Miłość od drugiego wejrzenia

Niektóre dzieci boją się lekarzy, inne śmieciarzy czy kierowców. Ja jako dziecko bałam się teatru. I diabła. Zaczęło się bardzo niewinnie.

Jak najdalej od tego miejsca

Był rok 1987, dyrektor lubelskiej sceny, Andrzej Rozhin wystawił „Betlejem polskie”, na które zabrali mnie rodzice. Byłam zaledwie trzyletnim brzdącem, a jedyne, co zapamiętałam, to postać Diabła. Był ogromny, miał ogon, unosił się od niego zapach smoły, mało tego, z widłami w ręku biegał między rzędami widowni i złowrogo się śmiał. Dziwnie często znajdował się tuż obok mnie. Być może było to złudzenie podyktowane strachem, być może krzyczałam i płakałam najgłośniej ze wszystkich dzieci na widowni. Próby namówienia rodziców do wyjścia z teatru w czasie przerwy spełzły na niczym. Trzeba było sztukę zobaczyć do końca. Płakałam, potwornie się bałam, ale nie miałam wyjścia. Wtedy obiecałam sobie, że nigdy, przenigdy więcej nie wrócę do tego miejsca. Nikt wtedy nie wyjaśnił mi, że to tylko przebrany aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi..., a nie prawdziwy Diabeł. Mało tego, rodzice wiedzieli jak bardzo się bałam, więc wykorzystali to, żeby wymóc na mnie posłuszeństwo. Ileż razy słyszałam „jedz, bo zadzwonimy po Diabła z teatru”, „Bądź grzeczna, bo przyjdzie diabeł”. Byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tylko ten straszny upiór nie wrócił już nigdy.

Nie mogę powiedzieć, że uciekałam od kultury, bo tańczyłam kilka lat w balecie, występowałam na kilku scenach, ale teatr był tematem tabu. Nie było mowy o spektaklach dla dzieci, w ogóle niemożliwe było przekroczenie progu tego miejsca. Kojarzyło mi się z jednym – wcieleniem najstraszniejszego wyobrażenia o Lucyferze.

Strach przełamywałam powoli dzięki wizytom w operetce lubelskiej. Powoli przyszedł czas na nieśmiałe wizyty w teatrze. Diabła nie było. Były „Damy i huzary”, na których zrozumiałam, że w tym miejscu czuję się nadzwyczaj dobrze. Jak w żadnym innym miejscu. Okazało się, że od nienawiści do miłości jest tylko jeden krok. Ta miłość wybuchła nagle, z ogromną siłą. Wystarczyło, że wchodziłam do tego budynku, a czułam, że mnie otacza. Czułam powiew historii, obecność dawnych przedstawień, aktorów. Duch teatru unosił się gdzieś nad widownią i dawał o sobie znać, gdy unosiła się kurtyna. To miejsce i zjawisko, które tak nagle odkryłam, pokochałam całym sercem – to skrzypienie desek, pył uczący się nad sceną, tę magiczną więź łączącą widzów i aktorów. Wracałam tam często, pewnie niektóry powiedzieliby, że zbyt często. Potrafiłam nie pojawić się w szkole i pójść do teatru na poranny spektakl. Byle tylko tam być, czuć to, co się działo, słyszeć aktorów, móc na nich patrzeć. Wtedy zrodziło się marzenie. I plan.

Zła decyzja

Postanowiłam związać swoje życie z teatrem, być w nim, pracować, tam się spełniać. Chciałam zostać teatrologiem. Bycie teatromanem nie wystarczało. Okazało się, że to nie jest takie proste. Okazało się, że muszę mieć zawód, konkretne studia. Okazało się, że nie takiej przyszłości chcieli dla mnie rodzice. Okazało się, że nasze wizje nie są jednakowe. Moja wizja polegała na tym, że będę szczęśliwa, że będę robić to, co kocham. Ich wizja to porządne studia (ekonomia, prawo, medycyna), porządna praca, porządny zawód. Moja wizja nie miała racji bytu, była fanaberią, chwilowym zauroczeniem, słyszałam, że wielu było takich, którzy miel marzenia, a teraz są na bruku. Słyszałam, że teatr może pozostać pasją, ciekawym rozwiązaniem w wolnym czasie. Słyszałam, że teatru nikt mi nie broni, ale dodatkowo. Byłam młoda, buntowałam się, uciekałam ze szkoły do teatru, zaczęłam pisać recenzje, teksty. Miałam uczyć się do matury z matematyki, a pod zeszytem leżały wycinki gazet, numery „Teatru”, co poniedziałek siadałam przed telewizorem, żeby obejrzeć Teatr Telewizji („muszę zobaczyć tę sztukę na polski”) Przed maturą zobaczyłam w gazecie ogłoszenie o konkursie na najlepszą recenzję teatralną, organizowanym przez Fundację Marii Bechczyc – Rudnickiej. Postanowiłam, że spróbuję wysłać recenzję „Kalkwerk” Krystiana Lupy z Teatru Telewizji. Wysłałam i zapomniałam o tym. Wiedziałam, że jestem amatorem i wiele osób wyśle o wiele lepsze teksty. Usłyszałam od swojej polonistki, „dziecko, ten konkurs ma tak wyśrubowany poziom, nie masz szans”. Pewnego dnia dostałam informację, że zajęłam w nim drugie miejsce. Tej radości nie da się opisać. Myślałam sobie „teatr odwdzięczył się za tą miłość” . Kiedy powiedziałam mamie, pierwszy raz zobaczyłam jak komuś dosłownie opadły ręce. Bynajmniej nie ze szczęścia, raczej ze strachu. Radość prysła.

Potem były znienawidzone studia ekonomiczne. Czas bez wyrazu, bez twarzy, bez uczucia. Taka była większość wykładowców, prawie wszyscy studenci. Za grosz pasji, zainteresowania. Jakby wszyscy znaleźli się na tej uczelni przypadkowo. Wiedziałam, że to był zły wybór, męczyłam się, uciekałam do teatru, a miałam spore pole do popisu, bo studiowałam w Krakowie. Czas stracony na uczelni rekompensowałam sobie wieczornymi spektaklami, pisaniem testów dla Dziennika Teatralnego i Miesięcznika Studenckiego, spotkaniami z ciekawymi ludźmi.

Skamieniali

W pamięć zapadły mi słowa Jana Szurmieja, który autoryzując wywiad powiedział „Niech cię Bóg błogosławi za to, co robisz”. Wiedziałam, że nigdy poza teatrem nie usłyszę takich słów, bo w moim zawodzie brakuje pasjonatów. Tam są ludzie, którzy pracują 8-17, przychodzą do pracy, bo muszą, wychodzą bezpłciowi, „zapakowani” w mundurki, znudzeni, brakuje im radości życia. Rzadko kiedy mają jakąś pasję, najczęstszą rozrywką jest wieczorne oglądanie seriali. Nigdy nie mają czasu, bo zawsze jest jakiś serial w telewizji. Nie spotykają się z ludźmi, bo człowiek to wróg, poza tym „nie ma czasu”. Taki typowy obrazek świata, o którym śpiewa Trzeci Wymiar w piosence „Skamieniali”:

„Ślepi i niemi bo zagubieni w beznadziei 
Zamurowani w scenerii miejskich arterii niczym w celi 
Przy czym zamiast przyczyn widzą tylko cień na ścianie 
A nie to co jest na pierwszym planie 
Panowie, panie skamieniali cali 
Sami w sobie zakłamani, popatrz na nich 
Eliminowani zanim w ogóle na nich wypadnie.

Jeżeli telewizyjny szum dla ciebie człowieku 
Jest jak vademecum 
W ręku pilot i żyjesz tą chwilą 
Bo te chwile życie ci umilą 
To jesteś jedną z miliona osób 
Które mówią, że to na życie sposób też 
A wiesz jak jest – jesteś więźniem fotela 
Zdominowała cię nie jedna telenowela 
Twój pokój to cela, odosobniony archipelag 
Ukryta kamera, ty w roli frajera, wiedz to!”

Dotykanie teatru

Wiedziałam, że muszę uciec, a jednocześnie czułam, że staję się takim samym skamieniałym człowiekiem. Szukałam ucieczki, ale czułam, że walę głową w mur. Trudno zmienić zawód kiedy dokonało się już pewnych wyborów. Ratował mnie teatr. To była odskocznia, ucieczka od rzeczywistości.

Działałam w „Dzienniku Teatralnym”, potem w „Teatraliach”, gdzie zostałam szefem okręgu lubelskiego. Współpracuję z wieloma ośrodkami teatralnymi. Czasem ośmielam się powiedzieć, że to mój drugi zawód. Czasem wstydzę się powiedzieć, że jestem księgową, mimo że to przecież taki „porządny zawód”. Ale nie mój. Kiedyś robiłam wywiad z człowiekiem, na którego zawsze patrzyłam z przymrużeniem oka. Trudna sprawa rozmawiać z kimś, kto z założenia traktuje cię z góry. Ale udało się, ja stanęłam na wysokości zadania, on też. Kiedy autoryzował mi ten wywiad przez telefon, byłam w pracy. W pewnym momencie przerwał rozmowę i zapytał, co się dzieje. Nie rozumiałam, o co mu chodzi. Powiedział „kiedy rozmawialiśmy kilka dni temu w teatrze, byłaś jakaś inna, taka weselsza, bardziej radosna.” No jasne, zapomniałam, że w pracy nakładam maskę, nie mam takiego błysku w oczach, nie ma pasji. Jest mechaniczne wypełnianie obowiązków. Od 8 do 17. On zadzwonił, kiedy byłam w masce i zapomniałam jej zdjąć. Zmieniłam zdanie o tym człowieku. Być może dlatego, że mnie zdemaskował, być może dlatego, że uświadomił mi, że ja w pracy i ja w teatrze to dwie różne osoby.

Zawsze słyszałam, że mam przed sobą całe życie, że przyjdzie czas na teatr, a pasje i zainteresowania. Że teraz jest czas na pracę. Niedawno dowiedziałam się, 34-letni chłopak ma guza mózgu. Prowadzę księgowość w firmie, której on pracuje. Nigdy go nie poznałam osobiście, a nagle stał mi się bardzo bliski. Z relacji jego współpracowników dowiadywałam się, jak umierał. On też miał całe życie przed sobą i czas na wszystko. Teoretycznie, bo praktycznie kilka dni temu zostawił rodzinę. I okazało się, że nie ma już czasu na nic. Że już nie zdąży niczego zrobić, nigdzie być, nikogo poznać. Żałuję, że nie miałam okazji powiedzieć mu, jak wiele mi uświadomił, jak wiele mu zawdzięczam. Nikt nie wie, ile ma jeszcze czasu. Nauczył mnie, że nie wolno zakładać, że będzie jakieś jutro. Czas jest tu i teraz. Nauczył mnie żyć tak, jakbym miała jutro umrzeć. I marzyć tak, jakbym miała żyć wiecznie.

Nagle zrozumiałam jak kruche i delikatne jest ludzkie życie. Zupełnie jakbym wyszła z gry komputerowej, dotarło do mnie, że życie jest tylko jedno i tylko ode mnie zależy, czy wykorzystam je w pełni, czy je zmarnuję. I za to mu dziękuję. Z całego serca.

Ewelina Drela

Dodaj komentarz