rzeczą oczywistą, ale tu było coś więcej. Wyczuwalna nić sympatii obu pań z subtelnym, ale wyraźnym podkreśleniem, że to ta pani przy fortepianie nadaje ton, wiedzie prym. Śpiewaczka dopiero wkracza w ten świat wielkiej sceny, jupiterów , oklasków, zawodowych spełnień. I, oczywiście, rozczarowań i rozterek. Na widowni była też, oczywiście, prof. Urszula Trawińska – Moroz, w której klasie szkoliła się Eleonora Wojnar. W jej grze i operowaniu głosem wyraźnie widać jej rękę. Wszystko to razem stanowi interesującą zapowiedź osobowości teatru muzycznego.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Koncert dyplomowy Eleonory Wojnar z klasy prof. Urszuli Trawińskiej – Moroz; przy fortepianie Małgorzata Kuraś – Tkacz; Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie; 11.06.2010

 

 

 

 

Dodaj komentarz