O Fortuna!

Nie przyszła góra do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry – tak można by określić działania kierownictwa Opery Śląskiej w Bytomiu w odniesieniu do mieszkańców Warszawy. Już po raz drugi bowiem ten teatr przywiózł do stolicy  znakomite, wielokrotnie nagradzane  widowisko Carla Orffa „Carmina burana” w reżyserii Roberta Skolmowskiego.

Ale chociaż  to już „recydywa”  tej scenicznej kantaty (pierwsze wykonanie w ub. roku w Teatrze Polskim), to okazuje się, że i tak za mało tego dobrego – sądząc po reakcji nieco zdezorientowanej publiczności wielkością i formą dzieła. Można to było wyczytać z pełnych zakłopotania chwil ciszy po wykonywanych częściach utworu. Niemniej sam tytuł jest na tyle znany, a muzyka – zwłaszcza hymnu „O fortuna” – tak popularna, że widowisko przyciągnęło liczną publiczność, wypełniającą salę po brzegi.
     Pewnym usprawiedliwieniem tego zdezorientowania publiczności na pewno jest fakt, iż kantata sceniczna „Carmina burana” – choć znana z sal filharmonicznych – nigdy nie była w formie widowiskowej wystawiana w Warszawie. A w Polsce jej realizacji podjęły się tylko   trzy teatry operowe: łódzki (polska prapremiera w 1963 r.), poznański (1987) oraz wrocławski (2001). Służyła natomiast częściej do realizacji baletowych, w czym przodowała Łódź – w 2002 r. bogate (na 20-metrowej scenie, z efektami pirotechnicznymi) widowisko quasi-baletowe w wykonaniu 30 tancerzy z opery monachijskiej  wystawiono przed Teatrem Wielkim w ramach festiwalu Dialog czterech kultur, a w 2005 r.  – na Łódzkich Spotkaniach Baletowych Szeged Contemporary Dance Company przedstawił je w pięknej choreografii Tomasa Juronicsa.
     Wcześniej, w 1990 r. z „Carmina burana” zapoznał nas teatr Gardzienice w jakże wysmakowanym, a jednocześnie artystycznie rozpasanym spektaklu wyreżyserowanym przez Włodzimierza Staniewskiego. Staniewski do muzyki Orffa i średniowiecznych pieśni z klasztoru Beuron dołączył legendę o Tristanie i Izoldzie, tworząc przedstawienie dramaturgicznie bardzo zwarte, dynamiczne, w zawrotnym tempie,pełne żaru i namiętności, przepojone ekstatyczną pieśnią, deklamacją, muzyką i cielesnością – po prostu magiczne. Kto widział owo „spotkanie wolnego ducha z pieśnią” – z pewnością ukształtował w sobie obraz „Carmina burana” na wzór stworzony przez artystów Gardzienic.
      Roberta Skolmowskiego to dzieło też fascynuje, skoro podjął się dwukrotnie jego reżyserii – raz dla Opery Dolnośląskiej w 2001 r., (wystawione w Hali Ludowej we Wrocławiu z choreografią  Henryka Konwińskiego), a drugi – dla Opery Śląskiej w Bytomiu w 2008 r.,  pod kierownictwem muzycznym Tadeusza Serafina (z choreografią Macieja Prusaka, scenografią Radosława Dębniaka i kostiumami Małgorzaty Słoniowskiej). Jakie jest to bytomskie? Przede wszystkim –  malarskie i monumentalne – ok. 200 osób na scenie! Ogromny chór (ok. 90 osób), liczna orkiestra, duży zespół baletowy, chór chłopięcy oraz tancerze Teatru Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego z Wrocławia i statyści (alpiniści, judocy, tancerze break dance). Orkiestra zajęła miejsca pod sceną, na scenie po jej bokach umieszczono chór, a środek sceny zajęły okazałe rekwizyty: m. in. 4-metrowe Koło Fortuny (z siedzącym na szczycie błaznem), wtaczane na początku i końcu widowiska przy dźwiękach hymnu „O fortuna”, czy ogromna łódź. Do stworzenia  dzieła o takim rozmachu inscenizacyjnym, reżyser użył  wszelkich możliwych elementów  widowiska: muzykę, śpiew, recytację, taniec, pantomimę, obraz, światło, kostium, rekwizyt. Wszystko ku chwale miłości! – bo choć większość z nas zna muzykę „Carmina burana”, to już ze znajomością tekstu  pieśni średniowiecznych kleryków jest gorzej.
    Utwór Orffa skomponowany w 1936 roku, złożony jest z trzech części, poprzedzonych prologiem O fortuna (Fortuna Imperatrix Mundi – Fortuna władczyni świata), mówiącym o zmienności losu człowieka. Część pierwsza, zatytułowana Wiosna (Primo verte) opiewa uroki tej pory roku i budzących się namiętności, druga – W gospodzie (In taverna) jest pochwałą  biesiadowania, miłości cielesnej, natomiast trzecia, główna część kantaty – Dwór miłości (Cour d'amours) – poświęcona afirmacji tego uczucia. Orff wykorzystał w kantacie tylko 25  tekstów pochodzących z bogatego zbioru pieśni znalezionych w benedyktyńskim klasztorze Beuron w Bawarii. Dzięki tłumaczeniu  Mariana Piechala, polski widz może się zapoznać z ich treścią i charakterem – nie tyle moralizatorskim, co frywolnym i satyrycznym.
    Kluczem do powiązania ich w całość dramaturgiczną jest w inscenizacji Skolmowskiego Stary Poeta (Jerzy Mechliński), przekazujący pałeczkę życia i twórczości w ręce Młodego (Stanisław Kuflyuk) przed którym całe życie z wszelkimi jego blaskami i cieniami. To przejście od starości do młodości jest płynne, bezkonfliktowe, ale i melancholijne. Stary Poeta też przecież korzysta jeszcze z uroków życia, ale godzi się z nieuchronnością losu, upływem czasu i tego konsekwencjami. Stary Poeta jest spokojny i pogodny – nie ma w nim niezgody na Koło Fortuny, on wie, że tak być musi. A Młody Poeta?  Spragniony bardziej miłości niż innych wabików świata przejmuje ową „lutnię po Bekwarku”, a może tylko powinności poety, nie zdając sobie z tego sprawy, że to największy skarb. Teraz skarbem dla niego największym jest dziewczyna (Agnieszka Dondajewska). Opozycja: stare i nowe nie dotyczy tylko pokoleń. To także opozycja obyczajów pokazana na przykładzie rewii mody męskiej (czytaj: próżności) w scenie uciech cielesnych w karczmie, krotochwile średniowieczne z podtekstem współczesnym. No i akcenty regionalne: dwa gruchające (żywe!) gołąbki wypuszczane przez zakochaną parę. Bardzo śląskie ( nie mówiąc już o łabędziu na łodzi niczym z makatki).
   Tym, co wywiera na widzu największe wrażenie jest jednak oprawa plastyczna dzieła – koloryt scenicznych, zamglonych niekiedy filmowo obrazów. Gra światła, wręcz cytaty z malarstwa od średniowiecza do XX wieku – akcenty Brueglowskie, Boschowskie, czy z celnika Rousseau (Teofila Ociepki?). Tej panoramie odnośników do malarstwa z kilku wieków odpowiadają kostiumy – niezwykle piękne, barwne i śmiałe. Gromada wesołków ubrana w stroje średniowiecza i ci, którzy toczą Koło Fortuny – w srebrzystych, niczym kurzem pokrytych kostiumach ze wszystkich epok – aż po wiek  XIX (aktorzy pantomimy). I wreszcie ruch sceniczny: swobodny grupy biesiadników, zalotników, pijaków, rozpustników i powściągliwy, niekiedy bolesny,wyrażający tragizm nieuchronności tych, którzy toczą losy świata, czyli owe Koło Fortuny ze śmiejącym się z publiczności błaznem.
     Nie bez powodu spektakl został wyróżniony czterema Złotymi Maskami  i nie bez powodu Opera Bytomska właśnie z nim przyjechała dwukrotnie do Warszawy, gdzie jeszcze zachowano w pamięci przedstawienia teatru staropolskiego Kazimierza Dejmka. Bo oglądając „Carmina burana” Skolmowskiego – chcąc nie chcąc – wraca się i do tamtych spektakli, które ukazały Polakom całe bogactwo epoki średniowiecza, zarówno w muzyce, pieśni, poezji, jak i rzeźbie oraz malarstwie. Czyli wiedzę zaprzeczającą obiegowym opiniom o tamtych czasach jako wiekach ciemnych.
Anna Leszkowska

Dodaj komentarz