Krum, czyli raj utracony

 

W marcu bieżącego roku TR Warszawa postanowił przypomnieć publiczności spektakl, który wkrótce po premierze (2005) uzyskał miano kultowego. „Krum” izraelskiego dramaturga Hanocha Levina w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego to poetycka, pełna smutku opowieść o świecie pozbawionym wielkich narracji, wypełnionym niemożliwymi do spełnienia pragnieniami i próżnymi dążeniami, opowieść o dramacie codzienności i Raju Utraconym.

 

Mamo, nie udało mi się za granicą. Nie jestem bogaty. Nie jestem szczęśliwy. Nie posunąłem się ani o krok, nie bawiłem się, nie ożeniłem się, nie zaręczyłem się, nikogo nie poznałem. Niczego nie kupiłem i niczego nie przywiozłem. W walizce mam tylko brudną bieliznę i kosmetyki.”

Spektakl rozpoczyna się nagle, niepostrzeżenie, przy zapalonym świetle. Kilka postaci wyłania się zza kulis i siada w pierwszym rzędzie foteli. Wtedy dopiero światło gaśnie, a przed oczami widza pojawia się na dużym, zawieszonym tuż nad sceną ekranie napis „Twoja matka umarła dwie godziny temu”. Napis zanika, a po chwili otrzymujemy odpowiedź na powyższe słowa. Pojawia się twarz mężczyzny zakryta dłońmi. Bohater – Krum (świetna rola Jacka Poniedziałka) – siedzi na muszli klozetowej w białej publicznej toalecie i pali papierosa, poczym rzuca go na podłogę i przydeptuje. Rozpoczyna swój intymny monolog do nieżyjącej matki, z której śmiercią jeszcze się nie pogodził. Nie potrafi jednak płakać, nie przeżywa histerii. Rytuał żałoby nie może się odbyć. Dopiero po chwili spostrzegamy, że przed ekranem stoi ten sam aktor, który właśnie pojawia się w projekcji filmowej. Mężczyzna w kowbojskim kapeluszu i ciemnych okularach powraca z wielkich wojaży do domu, ale jego walizkę na kółkach wypełniają jedynie przegrane marzenia i wielkie niespełnione plany. Powraca zatem do domu niczym syn marnotrawny, do starzejącej się, zgorzkniałej matki (Stanisława Celińska), z którą od dawna nie umie się porozumieć, do Trudy (Maja Ostaszewska) – dawnej kochanki, oraz do umierającego przyjaciela, Tugatiego (Redbad Klynstra). I właśnie tę smutną opowieść o nieprzeżytym życiu snuje Warlikowski w sposób mistrzowski, wyjątkowo wyciszony i pełny skupienia, zamieniając tym samym banalną fabułę w liryczną refleksję, małą ludzką historię wypełnioną psychologiczną głębią.

Bohaterowie spektaklu to nieszczęśliwi i brzydcy życiowi nieudacznicy. Truda i Dupa (fenomenalna Małgorzata Hajewska-Krysztofik) to kobiety niekochane, niespełnione, spalające się od nadmiaru uczuć, których nie mają komu ofiarować. W gestach ubranej w sadomasochistyczny lateksowy strój Dupy pojawia się niewygodna, trudna do zaakceptowania, a nawet wstydliwa prawda. Dupa wie, że jest brzydka i chociaż marzy o supermenie, przyjdzie jej wziąć ślub z hipochondrycznym Tugatim, który wkrótce rzeczywiście żegna się ze światem. Truda, chcąc pogodzić się z odejściem Kruma, odurzonego urodą oraz zagranicznym zapachem Cicy, bierze szybki ślub z Tantykiem (Marek Kalita), któremu urodzi dziecko. Wszystkie postaci ze świata Kruma żyją w przestrzeni przypominającej poczekalnię. Ale w tym świecie nie ma na co czekać. Nie ma czym oddychać, panuje duszna atmosfera. Ich życie jest tak samo puste, jak wiszący nad sceną ekran.

Twórca kontrastuje z nimi postać Cicy (epizodyczna rola Danuty Stenki), reprezentującej nowy lepszy świat, świat sukcesu, luksusu, kariery. Cica i przybyły z nią Bertoldo siedzą na kanapie ustawionej do widowni tyłem. Ich twarze w powiększeniu widoczne są tylko na ekranie. Oboje są piękni, szczęśliwi, uśmiechnięci, są odbiciem fantazji i pragnień siedzących przodem do widowni bohaterów dramatu: Kruma, Trudy, Dupy i Tugatiego, przyglądających się parze z cielęcym zachwytem. Scena ta pokazuje różnicę między obrazem wykreowanym przez film, a tym pokazanym tu i teraz. Świat z ekranu, to świat kolorów, uśmiechów i szczęścia, ale to również świat nieosiągalnych marzeń i iluzji, świat daleki i odległy od prawdziwego życia ukazanego na scenie.

Momentem całkowitej deziluzji dla teatru staje się wizyta wymienionej czwórki w kinie. Na ekranie jednak nie pojawia się żaden film. Aktorzy, przy zapalonym roboczym świetle, patrzą w pustą przestrzeń, w stronę widowni, poszukując jakiegokolwiek obrazu, po to tylko, by zrozumieć, że nic nie jest w stanie nadać ich życiu sensu, nie ma opowieści, która by ich wyswobodziła, historii, która pozwoliłaby im dalej grać. Krum wygłasza wówczas piękny, lecz niesamowicie bolesny monolog niepogodzonego z codziennym, zwykłym życiem fantasty: „Operatorze, zgaś światło na widowni, żebyśmy się nie widzieli i nie musieli sobie patrzeć w oczy. Pokaż nam jakiś fascynujący film. Pogodny i jasny, o pięknych szczęśliwych dobrze ubranych ludziach. O pięknych, nagich kobietach. Z domkami w ogrodach i szybkimi, lśniącymi samochodami. W ciemnościach będziemy patrzeć na światło. Przez dwie godziny utopimy w nim nasz smutek i nasze upodlenie. Wyobrazimy sobie, że to my jesteśmy piękni. Że piękne, nagie kobiety są z nami. A domy w ogrodach i szybkie, lśniące samochody są nasze.

Przestrzeń spektaklu wyznaczona jest przez duszną atmosferę groteskowego śmiechu i czarnej rozpaczy oraz świetną muzykę Pawła Mykietyna, sugerującą deliryczność świata, w którym żyjemy. Reżyser dobitnie wyszeptuje obrazy otaczającej nas rzeczywistości i sygnalizuje, że to raczej pogrzeby i stypy zmieniają coś w naszym życiu, a nie narodziny i wesela. I myli się ten, kto w spektaklu Warlikowskiego chciałby znaleźć szczepionkę na szczęście. Nie sposób również doznać oczyszczenia, nad czym przez większość spektaklu ubolewa nie mogący się rozpłakać Tugati. „Nie ma dla Ciebie więcej zabawek na tym świecie” – puentuje złowrogo matka Kruma. Ale i nie ma życia gdzie indziej; jest tylko pustka, zawiedzione młodzieńcze nadzieje, Utracony Raj. Autorski teatr Warlikowskiego osnuty jest smugą cienia.

 

 

Ewa Uniejewska

 

 

 

Dodaj komentarz