Wdech: Lobotomobil Janusza Wiśniewskiego

 

Lobotomobil Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu to najważniejsze przedstawienie na polskich scenach mijającego sezonu. Ale nie można o nim przeczytać nigdzie poza poznańską prasą. Dlaczego tak jest, nietrudno zgadnąć. Wiśniewski nie należy do stada, idzie własną drogą.

 

Każda premiera Janusza Wiśniewskiego to oczekiwane wydarzenie. Trochę tajemnicze, niejasne, choćby ze względu na przyjętą metodę pracy w jego teatrze autorskim, gdzie ostateczny kształt spektaklu wyłania się w toku prób, w pracy z aktorami, początkowo nawet niepewnymi materii, z którą tym razem będą mieli do czynienia. Dotyczy to zwłaszcza realizacji, które nie korzystają z gotowego pierwowzoru literackiego (i tak ulegającego daleko idącym przekształceniom), ale rodzą się – jak to artysta nazywa – ze „słów sojuszniczych”, z mozaiki tekstów zakotwiczonych w rozmaitych tradycjach literackich, powiązanych jakimś powinowactwem myśli, idei, emocji.

 

Punktem wyjścia, inicjującym przygotowanie „Lobotomobilu” były z jednej strony losy Johna Nasha, wybitnego matematyka amerykańskiego, laureata Nagrody Nobla, cierpiącego na schizofrenię, z drugiej strony zaś znaleziona wiadomość o krążącym po południowych stanach USA w latach 50. ubiegłego roku „lobotomobilu”, czyli umieszczonym w samochodzie laboratorium, wykonującym zabiegi lobotomii, jak wówczas wierzono, niezawodny sposób na przywrócenie spokoju pacjentom, cierpiącym na choroby psychiczne. Dopiero później zauważono, ze to sposób przerabianie ludzi na żyjące rośliny, pozbawianie ich piętna indywidualności, skazywanie na wegetację. Nietrudno dostrzec, że te inspiracje, odwoływały się do silnie obecnego w kulturze masowej wątku psychicznego zwichnięcia, nieposkromionego szaleństwa czy natręctwa o nieznanej etiologii, znajdującego ujście w szerokim strumieniu scenariuszy filmowych, powieści tajemnic, od podrzędnych kryminałów po ambitniejsze utwory, takie jak film Rona Howarda „Piękny umysł” z Russelem Crowe’em w roli głównej, także nawiązujący do losów Nasha. Wprawdzie ten film niewiele ma wspólnego z samym Nashem, podobnie zresztą jak i spektakl Wiśniewskiego, w którym bohater na wszelki wypadek zmienił imię (tu nazywa się Salomon), aby nikt nie poszukiwał pochopnie jednoznacznych związków z realnie żyjącym bohaterem. Jeśli jednak o tych inspiracjach mówi sam Wiśniewski to po, aby wskazać, że zafascynował go tajemny obszar psychiki i odwieczne pragnienie wejrzenia we wnętrze człowieka. W lobotomii wyraziło się to zabiegiem chirurgicznym, w sztuce przejawia się od samego zarania w rozmaitych formach – który z artystów nie próbował zajrzeć do ludzkiej duszy/głowy/serca. Stąd już tylko krok do przyznania, że sztuka, a w szczególności teatr to przestrzeń swego rodzaju sacrum, gdzie dokonuje się tajemnicza przemiana, gdzie człowiek styka się z prawdami pierwszymi.

Dla Wiśniewskiego, który nigdy nie krył swej żarliwej wiary i związków z katolicyzmem, teatr jest miejscem świętym, który w programie teatralnym „Lobotomobilu” nazywa „całunem ludzko-ludzkim”. To oczywiste nawiązanie do całunu turyńskiego, a zatem sugestia, że teatr to poniekąd odwzorowanie drogi odkupienia. Ale nie tylko – w tym samym programie sugeruje artysta, że jego przesławne „pudełko sceniczne”, do którego jest tak przywiązany, powstało na planie sadzawki Siloe. Trochę to naciągane porównanie, bo chyba nie chodzi o wymiary: długość sadzawki wynosi 16 m, szerokość 5 – 6 m, a głębokość ok. 7 m. Sadzawka Siloe, notabene przed kilkoma laty wreszcie zlokalizowana w Jerozolimie, była przed wiekami źródłem zaopatrzenia miasta w wodę, a jej nazwa oznacza „Posłany”. Według św. Jana sadzawka to miejsce święte, a tryskająca z niej żywa woda ma moc uzdrawiającą. Chrystus miał ślepcowi poradzić: „Idź i obmyj się w sadzawce Siloe’” i ślepiec odzyskał wzrok, jak upewnia ustęp o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia, z rozdziału 9. Ewangelii św. Jana. Wiśniewski sugeruje, że i my, „ślepi widzący” zobaczymy naprawdę, obmywszy się w źródle tryskającym w teatrze.

Źródło to wypływa z mroku psychiki owładniętej schizofrenią. To właśnie doświadczenie Nasha, który zaleczył chorobę i – jak powiada artysta – „zszedł do piekła, umarł i zmartwychwstał”. Nie jest jednak pewne, gdzie to piekło się lęgnie: w duszy człowieka, po śmierci, czy po „ozdrowieniu”. Na scenie widzimy Nasha i jego żonę podwojonych, każde z nich ma sobowtóra. Lecz który jest z piekła rodem, który fantazmatem, a który realnie żyjącym człowiekiem, nie wiadomo. W pięknej i długiej scenie Salomon Nasz (Mirosław Kropielnicki) spoglądaa na Inną Wersję Salomona (Łukasz Mazurek), a Pani Nash (Antonina Choroszy) na Inną Wersję Pani Nash (Barbara Kurdej). Ci pierwsi dialogują ze sobą bez towarzyszenia muzyki – a to w spektaklach Wiśniewskiego nader znaczące, zawsze przecież bardzo nasyconych muzyką. Tym czasem Salomon i żona wyrzucają z siebie swoje cierpienie wśród dręczącej ciszy, trwającej niemal wieki, słowa są ciężkie, oskarżycielskie, ostateczne, między nich wkradła się śmierć, obrazy tych dwojga Drugich. Lecz może ci Drudzy patrzą na tragedię Pierwszych. To oni przecież przejmą później rolę Nashów, to oni prowadzić będą opowieść śpiewaną, kiedy „Lobotomobil” zbliży się do musicalu albo opery buffo z improwizowanymi solami i duetami. Kropielnicki jest solenny, do granic dyscypliny, na „biało”, niemal wyprany z interpretacji, wyciszony, jakby skamieniały i nieporadny w szpitalnym odzieniu o tonacji buro-niebieskiej, obwisłej, brzydkiej, byle jakiej. Somnambuliczne próby przygarnięcia żony, bezradność wobec ciężaru doświadczeń i obcości świata paraliżuje bohaterów, niezdolnych do wyrażenia czułości, wewnętrznie wypatroszonych. To akcent nowy u Wiśniewskiego. Bardzo dużo literatury, bardzo mało ozdobników, niemal zatrzymanie akcji. Wielka ascetyczna scena jak wyjęta z moralitetu.

Ten spektakl już się tak nie spieszy, już tak gorączkowo nie dyszy, jak wiele poprzednich przedstawień Janusza Wiśniewskiego, choć po tym zaskakującym spowolnieniu maszyna teatralna jednak rusza, gwałtownie przyspiesza, pojawiają się charakterystyczne marionetkowe kroczki, grupowe wejścia, zmechanizowane gesty. Ważna jest dziwna postać Pan-Pani Mojej Duszy (Grzegorz Gołaszewski), która wiele razy przeprawia się przez scenę niczym marionetka, za każdym razem w tym samym rytmie, w stylu rozpoznawalnym, podobnym do rysunku bohaterów zredukowanych, dobrych znajomych z innych spektakli artysty, powołanych tylko dla „jednego gestu”. To Pan-Pani wyznaje bezosobowo „Nie lubię spóźniać się. Ale spóźniłem się. Niedobrze czuję się. Adieu”. To jakieś zabłąkane widmo, może ofiara lobotomii, w którego pamięci zachował się tylko ten jeden szczegół: spóźnienie, a że tak może być, upewnia jedna z końcowych scen, kiedy obok Pana-Pani pojawia się kilka kukieł uformowanych jak ta postać, bliźniaczo podobnych, nieomal nieodróżnialnych od niej, może właśnie produktów oszalałych chirurgów, którzy ratując zwichnięte psychiki, produkują ludzkie strzępy. To o nich, o ich prawa, o ich godność upomina się artysta, walczy o tych wszystkich porzuconych, okaleczonych, zepchniętych na margines.

Grupa chirurgów nosi tu zbiorową nazwę Przełożonych Przytułku, wśród których rej wodzi, uwaga: nazwisko znaczące!, nader aktywny dr Locha (Mariusz Puchalski). Ale Przełożeni, choć można było się spodziewać nie wykonują zabiegów lobotomii, w tym spektaklu nie leje się krew na stole operacyjnym, jak to zdarzało się u Wiśniewskiego często. Nash karmiony jest tylko pastylkami, coraz bardziej bezwolny i nieobecny. Jedynie czarne Erynie, Przełożone Przytułku żadne są krwi, zachęcają, by zajrzeć do wnętrza czaszki: „Otwórz mu głowę, mała,/ a znajdziesz serce w środku (złamane)”, a za każdym razem Pani Hals (Sława Kwaśniewska) złorzecząc gubi rytm.

Do mózgu chcą zajrzeć także prawnicy – znaczną część spektaklu zajmują sceny „przewodu sadowego”, któremu przewodniczy bezwzględna księżna, najwyraźniej wyjęta z „Alicji w krainie czarów”. O sprawiedliwy wyrok spierają się Adwokat Moon (Radosław Elis) i Prokurator Jack Bricker (Michał Kocurek), na dobrą sprawę trudno powiedzieć, który z nich próbuje bardziej pogrążyć podsądnego. To na ich barkach spoczywa główny ciężar przedstawienia – Wiśniewski tym razem stawia na aktorów młodszej generacji, w spektaklu uczestniczy także grupa studentek krakowskiej szkoły teatralnej, to dla obu stron spotkanie ożywcze, potwierdzające, że poetyka tego teatru autorskiego okazuje się bliska kolejnym generacjom aktorów. Niepokojącą figurę Moona, biseksualisty odzianego w czarną suknię, uwodzącego otoczenie, tworzy Radosław Elis, którego miłosne arie i zmysłowe tańce budzą dwuznaczne emocje. Tak, to jest świat podejrzany, gdzie nie wiadomo dokładnie, kto jest kim, chociaż większość figur na scenicznej szachownicy nie zaprząta sobie tym głowy. Poza dziećmi. Dzieci bowiem najpoważniej przeżywają, poznają i oceniają ten świat. To właśnie dzieciom, a ściślej dziecięcemu wcieleniu Nasha i jego szkolnej koleżanki (przyszłej żony) oddaje Wiśniewski głos na początku i końcu przedstawienia – to świetni soliści Poznańskiego Chóru Chłopięcego i Poznańskiej Szkoły Chóralnej Jerzego Kurczewskiego. To nauki pobierane przez dzieci od dorosłych, to edukacja szkolna, negatywne korekty kontaktu ze zidiociałymi dorosłymi, przypomina, że tylko dzieciom można wierzyć, że tylko w nich nadzieja, że ich wrażliwość ocali świat. To dlatego artysta opatruje „Lobotomobil” mottem z Lewisa Carolla, dziecięcą rymowanką, która brzmi niewinnie a zabawnie, choć przy okazji groźnie i tajemniczo:

Nadszedł już czas – powiedział Mors –
Pogrążyć się w rozmowie
O tym, czym but jest, łódź i lak,
Kapusta i Królowie,
I czemu w morzu woda wrze,
A wieprz ma skrzydła sowie.

[Lewis Carroll, O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra,

tłum. Maciej Słomczyński]

I co na koniec z tego wynika? Żadnego końca! „Należy pieczołowicie zachować wszelkie cechy rzeczy niedokończonej” – powiada Wiśniewski. „- ZAMIAR – nie AKT. – Możliwość – nie – realizacja. – WDECH (lecz słowo nie przychodzi na świat.” Zawsze więc w drodze, ale nigdy u celu.

Tomasz Miłkowski

 

LOBOTOMOBIL Janusza Wiśniewskiego, reżyseria i scenografia Janusz Wiśniewski, muzyka Jerzy Satanowski, choreografia Emil Wesołowski, kostiumy Małgorzata Dąbrowska, Teatr Nowy w Poznaniu, premiera 15 maja.

 

 

 

 

Dodaj komentarz