Postscriptum 2: Co Pan na to, panie Gajos?

 

„Aktorka Kasia Zielińska zdradziła nam sposób na dobre samopoczucie”. Tak zapowiedział gwiazdę znaną w kołach zbliżonych do kół serialowych TVN-owski arbiter elegantiarum, redaktor Olivier Janiak. Sądzę, iż licznie zebrany przed telewizorem fanklub K.Z. przeżył duchową ucztę.

I co Pan na to, Panie Gajos? Pańskie wybitne role nie zapewniają miejsca wśród cele brytów przepytywanych ze stanu ciała i umysłu. You can’t Dance ani na lodzie, ani z gwiazdami

 

Gustaw Holoubek powiedział kiedyś: przy braciach Mroczek wysiadam. Ba, On akurat „wysiadał” zawsze we wspaniałym stylu. Zresztą Pan również „wysiada” fantastycznie. Tylko że od dłuższego czasu kanałami telewizji, internetu, sporej części prasy rozlewa się fala antyhierarchii i antykryteriów stosowanych w ocenie aktorstwa. A więc rzemiosło – out, budowanie postaci – out. Można już chyba mówić o pandemii aktorskich kontuzji powodowanych reklamowo-serialową nawałnicą. Rzecz tyczy profesji, w której jest Pan wirtuozem i nauczycielem, stąd moje pytanie, oraz dzisiejsze minorowe Postscriptum 2, czyli powrót do nieco przedawnionych premier.

Najpierw inscenizacja: Sześć w jednej – Teatr Rampa

Autor (Michał Frayn) – pisarz znakomicie czujący specyfikę sceny. Reżyser (Grzegorz Warchoł) – twórca doświadczony i z ciekawą aktorską biografią. Scenograf (Marek Lewandowski) – profesjonalista w każdym detalu . Zważywszy, że Małgorzata Semil (przekład) potrafiła precyzyjnie usytuować Fraynowski dowcip na płaszczyźnie nowomowy, więc artystyczny sukces całego przedsięwzięcia wydawał się oczywisty. Niestety zawiedli wykonawcy. Polska prapremiera miniatur [tytuł oryginału: Alarms and Excurcions] rozmyła się bowiem w ledwie zarysowanym aktorstwie. Tylko raz wchodzi pełnokrwista postać (Dietrich Macieja Gąsiorka). Pozostałe osoby krzyczą, gadają, szemrzą, chodzą, biegają – gubiąc po drodze zabawne odcienie kwestii oraz sytuacyjny komizm. Gra toczy się od ujęcia do ujęcia w oczekiwaniu na… montaż. Ten sceniczny tryb markowanego przekazu zaczyna dominować. Rzadko bywa śmiesznie, często jest nudno, choć chałaśliwie.

Dopiero głębszy koloryt żartobliwych zbliżeń wnosi miniatura Uziemieni. Maciej Gąsiorek nadając językowi Dietricha całą gamę fonetycznych stylizacji, sięga komediowego perfekcjonizmu. Ograniczona telefonicznym rekwizytem ekspresja kształtuje ramy wizerunku. Londyńskie tempo odbija się wyrazistym, zabawnym refleksem od oszczędnej gestyki. To śmiszny, to śmieszny Dietrich tworzy konkretne sytuacje, realny czas, w którym odnajdują się bądź gubią inne osoby. Dzięki temu aktor ujawnia rozmaite niuanse żartu od farsy po linię groteski i absurdu. Brawo!

Grudzień 2009. Jestem przejazdem w Krakowie. Trwa II Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia. Oglądam na Scenie Kameralnej Narodowego Teatru Starego Pijaków Franciszka Bohomolca, Bartosz Szydłowski głosem wstępnym zapowiedział boskość festiwalowych prezentacji. Anons traktowany ironicznie – dziwi, serio – śmieszy. Tak czy siak idę w przekonaniu, iż odetchnę od serialowych fantomów. Tymczasem okazuje się, że trafiam do okopów młodej gniewnej reżyserii. Ale po kolei.

Kiedy przed 50-ciu laty profesor Jan Kott wydobywał autora Pana Dobrego z filologicznej piwnicy, nagle ukazał się pełen inwencji człowiek teatru. Inna sprawa, iż talentem Bohomolec musiał dość szybko ustąpić Zabłockiemu i Bogusławskiemu. Lecz to on pierwszy z ogromną pasja wprowadzał polskiego Moliera, pierwszy sięgał tak szeroko do arlekinad, pierwszy dokładnie rozszyfrował technikę zwięzłej charakterystyki Goldoniego. Zresztą takich pierwszych lokat zebrał uczony jezuita dużo więcej. Wszak bez ustanku czyścił, cyzelował, składał porzekadła, nadając XVIII-wiecznej polszczyźnie wigoru, jędrnych porównań, soczystych epitetów. Bohomolcowi – znawcy retoryki, rzutkiemu redaktorowi Monitora – marzyła się narodowa scena w symbiozie ze społeczną służbą. Po literackich doświadczeniach jezuickiego kolegium przygotował Komedie na Theatrum i tam zamieścił Pijaków. Tekst szczególny, pisany prozą bez oświeceniowej galanterii, językiem ostrym, chwilami wręcz bełkotliwym.

Pijacy czyli zbiorowy wizerunek szlachty w alkoholowym amoku. Profesor Kott nazwał sztukę mianem „pierwszej realistycznej komedii polskiej”. Helmut Kajzar (tak! tak!) wytropił w tych dialogach autorską zapowiedź sylwetki pisarza odtrąconego i przywołał cytat: „Sami dziś ze mnie gracie komedią, a komedią dla mnie smutną”. Tymi słowami żegna się dopiero Prawdomówski – bohater Autora komedii – utworu pisanego kilka lat później. Ale Kajzar ma rację, kiedy mówi o osobistym tonie gorzkiego konterfektu zalkoholizowanej szlacheckiej braci. Diagnoza Bohomolca – pijaństwo, albo narodowa zguba – nie zostawiała oskarżanym złudzeń. Replika przyszła natychmiast. Cztery dni po prapremierze (24 II 1767) przedstawienie wygwizdano i wytupano.

Sięgając do Pijaków Barbara Wysocka (adaptacja, reżyseria, opracowanie muzyczne) nie podjęła dialogu z ideą dramatu, tak jak nie podjęła sporu o sarmatyzm. Natomiast zamknęła bohaterów w sztucznej blokowiskowo-kloacznej rzeczywistości. Bohomolec usiłował coś ważnego powiedzieć ludziom dysponującym prawem liberum veto. W krakowskim spektaklu tekst rozwija się według brutalistycznej matrycy, na planie upozowanych migawek ze świata upozowanego marginesu (!!). Zespół aktorski interesująco wygrywa taką formę, tylko nie wiadomo w jakim celu. M.in. bardzo dobrze uszytą, choć całkowicie autonomiczną etiudę rodem z Ojca Chrzestnego po przejściach zrealizował Roman Gancarczyk (Roztropski).

No cóż, zamysł inscenizatorski nie zmienił ani fabuły ani intencji komedii Bohomolca. Barbara Wysocka sprowadziła wszystko do ścieku. Odgłosy prasowych komunikatów, muzyczno-wokalno-choreograficzne wstawki jeszcze przyspieszyły proces rozkładu. Żadnej prawdy być nie mogło bo i skąd. A epilog? Figurki z komiksowego marginesu zapijają się (wersja hard) lub kontynuują grę (wersja soft). Aktorzy potwierdziwszy zawodową rangę opracowują nowe role. Bohomolec wraca do polonistycznej biblioteki. Jednak na scenie zostały rysy. I to jest problem.

 

A teraz ostatnie ogniwo dzisiejszego postscriptum – czyli Szekspir w agonii. Szekspirowski Otello kocha tym bardziej, im bardziej nienawidzi. Jest w swoich wyborach szczery ponad ludzką miarę. Taka szczerość obnaża piekło, jakie sam sobie zgotował. Idąc tropem tej autodestrukcji teatr musi się również zmierzyć z postawą Jagona, który kocha i walczy, oraz Desdemony, która kocha i cierpi.

Główni protagoniści zawieszeni we wspólnej uczuciowej pajęczynie, a jednocześnie straszliwie samotni. Ile tu tematów dla scenicznego rozpoznania. Ile wyzwań, emocji, strategii. Ale i ogromne ryzyko pułapek tkwiących naskórkowej lekturze dialogów. Często melodramatyczny patos lub psychoanalityczna perspektywa zagłuszały tragiczny dyskurs. Jednak nawet przytłumiony spór dawał świadectwo autorskiej wizji, wskazywał plan symboli, rysował dramaturgię uczuć. Pod jednym wszakże warunkiem, iż głos Szekspira nie milknie zdominowany naporem chaosu. A taki właśnie projekt pokazała białostocka grupa teatralna – Teatr Malabar Hotel – w ramach IV Miedzynarodowego Festiwalu Teatru Lalek i Animacji Filmowej dla Dorosłych.

Tytuł: Skrawki wg. Otella (sic!) okazał się niestety i metaforą, i tworzywem całego spektaklu. Archaiczny (to akurat prawda) przekład od Józefa Paszkowskiego służy (jak się domyślam) oryginalnej konstatacji – komiczny, bo stary! Mój Boże, z tego rodzaju opinią trudno polemizować. Zwłaszcza, że „zgrzybiały” Paszkowski wciąż się trzyma litery tekstu. Natomiast Skrawki fruwają daleko poza wszelkim sensem tragedii.

Rozdęty, pusty gest. Słowa przedrzeźniane. Ruch kierowany ad absurdum. Niczym nie uzasadniony pastisz. Dopiski idące w zaparte (sic!) z treścią szekspirowskich dialogów. Mogło być tylko niemądrze, wyszło strasznie. Żal pracy młodego zespołu aktorskiego, zwłaszcza roli Jagona, któremu Agnieszka Makowska potrafiła nadać rys autentycznej pasji. Gdyby pójść tropem intertekstualnych obrazów, co usiłował zrealizować reżyser [Marcin Bartnikowski] jest jeszcze gorzej. Widać bowiem intelektualny bezład, infantylizm formy również na płaszczyźnie odniesień. W programie Antoni Malczewski, w tle niby Gombrowicz, w oddali niby Strindberg – Panie widzisz i nie grzmisz !!!

No cóż. Wiosna za rogiem, kolejne Postscriptum powinno więc przynieść poprawę aury w teatrze, czego Państwu i sobie życzę.

Jagoda Opalińska

 

 

Dodaj komentarz