Teatr w dobie wyprzedaży wartości

Jakie było pierwsze Spotkanie Teatrów Narodowych w Warszawie.

Jest wiele wskazówek, że jesteśmy wspólnotą: pamięć, podobne marzenia, wspólne lektury, razem oglądane spektakle. I sale pełne widzów spontanicznie poszukujących teatru.

I trzeba docenić pracę Jana Englerta, by ta wspólnota znalazła swój dom w Narodowym. Pod jego kierunkiem to scena klasyki nieustająco powtarzanej i odnawianej. Niekiedy z rebelianckim gestem. Ale to właśnie w powtórzeniu, przypominając dawnych poetów, wracamy do pierwszych słów, do miejsc, z których pochodzimy. Poprzez różnicę zdajemy relację, jacy dziś jesteśmy i co się z nami stało. Teatr dzisiejszy

Żyje dla wspólnoty.

Odczuliśmy to podczas Spotkania Teatrów Narodowych, że tworzymy rodzinę na przekór czasom zgiełkliwym, wypełnionym marketingową papką i bylejakością. To wspólnota ludzi wybranych przez piękne książki i mądre słowa. I miało się wrażenie, że nieśmiertelni poeci czują się dobrze w wyjątkowej przestrzeni festiwalu wyłączonej z życia takiego, jakim go znamy. Mogą mówić o tym, co naprawdę ważne.
Są takie utwory, które na nas czekają. Zaglądamy do środka i zaczynamy wędrówkę korytarzami parabol. Podążamy za bułgarskim „Don Juanem” [na zdjęciu] w przypowieści, która już w czasach Moliera była bajką. Więc oglądamy teatralną bajkę o ścierających się pierwiastkach dobra i zła. Dejan Donkow pod peleryną z wyhaftowanymi inicjałami DJ kryje wiedzę o dzisiejszym życiu. I szybko zdobywa sympatię widowni. To ułatwia utożsamienie się z postacią, z jej postępkami, z jej szaleństwem. I bardzo parzy ta nowoczesność zmierzająca drogą, jaką szli wszyscy ludzie niegodziwi.
Pomimo aluzji do naszej kultury reżyser Aleksander Morfow nie deformuje ducha tekstu. Ufa Molierowi, który całą swoją wiedzę na temat nieba i piekła wyraził w teatrze. Więc wszystko jest teatrem. Nagrobek Komandora z cudownie ruchomymi, jak to w teatrze, rzeźbami. Wydrwiony Don Luis zagrany tak, jakby był cytatem z zamierzchłej szkoły molierowskich typów. Zbiorowa pantomima podwodna, wierzymy, że okręt tonie, że na morzu jest burza. Wlatują papierowe ptaki na patyku, ach, to wiejskie kobiety jak chmara ptaków oblegają DJ. I tylko teatr mógł połączyć folklor bułgarski z urokiem filmów Felliniego, a Karolce przydać słodycz i naiwność Giulietty Massiny. Iluzyjnie oświetlone drzewa są świadkiem wielkiej zbrodni. A oto duch Komandora zaklęty w rzeźbie nagrobnej idzie lekkim, tanecznym krokiem. Spektakl nie stawia dydaktycznej kropki. Bohaterowie i widzowie, wszyscy mamy wybór. DJ wyzywająco, pewien swojej filozofii życiowej zmierza w kierunku ducha. I wtedy z góry spada piasek. To teatr ukarał całe zło świata na scenie i w naszych duszach.
Inną drogą prowadzi nas Silviu Purcrete, byśmy zrozumieli, jak głębokim pisarzem jest jego ukochany Szekspir. „Wieczór trzech króli” osadza scenograficznie w starej bibliotece, którą wynalazł na wyprzedaży. Reżyser odsyła nas do toposu księgi. Szekspir jest jak księga życia. Otwieramy ją i zaglądamyw głąb własnej duszy.
Tak trzeba czytać Szekspira, jeśli ma on być wspólnikiem współczesności. Jeśli mamy przejść próbę miłości i próbę cierpienia wraz z bohaterami mówiącymi po rumuńsku te same kwestie, jakie recytują artyści od czterystu lat we wszystkich europejskich językach.
Za wielkimi szklanymi szybami biblioteki ozdobionej kolekcją krasnali mieszka magiczny świat. Rzecz dzieje się w Ilirii, czyli w Rumunii, czyli wszędzie. Tekstem Szekspira Purcrete z gorzką ironią rozmyśla o całym pokoleniu. Akcentuje w kompozycji obrazu, aktorskiego gestu i kostiumu różne style lalkowe i błazeńskie. Tobiasz Czkawka – Ilie Gheorghe, Andrzej Chudogęba – Nicolae Poghirc, Malvolio – Constantin Cicort, Feste – Valentin Mihali łączą błazeńskie motywy z dzisiejszą epoką. W Orsyno, księciu Ilirii, rozpoznajemy krasnala, w hrabinie Oliwii – marionetkę. To opowieść o nieustającej komedii życia rozpisanej na żeńskie i męskie role. I gdy na końcu przedstawienia reżyser wyczarowuje deszcz, za szklanymi szybami, po których płyną wielkie krople, widzimy taniec ludzkich marionetek. To teatr, który nas wzruszył, dał próbę miłości i próbę cierpienia, wylał łzę nad tymi, co nie znajdują szczęścia na ziemi.
Z jakich tajemniczych archetypów przybywa do nas sztuka „Kobieta diabeł”? Autorem obyczajowego dramatu namiętności w alpejskiej wsi jest Karl Schoenherr. Na scenę wrzucono bale surowego drzewa. Reżyser Martin Kušej zamiast bogatej dekoracji proponuje funkcjonalną sugestię. Drzewo zamiast lasu. Zamiast domu, gdzie toczy się akcja. To także znak natury, do której należy człowiek. Doskonale współgra z tematem przedstawienia. Na pokrytych korą balach aktorzy rozgrywają odwieczny taniec miłości i śmierci. I tak jak proste jest drzewo, tak wszystko pokazane zostałoz maksymalną prostotą.
Rywalizacja pomiędzy przemytnikiem (Werner Woelbern) i celnikiem (Nicholas Ofczarek) wyzwala ukryte siły w żonie przemytnika. Birgit Minichmayr stopniowo uwalnia żywioły, pokazuje, jak jej bohaterka poddaje się władzy instynktu, jak kusi celnika, jak manipuluje obu mężczyznami. Z prostej tyrolskiej dziewczyny staje się następczynią Herodiady, Salome, Lulu. Ucieleśnieniem pierwotnych mocy. Sama niesamowitość owłada nią w orgiastycznej scenie, gdy wylewa na siebie szampana z butelki, tańczy jak suka i prowokuje mężczyzn do mordu. Potem ucieka, mocno przywierając bosymi stopami niczym zwierzę do kory. Ciągle słyszymy uderzenia stóp na drzewie niczym rytm opowieści, która nie chce mieć końca. To teatr przywołał mit o walce płci, przypomniał obecność natury w ludzkim losie.
Z Mediolanu przyjechał sam uśmiech, samo słońce, czyli Goldoni. W Piccolo Teatro widać kontynuację założeń Giorgia Strehlera, szacunek dla klasyki, która choć stale obecna, jest dla nas ciągle nowa. U Toni Servillo „Trylogia letniskowa” to teatralizacja teatru, prawdziwe wyrafinowanie w stylizacji, a przy tym wigor klasycznego gestu, cudowne miniaturki postaci precyzyjnie rzeźbione w indywidualnym materiale aktorskim, jakieś muzyczne rozpisanie dykcji, malarskie komponowanie scen. I radość życia, które jest teatrem.
Współczesne spojrzenie Toni Servillo ubogaca konwencjonalność konwencji. Reżyser uruchamia stary aparat komediowy, by nas od nowa rozbawić. Bywa, że jest to śmiech przez łzy. W tej słonecznej Arkadii ludzie grają komedię samooszukiwania się, kłamią, wykorzystują jedni drugich. Aktorzy obdarzają bohaterów życzliwą ironią, niekiedy nie kryją złośliwości, jak para Betti Pedrazzi i Toni Servillo odsłaniająca głupotę Sabiny i cynizm Ferdinanda, uczą też swoje postaci cierpienia, jak Anna Della Rosa Giacintę. Wszyscy, choć wyjęci z minionej epoki, są ponadczasowi, bo te barwne typy są przecież własnością włoskiej kultury. Ale najważniejsze, że pod kostiumami biją żywe serca. Tam mieszka Goldoni i ponad epokami daje nam lekcję humanizmu.
Nowoczesność na usługach tradycji to petersburski „Ożenek”. Wydawałoby się, że głównym tematem przedstawienia będzie kochana przez widzów anegdota osadzona w efektownej scenografii. Aleksandr Borowski wymyślił obrotową ścianę, jej ruch przemienia mieszkanie skromnego urzędniczyny w lodowisko jako miejsce spotkań towarzyskich, tu rozgrywa się komiczna rewia małżeńska na łyżwach zakończona ucieczką pana młodego.
Ale reżyser nie redukuje inscenizacji do obyczajowej opowiastki. Na początku widzimy wylegującego się w barłogu Podkolesina. Nad łóżkiem okno, przez które włażą służba i goście. Najpierw Stiepan i swatka – Iwan Parszyn i Maria Kuzniecowa są jakby wyjęci z obrazu Breugla. Okno w przebiegu całego spektaklu wypełnia się kolejnymi twarzami. Tak powstaje rosyjski portret grupowy uformowany z postaci dobrze znanych. Wymyślił je Gogol tworząc satyryczny portret literacki swego pokolenia.
Walerij Fokin portret zmienia w teatr, a teatr w portret. Społeczne podteksty sytuacji przykrywa ironicznym żartem z nutką rosyjskiej fantazji. Rewia na lodowisku to targowisko próżności. Przegląd niezapomnianych figur.
Urzędniczyna nieudacznik Igora Wołkowa, dźwigany na ludzkich barkach pyszny kupiec Arkadija Wołgina w lisach, cylindrze, z cygarem, Paweł Jurinow dumnie przedstawia się Jajecznica i sprawdza stan drewnianych ścian, Walentin Zacharow odkrywa samotność i cierpienie Żewakina. Siedzą na ławie, żaden nie chce zwolnić miejsca dla rywala, obok kaleki marynarz na platformie z rolkami. Siedząc zaczynają przebierać łyżwami, obok Żewakin zapycha rękami. Wszyscy suną, no właśnie, całą ławą na Agafię. Serdeczna kpina dosięga szczytu, gdy rozmarzona Julia Marzenko usiłuje skleić z poznanych panów ideał przyszłego oblubieńca. Wokół niej, jako projekcja romantycznych dumań, płyną na łyżwach zalotnicy. Sportowa żywiołowość prześmiesznie kontrastuje z obnażoną prawdą męskich ciał w slipach.
Postaci niekiedy pozują jak do portretu, podświetla się twarz, albo stawia bohatera na cokole. Śmiejemy się i chcąc nie chcąc w tych odmiennych fizjognomiach widzimy siebie. Na tym polega nowoczesność Gogola, że pochwycił nasze cechy i opisał je na wieczność. Spektakl kończy zbiorowy portret z wydrwioną panną młodą w otoczeniu głupkowatych min domowników. Portret o rysunku holenderskim, wyrazistym, tak naturalistyczny, że aż groteskowy. To teatr odzwierciedlił naszą twarz. Rozpoznajemy się w figurze Don Juana, Malwolia, Ferdinanda, Podkolesina. Ich stała obecność w naszym życiu jest tajemnicą. W zmiennym czasie, kiedy wszystko się nas zapiera, oni zawsze czekają. Molier, Szekspir, Goldoni, Gogol. Wystarczy pójść do teatru i zacząć wędrówkę korytarzami parabol.

Barbara Hirsz

Trybuna – Aneks online/04.12

Dodaj komentarz