Mój Pamiętnik Teatralny (marzec 2010)

 

Stare i nowe w jednym stoi domu

 

To było otwarcie z rozmachem. Pomysł, aby początek sprawowania dyrekcji w warszawskim Teatrze Studio przez Grzegorza Brala, twórcę Teatru Pieśń Kozła, wesprzeć dniami „Studia otwartego”, świętem teatru i publiczności, okazał się wyśmienity.

fot. K. Bieliński
Scena z Macbetha Teatru Pieśń Kozła

 

Przez tydzień na scenach teatru można było oglądać spektakle gościnne, recitale artystów związanych ze Studiem i jeden (słownie: jeden) spektakl z repertuaru teatru, ale za to wyśmienity – „Obrock” wg Witkacego z fenomenalnymi kreacjami Ireny Jun i Jarosława Gajewskiego. Najwięcej zainteresowania budziły występy Teatru Pieśń z Kozła ze słynnym już spektaklem „Macbeth”, magnetyczną wersją tragedii Szekspira, przefiltrowaną przez swoistą poetykę tego teatru, przedstawienie myślowo spójne, silne emocjami i perfekcją wykonania: były nadkomplety, owacyjne przyjęcie, nieskrywana satysfakcja wygłodniałych teatromanów, którym w ostatnich latach Studio skąpiło dobrych wrażeń. Nie zawiedli się ci, którzy od dawna czekali na Krzysztofa Majchrzaka, nieobecnego na tej scenie przez parę lat, a podczas dni Studio otwartego, prezentującego nowy koncert „Strawinariada A2”ze swoim zespołem A2, wariacje jazzowe na tle „Święta wiosny” Igora Strawińskiego, zaprezentowane dzień wcześniej w Poznaniu. Wynalazczość brzmieniowa i instrumentalna muzyków budziła niekłamany zachwyt, a na bis nie mogło zabraknąć standardu Komedy z filmu Romana Polańskiego „dziecko Rosemary”.

Wszystko to niesłychanie zachęcające, budzące apetyt na Studio, które najwyraźniej pod nowym kierownictwem chce powrócić do formuły Centrum Sztuki – nie przypadkiem oglądaliśmy w tym samym czasie w Studio nową wystawę malarstwa współczesnego i spektakl flamenco, a więc rozmaitych materii świadome pomieszanie. Nieco później pojawiła się w mediach informacja, ze w Teatrze Studio powstaje Instytut im. Jerzego Grzegorzewskiego. Piękna idea! To kolejny dowód na inne myślenie, które może znowu rozniecić w teatrze płomień. Konsultantka programowa Instytutu jest Ewa Bułhak od dawna związana z Teatrem Studio, który opublikowała właśnie smakowitą książeczkę o wybitnej artystce tego teatru, Irenie Jun – „Szukanie monologu”. Książeczka ukazała się nakładem Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru (cóż za nieprzypadkowy zbieg przypadków: Bral ze swoim teatrem Pieśń Kozła z Wrocławia, książeczka z Wrocławia, Grzegorzewski też trochę z Wrocławia…) w serii Czarna Książeczka z Hamletem, poświęconej sztuce monodramu i jej koryfeuszom.

Skoro o przyszłości i tradycji mowa trzeba odnotować nową, choć właśnie ku tradycji zwróconą, nagrodę im. Ireny Solskiej (polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej), ustanowioną z myślą o wyróżnianiu wybitnych polskich aktorek, których twórczość wywiera znaczący wpływ na rozkwit sztuki aktorskiej. Patronka nagrody należy do legend polskiego teatru, jej osiągnięcia i oddanie sztuce budziły podziw i respekt. W tym roku nagroda została wręczona po raz pierwszy. Jej laureatką została DANUTA SZAFLARSKA, od dziesięcioleci związana z teatrami warszawskimi, na których scenach stworzyła wiele niezapomnianych kreacji.

Zdumiewająca okazała się zdolność artystki do współpracy z twórcami wielu generacji, odnajdywania wspólnego języka z przedstawicielami rozmaitych szkół i tendencji we współczesnej sztuce teatru. Potwierdzają ten niezwykły dar Jej fascynujące role na deskach Teatru Ateneum, Teatru Narodowego, TR Warszawa i Teatru Współczesnego, tak głęboko poruszające widzów, wysoko oceniane przez wszystkich znawców teatru.

To otwarcie artystki na nowe zjawiska w teatrze wybrzmiało szczególnie silnie podczas spotkania po uroczystym wręczeniu nagrody, które odbyło się w Międzynarodowym Dniu Teatru w znanym ze swych związków ze sztuką Salonie Kapeluszy „Porthos” w Warszawie pryz ul. Marszałkowskiej, niemal vis a vis TR Warszawa. Nie bez powodu przywołuję ten adres, Danuta Szaflarska bowiem przekonywała, że najlepiej jej się pracuje z Grzegorzem Jarzyną (innym, często przywoływanym przez aktorkę mistrzem reżyserii był Kazimierz Dejmek), a o talencie, oku i uchu Doroty Masłowskiej, autorce sztuki „Między nami dobrze jest”, w której Danuta Szaflarska kreuje rolę Osowiałej Staruszki, wypowiadała się z najwyższym uznaniem. To prawdziwe krzepiący sojusz artystyczny ponad generacjami.

O dialogu między tradycją i nowością można sensownie mówić w przypadku „Tańca Delhi” [Iwan Wyrypajew, „Taniec Delhi”, tłum. Karolina Gruszka, reżyseria Iwan Wyrypajew, scenografia Margarita Ablajewa, kostiumy Katarzyna Lewińska, choreografia Leszek Bzdyl, Teatr Narodowy, scena Studio, premiera 5 marca 2010]. Choć sztuka nazywa się „Taniec Delhi”, ale nikt w niej tak naprawdę nie tańczy, choć wszyscy o tańcu rozprawiają. Taniec narodził się wówczas, kiedy młoda tancerka (gra ją Karolina Gruszka) poczuła na rynku w Delhi przejmujący rytm egzystencji, pełnej bólu i walki. Te doznania przełożyła na taniec, a jej fascynacja udzieliła się innym. Ale tak naprawdę Taniec Delhi to taniec życia i śmierci. Wszyscy tańczymy Delhi i o tym Iwan Wyrypajew opowiada, przedstawiając „siedem jednoaktówek”, jak nazywa swój cykl dramatyczny, pokazywany na scenie studyjnej Teatru Narodowego. Autor i reżyser w jednej osobie nadał tym mini spektaklom kształt na poły operowy, na poły melodramatyczny, nasycając je wschodnią powściągliwością i zdyscyplinowanym rytmem.

Aktorstwo, choć antypsychologiczne, pociąga widzów swoją dziwną siłą. Może dlatego, że jak okaże się, obcujemy z duchami, a jedynie pielęgniarka, a być może anioł śmierci (Agata Buzek) należy tu do świata żyjących. Mimo demonstracyjnego odejścia od psychologizmu Kamilla Baar potrafi zahipnotyzować widzów epizodem Olgi w ostatniej jednoaktówce – jej migocące wewnętrznym niepokojem, niemal nieobecne oczy stają się dziwną otchłanią, która nas niebezpiecznie wciąga. Po świetnym „Lipcu” w Teatrze na Woli Wyrypajew daje następny, ważny spektakl w stolicy, potwierdzając odrębność własnego języka.

Tymczasem w Teatrze na Woli bardziej tradycyjnie, czyli psychologiczno-realistycznie, ale też międzygeneracyjnie [Maciej Kowalewski, „Trzy siostrzyczki Trupki”, reż. Maciej Kowalewski, scenografia i reżyseria świateł Piotr Rybkowski, kostiumy Katarzyna Lewińska, muzyka Marek Dziedzic, choreografia Bartłomiej Ostapczuk, Teatr na Woli, premiera 12 marca 2010]. Mocny, intrygujący dramat, w którym znakomitym aktorkom starszego pokolenia (Małgorzata Rożniatowska, Ewa Szykulska, Bogusława Schubert) dotrzymują młodsi (Rafał Mohr, Magdalena Stużyńska). Dowiemy się, czym może być przemoc w rodzinie, jak wampiryczna miłość matki i ciotek i czy piekło może być w każdym mieszkaniu w bezosobowym bloku. A poza tym to premiera teatru z napisami – spektakl mogą oglądać widzowie anglojęzyczni.

Zdradzając puentę, można samemu stać się ofiarą mordu. Tym razem jednak nie ma co kryć, że w tym dramacie dojdzie do końcowej rzezi, rzecz zresztą oparta została na zdarzeniu autentycznym. Dlaczego jednak pewien wycofany młody człowiek, o autystycznym sposobie bycia, pewnego dnia zabija swoją matkę i jej dwie siostry, jest o wiele ważniejsze od faktu, że zabija. I kto tu właściwie jest ofiarą: jego matka i ciotki czy może on sam.

Między dawnymi i nowymi laty dyskurs wiedzie także Montownia na scenie Och-Teatru z pomocą Kubusia Fatalisty, wiecznie żywego [KUBUŚ FATALIUSTA I JEGO PAN Denisa Diderot, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, adaptacja Witold Zatorski, reż. Krzysztof Stelmaszyk, scenografia i kostiumy Paulina Czernek, teksty piosenek Witold Zatorski, Agnieszka Glińska, muzyka Igor Przebindowski, choreografia Weronika Pelczyńska, światło Waldemar Zatorski, producent wyk. Alicja Przerazińska, OCH-Teatr, premiera 27 marca 2010].

Jak się spotkali? Przypadkiem, jak wszyscy. Jak się zwali? Na co wam ta wiadomość? Skąd przybywali? Z najbliższego miejsca. Te przesławne zdania otwierają powiastki filozoficznej Denisa Diderota „Kubuś Fatalista i jego Pan”. Tak też się dzieje w Och-teatrze, który wystawił sceniczną wersję przygód obu bohaterów ułożonych przed laty w scenariusz przez Witolda Zatorskiego. 34 lata temu scenariusz ten stał się podstawą obleganego przez publiczność spektaklu stołecznego Teatru Dramatycznego (ze Zbigniewem Zapasiewiczem jako Kubusiem i Mieczysławem Voitem/ Andrzejem Szczepkowskim jako Panem). 20 lat temu zrealizowany przez Zapasiewicza wg tej samej wersji (1989), który grał tym razem Pana, cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem, podobnie jak późniejsza realizacja w Ateneum w nowej adaptacji (1993).

A jak będzie tym razem? Czy Kubuś ożył? Wiele przecież zależy od kontekstu – w czasach Diderota powiastka była manifestem ludowego rozumu i krytyką klasy próżniaczej, w latach 70. krytyką ówczesnych elit. A dzisiaj? Wygląda na niewinne figle, bez mała psoty erotyczne (po tym, co zaszło w teatrze ostatnich lat dziesięciu), zaprawione jednak goryczą, z jaką ukazuje nieśmiertelną głupotę (tę uniwersalną) i bezradność przywódców (tę całkiem nowego chowu), czas upadku autorytetów. Mimo tego samego scenariusza spektakl w Och-teatrze tchnie nowym językiem (muzyka, nawiązująca pastiszowo do modnych dzisiaj kierunków, otwarta przestrzeń sceniczna, humor zaprawiony błazenadą).

Siłą tego przedstawienia jest przede wszystkim stylistyka Montowni, której aktorzy nie próbują naśladować niegdysiejszych mistrzów (których nawet nie mogli widzieć na scenie). Główni bohaterowie – jakby na przekór – różnią się nawet psychofizycznie od swoich wielkich poprzedników: wysoki jak tyka Kubuś Rafała Rutkowskiego dominuje nad swoim ciamajdowatym Panem Jan Monczki (cóż to za Pan, jeśli co chwila nosi za swoim „sługą” skrzyneczkę podróżną). Aktorzy Montowni nie boją się mocnych wyrazistych środków, zresztą gra jest tu jawnie prowadzona i demaskowana – co pewien czas zdarzają się „prywatne” zachowania, abyśmy nie zapomnieli, że to gra w Kubusia i Pana, a pełne wdzięku towarzyszące bohaterom młode śpiewające aktorki (Zuza Granowska i Zuzanna Fijewska) także tylko grają. Ich clownady, kiedy Krawczuk udaje frontmana metalowej kapeli albo Wierzbicki chirurga-pijaczynę, nie pozwalają zatriumfować dętej powadze, a ich przekora, kiedy Rutkowski snuje Kubusiowe dowody prawdy, zapobiega ześlizgnięciu się przedstawienia na tory estradowych sztuczek pod publiczkę. Innymi słowy: żarty namysłem podszyte.

A skoro o żartach i uśmiechu mowa, warto zajrzeć, co się dzieje w tzw. Komercji, o której ostatnio rachitycznie, bo rachitycznie, ale dyskutowano, wyniośle łając Jacka Sieradzkiego, że się nad teatrem oglądanym, tym codziennym, komercyjnym, pochylił. Zajrzyj my więc na Scenę Prezentacje, gdzie tradycyjnie Romuald Szejd serwuje dania z kuchni francuskiej [Philippe Claudel, „Parle-moi d’amour, czyli porozmawiajmy o miłości”, tłum. Beata Geppert, reż. Romuald Szejd, scenografia Marcin Stajewski, kostiumy Ewa Zaborowska, Scena Prezentacje, premiera 6 marca 2010]. Philippe Claudel nie jest zawodowym dramaturgiem, ale prócz pisania para się reżyserią. Pewnie dlatego tak sprawnie skonstruował tę dwuosobówkę, idealną na Walentynki, Dzień Kobiet i każdy inny dzień dla zakochanych i odkochanych. Pisarz opowiada o kłopotach z uczuciem, jakie pojawiają się niepostrzeżenie w wiele lat trwającym związku, i co z nimi począć. A że robi to z poczuciem humoru, godzinny wieczór na tej komedii banalnej a prawdziwej warto spędzić z Agnieszką Wosińską i Sławomirem Grzymkowskim.

W Capitolu, pogrzebanym już ryczałtem przez recenzentów o wyższych aspiracjach duchowych, komedia z wyższej półki, sławnego Nikołaja Kolady [Nikołaj Kolada, „Gąska”, tłum. Jerzy Czech, reż. Grzegorz Chrapkiewicz, scenografia i kostiumy Dorota Banasik, reż. światła Olaf Tryzna, Teatr Capitol, premiera 29 marca 2010].

Nikołaj Kolada jest najczęściej – po Czechowie – grywanym na świecie dramaturgiem rosyjskim. W Polsce „chodzi” rzadko, ale jednak od czasu do czasu także. Porównanie z Czechowem jest na miejscu, bo podobnie jak wielki poprzednik posługuje się podtekstem, tzw. drugim planem, który jest przemilczany, ale który stanowi istotna treść jego sztuk. Centralne pytanie, które stawia Kolada, zwykle jest to samo, jak w „Gąsce”, wystawianej właśnie w stołecznym „Capitolu”: „Co zrobiłeś, człowieku, ze swoim życiem”.

Tytułowa Gaska (Maria Dejmek) to młodziutka aktoreczka, romansująca w prowincjonalnym teatrze jednocześnie z dyrektorem administracyjnym (Tomasz Dedek) i reżyserem (Cezary Morawski). Nie wiadomo, czy dla kariery, czy z innych powodów, dość na tym, że panowie tracą głowy, a ich żony, czołowa aktorka sceny Ałła (Katarzyna Figura) i zmierzchająca sława Diana (Anna Gornostaj) próbują wyegzekwować małżeńskie prawa. Nie w tym, co z tego wyniknie rzecz, ale w trafnym rozpoznaniu zakulisowego świata teatru, kompromitacji ułudy zastępującej prawdziwe życie, i marazmu, zagubionego z dala od metropolii miasteczka, imitowanego pozorami.

Wszystko to z wigorem ukazują aktorzy, wpisani przez reżysera w swoisty teatr w teatrze – przedstawienie zaczyna się od spóźnionego wejścia wykonawców, którzy przemykają się chyłkiem, boczkiem za kulisy sceny, od stawiania zastawek udających pokój, w którym mieszka Gąska, a po drodze co pewien czas ten teatralny nawias zostaje przypomniany. Udana premiera z wyższej półki. I niech ktoś sobie uważa, że w teatrze komercyjnym nie ma miejsca na sztukę. Największych sceptyków przekona scena, w której Anna Gornostaj zamawia rzeczywistość swoim perlistym śmiechem.

Gąskę podawano w ostatni poniedziałek przez Wielką Nocą, potem artyści komercyjni i niekomercyjni udali się na przedświąteczne zakupy, a niektórzy na Zjazd ZASP-u.

 

Tomasz Miłkowski

 

 

Dodaj komentarz