45 lat Kontrapunktu: Worek z niespodziankami

 

Jeden z najstarszych festiwali, Przegląd Teatrów Małych Form Kontrapunkt, znalazł się w punkcie zwrotnym. W coraz mniejszym stopniu jest przeglądem małych form, a coraz bardziej rożnych form. Jeśli małych, to tylko w pewnym sensie, bo trwających nie dłużej niż półtorej godziny. Ale nie decyduje już liczba wykonawców. Czy małą formą jest przedstawienie, tzw. work in progress, produkcja berlińskiego Schaubuhne am Lehniner Platz i Teatru Habima z Tel Awiwu „Dritte Generation” [Trzecia generacja] w reżyserii Yael Ronen, w której bierze udział dziesięcioro aktorów? Albo produkcja Rene Polescha j jego Volksbühne am Rosa-Luxemburg-Platz z udziałem jeszcze większej, kilkunastoosobowej grupy artystów?

 

Nie bądźmy jednak małostkowi. Koniec końców triumfowała mała forma – Grand Prix wyrokiem publiczności przypadło spektaklowi „Lipiec” Iwana Wyrypajewa w mistrzowskim wykonaniu Karoliny Gruszki (i kliku towarzyszących jej osób) z warszawskiego Teatru na Woli. To była bez wątpienia mała forma, choć spektakl wielki. Podobnie triumfatorzy sprzed roku – zachwycająca sprawnością i poetycką kreacją w „Utworze sentymentalnym na czterech aktorów” warszawska Montownia pod batutą reżyserską Piotra Cieplaka. Zmiany zmianami, ale sprawiedliwość musi być po naszej, czyli małej formy, stronie.

Przesunięcie akcentu z ortodoksyjnej dbałości o formalną zgodność z dość swobodnie interpretowanym regulaminem konkursu na sens znaczeniowy przesłania przeglądu, czyli Kontrapunkt, było jednak ze wszech miar decyzją słuszną, która uchroniła przegląd przed skostnieniem. Dzięki przesunięciu granic regulaminu w konkursie sąsiadują ze sobą spektakle ansamblowe, monodramy, klasyczne małe formy, performanse, zdarzenia plastyczne, dokudramy. Żadne zatem okopy „świętej Trójcy”, obrona przed nowościami ani ucieczka przed „starym”. Przegląd staje się sondą twórczych poszukiwań na polu „pomiędzy” tradycyjnym teatrem repertuarowym a całkiem nietradycyjnymi działaniami niezależnych artystów, między dużymi produkcjami międzynarodowymi i skromnymi akcjami familijnymi. Taki tygiel to oczywista korzyść dla widzów i trudność dla jurorów, którzy muszą się w tym wszystkim jakoś odnaleźć i ogłosić sensowny werdykt. W tym roku trochę im pracę ułatwiła nieobecność Teatru Pieśń Kozła – „Makbet” ze względu na chorobę aktora na przegląd nie dojechał, z wyraźną szkodą dla poziomu całości.

W tej sytuacji obok „Lipca” znakiem firmowym Kntrapunktu stał się tzw. program transgraniczny (na jeden dzień festiwal się przeniósł do Niemiec), który przyniósł kilka spektakli zagranicznych ze wspomnianą „Trzecią generacją” jako sztandarowym spektaklem politycznym, zrealizowanym w duchu poprzednich prac słynącej z odwagi i niekonwencjonalności w działaniach polityczno-teatralnych Yael Ronen. W Izraelu wsławiła się spektaklem „Plonter” w Teatrze Cameri w Tel Awiwie, będącym swoistym lustrem gordyjskiego węzła konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Spektakl objechał pół świata, włącznie ze strefą Gazy, wszędzie przyjmowany entuzjastycznie jako odważny znak pokoju i otwarcia, ważny głos w trudnej debacie o przyszłości Bliskiego Wschodu.

W Polsce Yael Ronen dała się poznać jako partnerka Bohdana Zadary w projekcie „Bat-Yam Tykocin”. Wspólne przedsięwzięcia Teatru Habima i Teatru Współczesnego we Wrocławiu to dwuczęściowy spektakl, złożony z dwu przedstawień przygotowanych metodą na krzyż: izraelska reżyserka pracowała z polskimi aktorami, polski reżyser z izraelskimi aktorami, co dało w rezultacie niebanalny obraz resentymentów polsko-żydowskich, otwierając nowe możliwości dialogu i porozumienia w trzeciej generacji po Holokauście.

Ten sam motyw jest punktem wyjścia projektu „Trzecia generacja”,w którym spotkali się aktorzy z Niemiec i Izraela, w krótkich scenkach-monologach i dialogach, prezentujący zawiłości stosunków niemiecko-żydowskich, traumę po Holokauście i cały katalog współczesnych urazów. Prawdę mówiąc to nie jest spotkanie dwu stron, ale co najmniej czterech, bo z jednej strony są to Niemcy zachodni i poeenerdowscy, a z drugiej Żydzi i Palestyńczycy, a jeśli pamiętać, że tam , jak powiadają sami Izraelczycy, gdzie dwóch Żydów, to cztery partie (bardzo to polskie!) tych stron w dziesięcioosobowym zespole jest jeszcze więcej, cały tygiel albo spektrum.

Mimo wagi poruszanych spraw, ich ciężaru gatunkowego, Ronen jest jak najdalsza od nudziarstwa czy wzniosłości – debata toczy się jak rwący potok, inkrustowana sytuacjami zabawnymi i dramatycznymi na przemian. Wielce pouczający spektakl, wyznaczający poziom publicznych debat o polityce.

Z tym poziomem kłopot w przypadku polskiego spektaklu teatru z Wałbrzycha, „Niech żyje wojna” wedle scenariusza Pawła Demirskiego, a reżyserowanego prze Monikę Strzępkę. Jury nagrodziło ten spektakl, ale chyba na wyrost i przede wszystkim za intencje. Trudno nie zgodzić się z diagnozą, że wojna jest ohydna, a rzeź to rzeź. Antywojenna wymowa spektaklu, polemika z ucukrowanymi portretami wojny rodem z „Czterech pancernych i psa” czy upudrowanych opowieści o powstaniu warszawskim, ideowo jest jak najbardziej słuszna i godna poparcia, ale środki ku temu użyte wydają się źle dobrane, albo co najmniej dyskusyjne. Spektakl robi wrażenie bałaganu, ględzenia w nim co nie miara, nad którym nikt nie panuje, a to, co pozostaje w pamięci to idiotyczne rozbieranki: początkowo męskie striptizy, a na koniec damskie. Aktor występujący chwilowo w roli premiera Mikołajczyka w negliżu, jak go pan bóg stworzył, budzi wprawdzie współczucie, ale to nie było chyba założeniem autorów.

W tej sytuacji jak haust świeżego powietrzna wybrzmiały dialogi Milana Kundery z jago adaptacji „Kubusia i jego pana” wedle Diderota w reżyserii Pawła Aignera, spektakl szczecińskiej Pleciugi, przedstawiony lekko, zabawnie i bez pretensji do przyćmiewania sobą świata. Aktorsko co najmniej poprawne, kulturalnie poprowadzone i niegłupie. Taki kontrapunkt po wałbrzyskim zgrzycie był konieczny.

TOMASZ MIŁKOWSKI

 

 

 

Dodaj komentarz