Portret aktora możliwego…

Grażyna Barszczewska, Bogdan Ciosek, Wojciech Pszoniak, Andrzej Seweryn, Henryk Talar, Krzysztof Wakuliński, Zbigniew Zapasiewicz… Stara kadra dobrych… Wykorzystując wiele spisanych z nimi przez lata rozmów, stworzyłam portret aktora, jakiego sami są autorami…

Co znaczy dzisiaj być aktorem?

To namacalne odczuwanie sekund, godzin, dni w oczekiwaniu na godną propozycję. Godną, bo w większości przypadków, to, co się otrzymuje jest namiastką pragnień. Aktor, jeśli zrezygnuje z pragnień artystycznych, szybko topi swoje ambicje w dostatku materialnym (seriale), we wszechogarniającym odczuciu, że u cioci na imieninach, w teatrze, filmie, padają identyczne słowa i gesty, a rechot ma ten sam, stały ton.

Czyli aktorem może być każdy? Tak może się stać?

To już się stało. I nie chodzi o to, że nastąpiła zmiana pokoleniowa, że zmienił się mecenat. Potulnie pogodziliśmy się z tym, że decydent, czyli ten, który daje pieniądze, zażyczył sobie, żebyśmy też zaakceptowali, że najważniejsze są pieniądze. Niestety wielkiej różnicy nie ma, czy pieniądze dotyczą filmu, telewizji,czy murarskiego biznesu. I tak, jak w każdym biznesie (jakby nie było artystycznym) atutem decydującym staje się dostępność. A więc, im więcej chętnych, tym lepiej. Im więcej „kurw”, tym większa frekwencja i oglądalność. Towar lepiej się sprzedaje. W teren ruszają „artyści – szkodnicy” ze swoimi „artystycznymi” sztancami. Wartościowy odbiorca nie jest już partnerem ani adresatem. Odchodzi.

Z braku wiedzy, potrzeby i umiejętności (po obu stronach sceny i widowni) robi się dziś zaletę – w takiej rzeczywistości aktorem rzeczywiście może być każdy. Za niechlubnej działalności komuny, teatr był miejscem spotkań w sprawie. Wyższa sztuka.

Czyżby komuna sprzyjała teatrowi, sprzyjała „wyższej sztuce”?

Paradoksalnie tak. Nieboszczka komuna prowokowała do porozumienia i kontaktu artystów z tą wartościową częścią społeczeństwa. Którzy potrzebują teatru, żeby posłuchać i wysłuchać, nie tylko oglądać bez intelektualnego i emocjonalnego uczestnictwa.

Byliśmy bliżsi Szekspira i Dostojewskiego, prawdziwego. Nie tych, którzy są podpisani „według”.

Być może jest to kwestia tęsknoty za młodością, ale wówczas warto było być aktorem.

…cóż, pokolenia przechodzą… Następcy chcą i muszą być inni…

Wymiana pokoleń to rzecz oczywista.

Ale wychodząc z założenia, że aktorstwo to zawód o nie mniejszej odpowiedzialności niż stolarz czy lekarz, pytam, czy oddałaby pani swoje dziecko pod opiekę pediatry po dwuletnim kursie?

Obśmiany zostałem, upominając się o myślową i techniczną precyzję wypowiadanego tekstu, przynajmniej wśród absolwentów wyższej uczelni. Żeby i w ostatnim rzędzie było słychać, co aktor mówi. Już nie wspominając, o czym mów.

Może osobowość jest ważniejsza od dykcji?

A może by tak pogodzić, spiąć jedno z drugim!

Mam podejrzenie, że podczas piwnego spotkania grupa „prawdziwych” artystów doszła do wniosku, że stary teatr jest już za stary i należałoby go zburzyć. Teren zapluć i na tym (żeby nie na gruzach) zbudować coś…

Zawsze tak się dzieje. Coś się kończy, coś zaczyna. Cóż w tym złego?

A to, że chcąc coś zbudować (wartościowego myślę) nie wystarczy być młodym, nie wystarczy pokrzyczeć i potupać nogami. To za mało „huzia na wuja”. Nie wystarczy wola pięciu niedoszłych aktorów, dziś głośnych zawodowych krytyków, orędowników i wielbicieli tego burzenia.

A zresztą, o jakim burzeniu my mówimy! To bez – dojrzałe, bez – odpowiedzialne próby obszczania przeszłości. Na razie pachnie, tylko jak?

To znaczy, że krytycy są prowodyrami burzącymi teatr?

Oczywiście. Tak. Od czasu, kiedy w szkołach teatralnych zaczęto hodować teoretyków teatru (albo dostanę się na wydział aktorski albo na teorię), poczuli się oni jak ukryci rewolucjoniści. Czekali na moment przesilenia i ogłosili, że wyczuli gnój na schodach teatru. Pociągnęli za sobą najmłodsze pokolenie aktorów i reżyserów – tych, którym dobrze by zrobiło, jeszcze trochę poćwiczyć.

Ale oni ogłosili, że nie zależy im na tym, żeby być wysłuchanym. Oni chcą, żeby ich słuchać! A widz, który po obejrzeniu spektaklu jednego z tej dziesiątki, z niezgody wygwizduje amatorszczyznę, przez krytyka rewolucji nazwany jest „zmurszałym pierdzielem”.

Trochę szacunku. Panowie krytycy. Panowie artyści. Szacunku dla przeszłości. Pamiętajcie, „psy szczekają”, a karawana, to nie karawan, jak wam się zdaje.

A może tam nie chodzi o sztukę! A może chodzi o ludzi? Kiedy nie będzie już ludzi podobnych Łomnickim, Holoubkom, Zapasiewiczom, Jarockim, Swinarskim, będzie po naszemu. Kompas przestanie działać, wszelkie ruchy dozwolone.

To przepowiednia szykującej się lawiny.

Ta lawina już się przetoczyła. Tak naprawdę nie była to lawina. Raczej kilku prawdziwych mężczyzn z wierzchołka swojej górki robiło zawody w siusianiu.

Oceniający stale zmieniają zasady – obecnie według zapachu.

Jakie są argumenty, żebym uwierzyła, że to, co robicie Wy Artyści jest „wartościową sztuką”, a to, co robi grupa dziecięciu młodych zdolnych jest „Bełkotem”?

Mówiąc o bełkocie, miałem na myśli Jonasza Koftę: „beł – kot, nie ma – kota”. Argumenty? Za trzecim razem dostałem się do szkoły aktorskiej (dzisiaj jest to Akademia), wcześniej portier w teatrze i dwa lata wojska. Nie wybito mi z serca i głowy marzenia.

Wiem, że same starania, to żaden argument, ale zrobić z tych marzeń trampolinę. Szkoła aktorska to trampolina do dalszych starań.

Z zapaleńcami w Puławach i Słupska, nie opluwając nikogo robiliśmy coś od siebie i dla siebie.

Podglądając czołówkę artystów, lata siedziałem na ławce najlepszego teatru w Polsce.

Miałem szczęście zagrać u najwybitniejszych reżyserów w towarzystwie wielkich aktorów wcale nie małe role…

Zazdrościłem, ale nigdy nikogo nie opluwałem, nie kopałem.

Też mieliśmy liderów, ale wówczas aby zostać reżyserem czy krytykiem, trzeba było mieć za sobą już jakieś inne studia.

Kiedy przyszło mi zagrać w filmie francuskim (dzisiaj znam dobrze ten język), na rok wycofałem się z aktorskiego działania, ucząc się języka…

A dzisiaj? Pytam młodą utalentowaną aktorkę o ciągłość jej roli. „Otrzymałam tylko moją scenę” – odpowiada.

Zawodowiec musi znać cały scenariusz, bez względu na wielkość roli…

…no i wiem, że jestem znacznie głupszy, niż postacie, które przyszło mi grać.

A najważniejszym argumentem jest to, że wiem, kiedy wejść na scenę prawą, a kiedy lewą nogą.

Nie rozumiem…

Nie tylko pani tego nie rozumie. Teatralni burzyciele też tego nie rozumieją. To, że niezrozumienie, czy niezgoda na coś może być budująca, udowodnili między innymi Wojciech Natanson czy Jan Kot. Po burzycielu Jaszczu pozostała rymowanka: „Tu leży Jaszcz, przechodniu… klaszcz.”

Zuzanna Talar

Dodaj komentarz