Marat/Sade w Teatrze Narodowym

Spektakl Mai Kleczewskiej charakteryzuje się wielością znaczeń. Tak naprawdę nie wiadomo, co nam pokazuje, a co udaje, że pokazuje. Niczego nie można być całkowicie pewnym.

Jest to niby sztuka o zbiorowości, jej bohaterem jest zbiorowość. Widać to między innymi w scenografii. Rzecz dzieje się w zamkniętej przestrzeni pełnej luster – ni to sala prób, czy może klatka, sala balowa, czy wreszcie jakaś schizofreniczna przestrzeń trochę z pogranicza snów i jawy, sterylna i zimna sala szpitalna (zwykle jest sterylnie jasna, w momentach lirycznych bardziej srebrzysta, błękitna, chwilami przypomina morze, innym razem przeraża jasnym, odbitym wielokrotnie snopem światła). Co ciekawsze, kiedy odbija się w lustrze zbiorowość, tłum- sala wydaje się optycznie większa i znacznie bardziej wypełniona ludźmi, kiedy natomiast odbija się w nim pojedynczy człowiek- twarz jego, on sam zostaje zniekształcony, niepełny, jakby szukał swych wizerunków w gabinecie śmiechu. Te lustra przyjazne są tylko i wyłącznie zbiorowości, pojedynczy człowiek w tym świecie nie istnieje, nie jest ważny.

Postarzona o kilkadziesiąt lat piękna aktorka Danuta Stenka jest Pacjentką, która miała grać markiza de Sade’a, ale nie gra. Bardzo ciekawy pomysł, ciekawy chwyt, choć mam wrażenie, ze nie do końca wykorzystany. Bo niby co z tego wszystkiego wynika? Z tego, że de Sade’a w jakiś sposób (symboliczny, trochę per procura, ale nie do końca, niezupełnie ) reprezentuje kobieta. Kobieta przesiąknięta w dużym stopniu jego ideologią (czyżby chodziło o pewien uniwersalizm, modną obecnie płeć kulturową? Sade był kobietą, czy kobieta mogłaby być Sade’m? Kim ona jest? Jakaś wariatka o starej twarzy i młodym ciele, które nie próbuje naśladować ruchów staruszki. W jej ruchach widać pewna automatykę, pewną sztuczność, ale w najlepszym razie mamy na scenie kogoś młodego, kto na wpół żartobliwie, zbyt przesadnie chwilami, by można było to uznać za naturalne naśladuje ruchy starego człowieka. Co mówi ta kobieta i po co mówi? Czy komentuje sceniczne wydarzenia? Czy w ogóle ma ich świadomość. A może w jakiś tajemniczy sposób wpływa na przebieg akcji, choć my widzimy ją tylko dwu, albo trzykrotnie. A może to wszystko dzieje się w jej głowie, w jej jaźni, więc słowa jej są jakimś dodatkiem, może dla niej (podobnie jak dla Marata, czy chorego, który wciela się w tę postać) spektakl jest swoistą autoterapią.

W sztuce Weissa markiz był kimś z zewnątrz, kimś, kto reżyserował spektakl. Pacjentka tkwi w tym świecie i nie tkwi. Jest z pogranicza. Nie zgodziła się ostatecznie na wcielenie, całkowite utożsamienie z markizem- stąd może u niej efekt obcości, więc teraz zamiast spójnego spektaklu mamy coś w rodzaj, kartoteki rozrzuconej, improwizacji pełnej różnorodnych dygresji- nieuporządkowanej i nieprzewidywalnej, co często uważane jest za cechę twórczości kobiecej. Trochę można skojarzyć tę postać z Maria Komornicką- Piotrem Włastem. Kimś, kto w odosobnieniu tworzył własną filozofię, zmagał się ze sobą, ze światem, próbował znaleźć wśród ludzi miejsce na swój głos, walczył o swój głos. Kogoś, kto był pomiędzy, kto potrzebował nowej tożsamości.

Bardzo ciekawym zabiegiem jest fakt, iż dwa monologi Pacjentki wypowiadane są na tle trupów, na tle bezwładnych ciał. W pierwszym wypadku są to dmuchane lalki, w drugim aktorzy- właściwie wszystkie pozostałe postaci dramatu, wyczerpane powtarzaną przez dwadzieścia minut sceną- rodzajem musztry, tańca połączonego ze skandowaniem. Pierwszy monolog natomiast Pacjentka wygłasza przed opuszczoną kurtyną, po czym czmycha, jak gdyby bała się życia znajdującego się po drugiej stronie kurtyny, na scenie- budzi je, współtworzy i jednocześnie ucieka przed nim, pragnąc podkreślić swoją odrębność, brak przynależności do świata, który być może za jej pośrednictwem został powołany oto do życia na scenie. Warto przy tym pamiętać, ze ów pierwszy monolog Pacjentki ma miejsce tuż po pięknym koncercie w wykonaniu pianisty Macieja Grzybowskiego- koncercie będącym nie tylko prologiem, ale też swoistego rodzaju streszczeniem emocjonalnym akcji przedstawienia. Możemy więc przypuszczać, że bezwładne ciała pojawiają się w niedosłowny, symboliczny sposób także przed pierwszym monologiem Pacjentki, czyli głównej oponentki Marata.

Zresztą czy w tej adaptacji scenicznej Pacjentka przejmuje tę funkcję? Raczej nie, co można łączyć z faktem, iż miała zagrać, ale nie gra, czyli nie do końca, nie całkiem spełnia rolę, którą miał, powinien spełnić w dramacie markiz. Dlaczego ta kobieta, której przecież filozofia markiza de Sade’a jest bliska odmówiła w rezultacie przyjęcia na siebie jego roli? Może w innym przypadku nie byłaby możliwa jedna z ostatnich scen, kiedy to Pacjentka bierze w ramiona zamordowanego Marata na podobieństwo gestu znanego nam z Piety (czy dlatego jest kobietą, żeby ów gest był czytelny?).Czy jest zwyciężczynią?Tylko w tym sensie, że w przeciwieństwie do niego przeżyła. Ten gest jednak pokazuje, że właściwie nie chce i nigdy nie chciała walczyć z Maratem. Nie była nigdy jego antagonistką. Wprawdzie myślała całkowicie inaczej o ludziach, o świecie (być może skandujący tłum był jej wojskiem, wytworzonym w jej wyobraźni, jej tubą, narzędziem, w jego usta włożyła argumenty walki). Właściwie lubiła tego rewolucyjnego przywódcę, szanowała jego zmagania i na koniec chciała go utulić, pocieszyć. Dlaczego jeszcze uważam, że zwycięstwo Pacjentki, a tym samym myśli Sade’a jest bardzo umowne? Chodzi o to właśnie, że postać ta niesie ze sobą zniszczenie, śmierć.

Marat natomiast (na podobieństwo wizji tej postaci do Księcia Niezłomnego w wykonaniu Ryszarda Cieślaka ze spektaklu reżyserowanego przez Jerzego Grotowskiego niejednokrotnie zwracano uwagę.) szuka nowych wartości, chce zbawić świat, ludzkość, ginie właściwie dlatego, że ma świadomość przegranej, porażki. Wie, ze nie zadowoli skandującego tłumu, tłum nie jego potrzebuje. Jednakże też tak naprawdę nie potrzebuje markiza, który ustami Pacjentki namawia ludzi, żeby zaprzestali umierania, ale jednocześnie właśnie poprzez tę Pacjentkę reprezentantkę niesie śmierć. Świat Marata i świat de Sade’a (Pacjentki) są na tyle odległe, że nie mogą się spotkać, a co dopiero walczyć ze sobą, polemizować, czy przekonywać do swych wartości. Pacjentka próbuje przekonać trzema monologami- być może to, ze nie są one przekonujące jest zamierzonym efektem, Marat przekonuje chaotycznymi, urywanymi monologami wewnętrznymi, kierowanymi na pozór do Simony. Kreujący go Paweł Paprocki także owym właśnie nawiązaniem do kreacji Cieślaka. Jest tylko człowiekiem, męczennikiem, kimś całkowicie niemal odkrytym, nic nie ukrywającym (nawiązanie do teatru mającego być miejscem prawdy) w kontraście do zawoalowanej drugiej naczelnej postaci, która przywołuje, symbolizuje całkiem inny teatr, inną tradycję teatralną. Przede wszystkim jednak wyraża emocje za pomocą muzyki, interpretując Etiudę Rewolucyjną Chopina w sposób, jakby był jej kompozytorem.

Spektakl ma być może odpowiedzieć nam na pytanie czym tak naprawdę jest teatr. Ktoś, kto reprezentował teatr ubogi, poszukiwał w nim prawdy przegrał (bo umarł, został zabity), ale czy ktoś, kto przeżył, a na końcu utulił biednego zabitego, jakby ukazując, ze tak naprawdę są nierozłączni, ze muszą współistnieć, że zawsze współistnieli także właściwie przegrywa. Jest na straconej pozycji w sumie już od samego początku- jest kimś, kto „miał grać, ale nie gra” więc jak gdyby od początku poddał się walkowerem, chociaż później usiłuje wywalczyć sobie nieśmiertelność, nawołując publiczność do zaprzestania umierania, do powiedzenia śmierci „nie”.

Spektakl po raz kolejny udowadnia, ze teatr jest światem. Można go odczytywać oczywiście jako paraboliczną opowieść o teatrze, jego kondycji, jego poszukiwaniach, o tym, jak powstaje przedstawienie. Może to być także opowieść o wariatach, grających w przedstawieniu, co ma dla nich stanowić rodzaj terapii dla nich, ale sądzę, że reżyserka posłużyła się opowieścią Petera Weissa jako pretekstem. Parabola ta mogła też opowiadać o życiu, o dzisiejszym świecie, któremu brak tak naprawdę normalności. Świecie, w którym nie ma jasnych reguł, stałych zasad. W którym ludzie pozbawieni autorytetów biorą udział w wyścigu szczurów, wypalają się i giną, niezależnie od swoich bardziej lub mniej sensownych poglądów, wyznawanych filozofii etc. Świecie, w którym jesteśmy wariatami, odgrywającymi role- nie te, które chcemy i powinniśmy, rozdane dosyć przypadkowo. O ludziach zagubionych, którzy nie potrafią być wolni, tkwią jednak w istnieniu, z którego nie potrafią się wyrwać. Marzą o jakimś lepszym życiu, ale tak naprawdę nie umieją o nie walczyć. Potrafią być przez chwile roszczeniowi, ale tak naprawdę mogą po prostu wykrzyczeć swój ból, swoją niemoc wobec rzeczywistości i cieszy ich, ze przez chwilę mają do kogo ową niemoc adresować. Z całą pewnością jednak nie uważają Marata za zbawcę, za swoją nadzieję, choć sam Marat chciałby widzieć się w takiej właśnie roli. Chciałby poświęcić się dla szczęścia ludzkości i ginie z rąk szalonej, zakochanej w nim kobiety. Wcześniej szuka drogi, aby lud uszczęśliwić, daje z siebie wszystko.

Chciałabym jeszcze napisać kilka słów o Patrycji Soliman, grającej Karolinę Corday. Na początku przedstawienia widzimy tylko wariatkę, mającą niewielki kontakt z rzeczywistością. To niesamowite, jak ta piękna przecież kobieta potrafi zagrać kobietę brzydką. Na początku widzimy objawy jej choroby, jest kukiełka sterowana w rękach reżysera (chodzi o reżysera spektaklu w szpitalu psychiatrycznym, tego dziejącego się na scenie). Ma bardzo niewielki kontakt z rzeczywistością, robi co jej się każe, nawet z pewna wariacka gorliwością próbuje wykonać polecenia reżyserów- w jakiejś szaleńczej pasji od razu, podczas pierwszego z trzech przewidzianych spotkań próbuje zabić Marata. Widać, ze straszliwie cierpi. Jej chwilowe napady szału, pośród ciągłego niemal otępienia, jej ataki bulimiczce, które mogą symbolizować jakąś przemianę, pragnienie przemiany. Wydaje się, że przez usta pragnie wchłonąć cały świat, a jednocześnie wyrzucić z siebie to, co niezbędne- tylko wówczas będzie czuła się gotowa do przyjęcia nowej roli. Jednocześnie to wyrzucanie, wypluwanie, wydobywanie z siebie flaków jest dla niej jakimś (przy tym prawdopodobnie jedynym) sposobem komunikowanie się ze światem, przekazywania czegoś światu. Sama według własnych możliwości próbuje dostać się do głębi siebie. Być może wedle innej interpretacji, odczytującej to przedstawienie jako parabolę teatru, Karolina Cordey to typ aktorki przeżywającej, wypruwającej z siebie bebechy, aby odnaleźć prawdę. Owo symboliczno- dosłowne sięganie do głębi bardzo korzystnie wpływa na Karolinę. W trakcie sztuki zmienia się ona w kobietę, która wie czego chce i umie to wszystko wyegzekwować.

Dużo kontrowersji wzbudziła scena negliżu z udziałem właśnie Soliman, a oprócz niej Marcina Przybylskiego, grającego Siwerta i Arkadiusza Janiczka- Profesora. Najpierw mistyczne zaślubiny, potem noc poślubna. Scena wypełniona jest kwiatami, delikatne światło podkreśla jej nastrojowość i niewinność. Trójka wariatów, bawiąc się przy tym przednie, niby niesforne dzieci, sięgające po coś zakazanego i dlatego właśnie tak bardzo intrygującego. Wiedzą, ze taka jest kolej rzeczy, że teraz powinni się rozebrać, robią to przełamując własny, wrodzony wstyd, ale też świetnie się bawią. Z planowanego duetu wychodzi niechcący trójkąt. Profesor, wczuwający się w role tych, o których opowiada, a jednocześnie usiłujący ich poinstruować odnośnie dalszych poczynań, odnośnie tego, co mają dalej robić- sam się rozbiera. I oto mamy troje nagich ludzi, niewinnych w swej nagości, gdyż nie zdających sobie sprawy z jej erotycznego podtekstu, którzy teraz stoją bezradni i nie wiedzą co począć. Pozbawieni kostiumów, które nadawały im tożsamość nie wiedzą czy nadal są bohaterami rewolucji francuskiej, których dotąd odgrywali, czy też na powrót stali się pacjentami przytułku w Charletown. Trwają tak w tym zawieszeniu, poczuciu bezradności i niezdecydowania, w końcu rezygnują, wycofują się. Ich rozrzucone ciała- niby to w bezładzie, a jednak tworzące jakąś malarską wręcz kompozycję, nową piękna jakość wśród kwiatów, godny zapamiętania obraz stają się tłem następnej sceny, zbudowanej na zasadzie kontrastu i zaskoczenia, nadając jej nowy wymiar, nowe, pełniejsze znaczenie. Oto na scenę wpływa ubrana po szyję, a wręcz przebrana (strojna, szeroka suknia, duża peruka, mocny makijaż)diwa operowa, będąca niemal kwintesencją operowego stylu, wyszukanej konwencji- celowo sztuczna, nienaturalna, co jeszcze mocniej podkreślone jest przez zderzenie jej z ta arkadyjska niemal trójką. Słyszymy słowa markiza de Sade’a –fragment Justyny, czyli niedoli cnoty, a więc tekst nacechowany erotyzmem i wyuzdaniem. Podany przy tym w charakterze pięknej arii oporowej (wspaniała muzyka Agaty Zubel). Opera z jednej strony może być symbolem kiczu patosu, sztuczności (także w sensie pewnego wynaturzenia, wyrafinowania), z drugiej natomiast wysokiej kultury. Mamy więc podwójną opozycję stworzoną poprzez sąsiedztwo tych scen- z jednej strony niewinność- wyuzdanie, z drugiej zaś natura- kultura. Sąsiedztwo tych scen pokazuje też zaskakującą bliskość pomiędzy sacrum i profanum. Takich zresztą momentów w spektaklu, które ową bliskość, niemal tożsamość pokazują, uwydatniają jest o wiele więcej.

Należy tu wspomnieć przede wszystkim o scenie z lalkami z sex shopu, będącymi sobowtórami postaci, które z nimi tańczą. W tańcu aktorzy pokazują, co można zrobić z drugim człowiekiem, z teatralna rolą, a może z samym sobą- przecież lalki są sobowtórami Scena ta jest więc jak gdyby nawiązaniem do kantorowskiej Umarłej klasy. Wykorzystując lalki z sex shopu można więc powiedzieć tak wiele o sobie, o relacjach z innymi. Przez to zderzenie scena mocno zyskuje, jest wyrazistsza, niż gdyby rekwizytami były zwykłe manekiny, czy inne lalki. Zespół rozpoczyna od narzuconej musztry –jednolite stroje bez podziału na płeć, oszpecające peruki, w której nie wytrzymuje, przeciw której buntuje się, by pod koniec przedstawienia zjednoczyć się na nowo w dziwnym, bardzo długo trwającym układzie choreograficznym, połączonym ze skandowaniem wspólnych żądań. Początkowo zabrany indywidualizm teraz został wzięty w nawias na rzecz wspólnoty. Może to sztuka o poszukiwaniu świadomości? Czego dowiedzieli się o sobie bohaterowie sztuki? Czego my dowiedzieliśmy się po tym wieczorze w teatrze?

 

Krystyna Tylkowska

Dodaj komentarz