Płatonow mnie boli

Tak mówi o sobie samym główny bohater „Sztuki bez tytułu” (wystawianej najczęściej pod tytułem „Płatonow”). Mimo że to dramat młodego Czechowa, jeszcze z usterkami dramaturgicznymi, jest w nim już cały – znany z późniejszych utworów – świat pogruchotanej rosyjskiej duszy, zawiedzionej inteligencji i zmarnowanej młodości. Bystry obserwator umiał sugestywnie odmalować prowincjonalne rozczarowanie i daremną tęsknotę za lepszym światem.

Agnieszka Glińska ten chory świat wystawia na scenie, nie uciekając się do modnych uwspółcześnień za pomocą kostiumu, komiksu albo nowoczesnej techniki. Jeśli coś modyfikuje, to konwencję – zamiast symboliczno-realistycznej rzeczywistości buduje świat teatralny, w którym charakterystyczność spotyka się z psychodramą. Sekwencja ekspozycyjna, spotkanie towarzyskie u generałowej, przypomina prezentację postaci przed kamerą: zamiast rozmawiać ze sobą, wszyscy okupują swoje krzesła i mówią przodem do widowni (niczym do kamery), prowadząc dialog z cieniem, w istocie na scenie duchem nieobecni. Ten rozbijający realistyczną sytuację zabieg sprawia, że mamy do czynienia z rodzajem prezentacji figur przed rozgrywką. Nie wiadomo tylko, kto lub co gra figurami, ale role zostają wyznaczone na początku, wiadomo, komu przypisano zadania drapieżcy, komu ofiary. Tylko Płatonow wymyka się tej jednoznacznej kwalifikacji: łowca i łup w jednej postaci. W finale sytuacja się powtarza – znowu demiurg (reżyser?, autor?, widz?) gra figurami, toczy się gra w Płatonowa, w której stawką jest jego życie.
Wszytki figury tej partii zostały starannie wyrzeźbione i zróżnicowane, każda ma wyrazisty profil, swoje własne pęknięcie, inaczej objawianą gorycz i straceńczą siłę: wysadzony z siodła pułkownik, którego kariera wojskowo roztopiła się w szklance wódki (Janusz Michałowski) czy mroczny bandyta z lasu, gotów zabić za parę groszy, ale i z sercem pełnym miłości (Andrzej Zieliński) to jedynie przykłady tej cyzelatorskiej roboty, w której główna rola przypada Płatonowowi (Borys Szyc) i jego trzem kobietom: naiwnej, głupiutkiej, ale i drapieżnej żony (Dominika Kluźniak), uduchowionej Soni z wieczną migreną (Katarzyna Dąbrowska) i straconej dla świata generałowej, próbującej wyrwać dla siebie ostatnie kęsy (Monika Krzywkowska). Jest jeszcze ta czwarta, poniżana i wykpiwana nauczycielka, panna Grekow (Monika Pikuła).
Finał przedstawienia należy do Szyca – w ostatniej scenie ukazuje podwójność istnienia bohatera, w którym realistyczny zmysł obserwacji zmaga się ze skowytem umęczonej duszy, chęć życia z pędem ku śmierci: spragniony z zaciekłością szuka szklanki z wody, siecze pełnymi ironii ripostami, a po chwili równie uporczywie próbuje palnąć sobie w łeb, raz bystry jak brzytwa, drugi raz nieobecny niczym somnambulik.
Glińska bez natręctwa opowiada historię inteligenta, któremu nie po drodze z życiem, jakie jest. Nie ma siły świata odmienić ani dość woli, aby zmienić siebie, ale żyć tak dalej nie potrafi. To rozdroże ukazane z wielką siłą emocjonalną znajduje się dziwnie blisko rozterkom współczesnej inteligencji.
Tomasz Miłkowski
Antoni Czechow, „Sztuka bez tytułu”, tłum. Adam Tarn, przekład wariantów Agnieszka Lubomira Piotrowska, opracowanie tekstu i reżyseria Agnieszka Glińska, scenografia Magdalena Maciejewska, kostiumy Agnieszka Zawadowska, muzyka Jan Duszyński, reżyseria świateł Magda Górfińska, Teatr Współczesny w Warszawie, premiera 19 grudnia 2009
Recenzja publikowana w "Przeglądzie"

Dodaj komentarz