Fiszer albo Filozof w oparach absurdu

 

 

„Czy chaotyczne kombinacje efemerycznych pryncypów są w stanie zdeterminować są w stanie zdeterminować neutralną cywitatę absolutnego relatywizmu immanentno–transcedentalnej solipsystycznej jaźni?” – recytowała kilkuletnia Olimpia zdanie, którego nauczył ją „dziaduś Fiszer”. Legenda słynnego facecjonisty Franciszka Fiszera trwa do dziś, choć 25 marca minęła już 150. rocznica jego urodzin.

 

 

 

Nie zostawił po sobie żadnych pism czy choćby zapisów swoich myśli. Szkoda. Choć nawet gdyby pisał, już po kilku dniach niszczyłby swoje zapiski. Dlaczego ? Bo właśnie uznałby je za idiotyzm i zaczął pisać od nowa. W poświęconym mu wierszu Julian Tuwim proponuje spotkanie „na rogu świata i nieskończoności”. Fiszer tkwił tam prawdopodobnie przez całe dorosłe życie, jeśli autor zbioru wspomnień o Franciszku, znakomity znawca tematu, profesor Roman Loth właśnie tym wersem zatytułował swą książkę (ISKRY, ostatnie wyd. 2002 r.)

Z tych wspomnień wynika, że Fiszer miał ogromną wiedzę na temat współczesnych mu i wcześniejszych kierunków filozoficznych, literatury światowej i polskiej, a szczególnie kochał poezję (choć już widzę Franca , który za to ostatnie stwierdzenie natychmiast nazwałby mnie idiotką !). Kiedyś bardzo krytykowany przez niego młody poeta cicho zapytał, czy Mistrz w ogóle czytał jego poezję. Wtedy Fiszer zaczął deklamować wiersz delikwenta natychmiast i w całości, czym zaskoczył nie tylko rozmówcę, ale i całe zgromadzenie kawiarniane. Miał fantastyczną pamięć, błyskotliwą inteligencję i równie błyskotliwe, często zanurzające się w „opary absurdu”, poczucie humoru. I, zdaniem jego przyjaciół, był mądrym człowiekiem.

Jego ewangelią własną było stwierdzenie :

– Bytu nie ma !

– A co jest ?

– Wszystko inne. Pan – ja – nasza rozmowa – pańskie wiersze (obrazy, rzeźby) – twórczość. Ale bytu nie ma !

Mówił o sobie, że jest metafizykiem. Miał artystyczną naturę, uzdolnienia aktorskie (ponoć podczas rozmowy czy też własnego opowiadania wspaniale modulował głos) i mógł np. zostać aktorem, ale wybrał filozofię.

Fiszer z Fischerów

Urodził się w rodzinie ziemiańskiej 25 marca 1860 roku. Jego przodkowie pochodzili z Niemiec ( swoje nazwisko pisali wówczas „ Fischer”).Ale już spolonizowany stryjeczny dziadek Franca, Stanisław Fiszer, walczył u boku Kościuszki i został ranny pod Maciejowicami, a zginął w czasie odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy w stopniu generała brygady. Ojciec Franciszka, Józef, pojął za żonę Teresę Glinczankę, która wniosła mu w posagu majątek Ławy ( w pobliżu Ostrołęki). Franio kształcił się najpierw w Łomży, potem w Warszawie, ale przerwał naukę, bowiem stwierdził, że umie już więcej od swych nauczycieli.

Gdy po bardzo wielu latach znów grzmiał na pedagogów i nauczycieli, pani domu zwróciła mu uwagę, że też była nauczycielką. Odrzekł jej z galanterią : – To się przecież do Pani stosować nie może – pani chyba nikogo, jako żywo, niczego w życiu nie nauczyła.

Studiował filozofię w Lipsku i uczęszczał m.in. na wykłady młodego, nikomu nieznanego (wówczas i później również) zwolennika filozofii immanentnej, docenta Richarda von Schuberta-Solderna. Dowodem na to, że już wtedy Fiszer nie liczył się z pieniędzmi, niech będzie anegdota (podawana w różnych wersjach) dotycząca tych wykładów. Soldern prowadził je w j. niemieckim, a Fiszer z polskim przyjacielem woleli wykłady w języku francuskim. Ale żeby mogły się one odbyć, musiało nań przybyć minimum trzech słuchaczy. Więc Franio opłacił jakiegoś poczciwinę, bodajże posłańca, i ten – nic nie rozumiejąc – przesiadywał na tych zajęciach, „robiąc frekwencję”.

Nie trwało to długo, ponieważ Fiszer musiał wrócić do umierającego ojca. Był rok 1883. Od tego momentu dziedzic majątku zaczął się go na różne sposoby wyzbywać. Miał szczodrą rękę dla wszystkich, dla przyjaciół i dla swoich chłopów ( potrzeba sosenki z lasu ? – Proszę bardzo). Zresztą wyciął i sprzedał (tak zadbane przez ojca) lasy w swoim majątku.

Po latach, jak pisze Boy –Żeleński, lasy wyciął tak dokładnie, że „od tej pustki chłopi w jego wsi dostawali nerwowego wstrząsu, cierpieli endemicznie na obawę przestrzeni”. Skoro już o Boyu mowa, Jan Lechoń napisał w swoim dzienniku ;

Kiedyś powiedziałem Francowi Fiszerowi : „Ten Boy ględzi”. A on mi na to: „Doskonale. Wolę, żeby ględził on, niż kto inny.”

Błyskotliwy erudyta

Franc żył beztrosko i rozrzutnie, jeździł po Europie, przebywał dość długo w Paryżu, a w 6 lat po pierwszym pobycie postanowił tam znów pojechać. Zebrał przyjaciół i wyruszyli najpierw z Ław do stacji granicznej Aleksadrowo (obecnie Aleksandrów Kujawski). Jednak nawet tam nie dotarli, bo utknęli gdzieś pod Włocławkiem w przydrożnej karczmie. Jedli, pili, hulali i dywagowali metafizycznie przez kilka tygodni, aż… skończyły się pieniądze i trzeba było wracać !

Właśnie podczas intelektualnej biesiady Franc rozkwitał najbardziej, dyskutował lub monologował ( z powodu braku interlokutorów na odpowiednim poziomie) w sposób zachwycający zgromadzone towarzystwo inteligencją, erudycją czy dowcipem, błyskawiczną ripostą.

Kiedyś na przykład analizował właśnie niezwykle krytycznie znanego pisarza francuskiego i w końcu nazwał go kretynem, gdy ktoś z towarzystwa przypomniał mu : – Mówił Pan niedawno, że to geniusz …

– Ale nigdy nie mówiłem, że geniusz nie może być kretynem.

Czytał dużo, najczęściej w nocy i podobno w „Udziałowej” (mleczarnia i kawiarnia z początku XX wieku na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu – współcześnie Empik) opłacał kelnera, aby z nim został , co pozwalało mu czytać do rana. Miał swój stały pokój w Hotelu Europejskim, na premierach teatralnych zajmował miejsce w pierwszych rzędach. I tak się działo do momentu, gdy trzeba było sprzedać Ławy (1898 lub 99 rok) i spłacić horrendalne długi (kredyty zaciągnięte na nietrafione inwestycje, np. hodowlę szparagów) . Franciszek został bankrutem (przez kilka następnych lat żył jeszcze resztkami fortuny), a swą siostrę Malwinę tym samym pozbawił posagu.

 

Uwielbiany rezydent

Przez następne lata aż do śmierci był rezydentem w różnych mieszkaniach lub majątkach ( tu szczególnie zimą), goszczony przez przyjaciół i znajomych. Zaprocentowały przyjaźnie zawarte w latach szkolnych lub z właścicielami sąsiednich majątków oraz te zawiązywane w kawiarniach czy na proszonych obiadach.

Franciszek Fiszer był osobą pełną sprzeczności. Nie chodzi tylko o to, że spierał się czasami sam ze sobą. Jako filozof gardził „empirią” („bytu nie ma”) i zgodnie z głoszonymi przekonaniami rzeczywistość właściwie nie istniała. Jednocześnie był sybarytą, wytrawnym smakoszem. Obiad literacki ( przy obficie zastawionym stole) – oto ulubione miejsce Franca. Tam czuł się jak ryba w wodzie, ale i gospodarze bardzo zabiegali, ażeby znalazł się przy ich stole, bowiem to dawało dużą szansę na to, że obiad będzie udany. Po pierwszej wojnie światowej bywało i tak, że jeśli go ktoś na ów obiad nie zaprosił, Franc głodował. Jednak konsekwentnie nigdy nie podjął żadnej pracy, bowiem to by była dla niego hańba ! W młodości był wysokim, acz stosunkowo szczupłym mężczyzną, jednak z czasem osiągnął około 150 kg wagi. Nakarmić takiego olbrzyma nie było łatwo.

Pora obiadowa. Przyjaciel spotyka Franca na Mazowieckiej.

– Dokąd idziesz ? – pyta Franc.

– Na obiad – odpowiada zagadniony.

– Szczęśliwy. – mówi Fiszer – A ja już po obiedzie…

Innym razem Franc był na Stawisku (rok 1929 lub 1930) i potem pytany w „Ziemiańskiej”, jak tam obiad u Iwaszkiewiczów, odpowiedział : – Na deser podano nam dzieci.

Kiedyś podczas kolacji posadzono go obok profesora ichtiologa. Franc nie lubił naukowców, więc rozmowa się nie kleiła. W końcu profesor złośliwie zagadnął :

– Założę się, że Mistrz nie wie, do jakiej rodziny należą (właśnie spożywane) śledzie ?

– Owszem, wiem doskonale, śledzie należą do rodziny zakąsek.

I jeszcze ;

– Żyć znaczy wybierać – powiedział kiedyś przy stole suto zastawionym potrawami.

 

 

Bywalec kawiarni

Prof. Roman Loth pisze , że około roku 1880, gdy Fiszer przekroczył dwudziestkę, rozpoczynał się właśnie renesans kawiarni w Warszawie. Obok starych, solidnych firm jak Lourse czy Semadeni, i obok młodszych, ale już z tradycjami – jak Blikle, powstawały jedna za drugą kawiarnie, mleczarnie, cukiernie – Starorypiński, Mücke (nazywaną „U Miki”), Salis, później wspominana już „Udziałowa”, „Nadświdrzańska”, Jackowski i legion innych. Nierzadko skupiały ludzi o określonej profesji : prawników, dziennikarzy, literatów, aktorów, malarzy. Stali bywalcy mieli swój stolik, godziny bywania, kelnerzy znali ich zwyczaje.” Kawiarnia ubarwiła krajobraz stolicy, wkroczyła w jej obyczaj, w styl życia. Otwierała się oto scena, której brakowało głównego bohatera. Na szczęście był Franciszek Fiszer”.

Po I wojnie światowej zwanej Wielką Wojną najbardziej popularną kawiarnią stała się „Ziemiańska”. To tam spotykali się artyści i literaci, przesiadywał też Franc. Znał wszystkich, przedyskutował z nimi tysiące godzin. Najbardziej chyba polubił poetę (i jego wiersze) Bolesława Leśmiana. Podobno wyglądali razem zabawnie, ponieważ o gabarytach Fiszera była już mowa, a Leśmian był wyjątkowo drobnej postury.

Stąd znane stwierdzenie Franca : „Zajechała pusta dorożka i wysiadł z niej Leśmian” lub do oczekujących na poetę ; „On nie przyjdzie. Przejechał go jamnik”.

Do kawiarnianych, acz purnonsensowych opowieści należy zapewne ta o podróży znad morza :

– Będąc w Gdyni na Święcie Morza nabrałem butelkę wody morskiej. Na pamiątkę. W pociągu do Warszawy otworzyłem walizkę i zoczyłem, że butelka jest pusta. Zdumienie moje było bezgraniczne, gdy stwierdziłem, iż butelka była nie uszkodzona, doskonale zapieczętowana, a w walizce ani śladu rozlanej wody. Wreszcie spojrzałem na zegarek i zrozumiałem wszystko. Zgadzało się co do minuty. Przed chwilą właśnie nastąpił odpływ morza -.

A na wiadomość o sukcesie lekkoatletycznym Kusocińskiego :

– No dobrze, biega, szybko biega… ale dokąd ?

I śliczna opowieść o wilkach :

– Na polowaniu obskoczyły mnie wilki. Wlazłem na drzewo, trzymam się gałęzi. Gałąź trzeszczy, trzeszczy, wreszcie się złamała i spadłem. Oczywiście rozszarpały mnie. Została tylko ta fajka – pokazywał nieodłączną fajkę, porykując wolno i rytmicznie. (spisane przez Antoniego Słomińskiego)

Dziaduś Fiszer

Po 1900 roku Fiszer zamieszkał w Warszawie (przeważnie kątem u przyjaciół) pod różnymi adresami (np. Koszykowa, Aleje Jerozolimskie, Marszałkowska, Polna). Od 1904-5 roku jesień i zimę spędzał na wsi, najczęściej w majątku Przytuły (pod Ostrołęką), który należał do Marii i Romana Grochowskich. Jedyną żyjącą obecnie osobą, która jako dziecko i nastolatka (od 5 do 17 roku życia) blisko znała Franca, jest ich córka Olimpia Grochowska; naprawdę ma na imię Adela, ale „ w naszym dworze często się żartowało i gdy się urodziłam, ojciec chciał mi dać imię Adela, a mamie bardzo się ono nie podobało, więc żartem zaproponowała Olimpię. Do dziś wszyscy mnie znają wyłącznie pod tym imieniem i choć głupie, nie protestowałam, ponieważ imienia Adela nie znosiłam”. Dla niej przyjaciel ojca był „dziadusiem Fiszerem”, który raczył ją autorskimi bajkami równie oryginalnymi, jak on sam. Na przykład : „ Marysia i Zosia nazbierały w lesie jagódek. Dobra Marysia poczęstowała nimi całą rodzinę. Zosia zjadła wszystkie sama i nic nikomu nie dała. I okazało się, że Marysia nazbierała jagódek trujących – cała rodzina więc pomarła”. Było takich dykteryjek więcej, nauczył też mała Olimpię karkołomnego zdania, którym potem zaskakiwała dorosłych, a brzmiało ono : „Czy chaotyczne kombinacje efemerycznych pryncypów są w stanie zdeterminować neutralną cywitatywę absolutnego relatywizmu immanentno-transcendentalnej solipsystycznej jaźni?” (We wszystkich wersjach tego zdania Fiszer używał formy „pryncypów”, nie pryncypiów).

Pani Olimpia po II wojnie światowej była zastępcą kierownika redakcji literatury polskiej w wydawnictwie „Czytelnik” i miała możliwość dobrze poznać wielu znakomitych polskich pisarzy, jak np. Marek Hłasko, Henryk Bereza czy Marek Nowakowski. Zapytana, czy spotkała w swym życiu kogoś, kto by choć przypominał jej Franca Fiszera, odpowiedziała, że nie. Nigdy.

I żal, że nie mamy teraz wśród nas takiego Franca. Choć nie wiem, kto by go teraz zechciał utrzymywać, bo tak wspaniałomyślnej i bezinteresownej gościnności w dzisiejszych czasach już nie ma. Tradycje te odeszły w niebyt wraz z polskim ziemiaństwem. Ale można sobie wyobrazić, jaką furorę zrobiłby dziś Franciszek Fiszer w „Szkle kontaktowym” (!?).

 

Ewa Sośnicka -Wojciechowska

Tekst publikowany na lamach „Stolicy”

 

Dodaj komentarz