CZAS SIĘ ROZSTAĆ

Rozmowa z Jerzym Zaleskim, dyrektorem naczelnym Teatru Polskiego w Warszawie.

Pracuje Pan w Teatrze Polskim od wielu lat, od wielu też lat jest Pan dyrektorem naczelnym tego teatru. Teraz się Pan z nim rozstaje. To chyba niełatwa decyzja?

Kiedyś jednak trzeba ją podjąć, niekoniecznie z braku sił i witalności. Ja i tak jestem dłużej niż zamierzałem. Przyszedłem do pracy w Teatrze Polskim w 1958 roku. Jestem z zawodu inżynierem elektrykiem, po Politechnice Warszawskiej. Pracę w Teatrze Polskim naraił mi znajomy mojego ojca, p. Tadeusz Bronikowski, również inżynier, który zajmował się m.in. budową Teatru Wielkiego.  Tata nie był zachwycony, bo kto pracuje w teatrze! To niepoważna praca. Idź może do elektrowni, do biura projektowego – mówił. Zdecydowałem się jednak na teatr, do czego zachęcał mnie też wtedy Zdzisław Mrożewski – przyjaciel rodziny. Nigdy tej decyzji nie żałowałem.
W tym czasie teatr sprowadził z Anglii pierwszą nastawnię opartą na filozofii komputerowej. Był to układ na przekaźnikach, ale jednak automatyka. Można już było zrobić na nich układy pamiętające, sceny świetlne itp. Polubiłem tę pracę, zaczęła mnie coraz bardziej wciągać. Potem poznałem p. prof. Otto Axera, p. Teresę Roszkowską, którzy namówili mnie do zajęcia się także światłem. Zacząłem asystować im przy ustawianiu świateł, słuchałem wyjaśnień, dlaczego tak, a nie inaczej, dlaczego takim kolorem itp. W Muzeum Narodowym powstało właśnie Studium Kultury Materialnej. Skończyłem je i w teatrze pracowałem jako główny oświetleniowiec. Współpracowałem w tej dziedzinie także z reżyserami spoza naszego teatru, m.in. z Aleksandrem Bardinim, Bohdanem Korzeniowskim, z całą plejadą twórców. Dobierano mnie także do ekipy robiącej światła do sztuk w Teatrze Współczesnym, w Teatrze Syrena. Gdy Teatr Polski objął August Kowalczyk, kontakty zawodowe z innymi teatrami musiałem znacznie ograniczyć, gdyż w moim macierzystym teatrze premiera goniła premierę. W tym też czasie otrzymałem, po uznaniu przez Komisję przy Ministerstwie Kultury mojej pracy oświetleniowej za działalność artystyczną, tytuł reżysera światła. W Polsce było wtedy tylko dwóch ludzi z takim tytułami: śp. mgr inż. Stefan Brzozowski z Teatru Wielkiego i ja.  Tak funkcjonowałem do czasów, gdy dyrektorem artystycznym Teatru Polskiego został Kazimierz Dejmek. On przyjrzał się temu, co robię i powiedział (z właściwą sobie prześmiewczą zrzędliwością): „światła i światła, a mnie jesteś potrzebny jako dyrektor. Koniec”.  No i zostałem dyrektorem ds. technicznych. Dejmek zaczął duże remonty teatru i potrzebował kogoś, kto dobrze znał teatr i jego zaplecze techniczne. Dla mnie było to nowe wyzwanie.

Jaki remont był najpoważniejszy?

Nad częścią, którą wybudował Arnold Szyfman w 1949 roku. Był tam magazyn dekoracji, budynek dotykał ulicy Sewerynów. Zrobiliśmy nadbudówkę, w której mieści się do dziś montownia dekoracji i pracownie techniczne. Myśleliśmy poważnie o budowie Sceny Kameralnej i staraliśmy się, żeby zrobiono jej plany. Pierwsze projekty budowy tej sceny powstały jeszcze za czasów dyr. Arnolda Szyfmana w latach 1954 – 55. Niestety ani wtedy, ani na początku lat 60. Nie był to dobry okres na budowę czy rozbudowę i dyrektor Szyfman uzyskał prawo i finanse jedynie na modernizację teatru.

Następna okazja to były lata siedemdziesiąte?

Tak. Projekt został zrobiony przez prof. Bohdana Gniewiewskiego. Wydawało się, że będzie pięknie, ale projekt został zakończony w 1979 roku, a rok 1980 absolutnie nie sprzyjał przyznaniu funduszów na jego realizację. Wykorzystaliśmy ten okres, dzięki pomocy Wydziału Kultury, na to, by nadbudować nad magazynem nową pracownię stolarską, modelatorską oraz montownię dekoracji. To był duży krok naprzód. I stopniowo podsunęliśmy się pod ulicę Sewerynów. Wszystko było tak przygotowane, że jak tylko nastąpi ta odpowiednia na rozpoczęcie rozbudowy teatru chwila, to podskoczymy kawałek dalej i projekt prof. Gniewiewskiego zrealizujemy.

I właśnie obecnie po 64 latach zmagań taki moment nastąpił. Jest Scena Kameralna. Nowoczesna…

Tak. Przymiarki do tej budowy zaczęły się w roku 1994 – 1995, w 1994 wojewoda warszawski powziął decyzje o oddaniu teatrowi w użytkowanie wieczyste działek które go otaczały. Minister Skarbu wydał zgodę, by jedną z działek oddać w zamian za wybudowanie  w stanie surowym Sceny Kameralnej. Taka transakcja barterowa. Zaproponowano nam również dalszą transakcję: jeżeli oddamy także działkę na Dynasach, to wybudują nam cały teatr. Biuro Architektury i Urbanistyki „Baus” opracowało koncepcję teatru, która stała się podstawą do późniejszych rozmów. Po wydzieleniu działki 1600 m 2 Spółdzielnia PAX podpisała z nami umowę na transakcję.  Ale jakiś pech nas prześladował! W 1998 roku podpisaliśmy umowę, gdy okazało się, że PAX przeinwestował swoje możliwości finansowe i sprawa znowu utknęła. Jedynym wyjściem było znalezienie kontrahenta, który przejąłby zobowiązania PAX-u w stosunku do teatru. Znaleźliśmy – przejęła je Spółdzielnia Dembud, w czym bardzo pomocny był prezes Spółdzielni, p. Witold Romanowski. Na tyłach zabytkowego gmachu Teatru Polskiego, u zbiegu ulic Sewerynów i Oboźnej Spółdzielnia wybudowała nowoczesny apartamentowiec, a nam Scenę Kameralną w stanie surowym. Dembud zatrudnił nowego architekta – Wojciecha Szymborskiego. Poprzedniego spłacił Pax. Szymborski zaprojektował zarówno apartamentowiec, jak i Scenę Kameralną. I rozpoczęły się niełatwe prace, gdyż Teatr Polski stoi na skarpie. Trzeba więc było ją odpowiednio zabezpieczyć przed ewentualnym obsuwaniem się, zwłaszcza że przypadek z obsuwaniem się skarpy już się wydarzył przy budowie kina „Moskwa”. Doprowadzenie do zakończenia budowy w stanie surowym doszło w 2006 roku. Szybkość działania i w ogóle możliwość wybudowania Sceny Kameralnej w dużej mierze zawdzięczamy p. Marszałkowi Adamowi Struzikowi, który zapewnił nam fundusze na dalszą budowę. Staraliśmy się dotrzymać terminu i to z lekkim poślizgiem się udało. W listopadzie Scena Kameralna Teatru Polskiego ruszyła. Pierwsze uderzenie to trzy premiery w jednym miesiącu: 7 listopada – na otwarcie – „Szewcy” Witkacego w reżyserii Macieja Prusa, potem „Kraina kłamczuchów” Macieja Wojtyszki (19.XI.2009)w reżyserii autora oraz „Dżuma” A. Camusa w adaptacji i reżyserii Marty Ogrodzińskiej (28.XI.2009). 

To, co Pan rozpoczął, wiele lat temu doprowadził Pan do końca i czas odejść?

Na to wygląda. Starczy. Widać, nadszedł czas, aby rozstać się z teatrem. Najgorsze, oczywiście, są sprawy finansowe, zapewnienie dyrektorowi artystycznemu możliwości realizacji pomysłów i zamierzeń. Dziś spektakl musi na siebie zarabiać. Zapełnić 700 miejsc na widowni nie jest łatwo. Publiczność nas chyba lubi, bo 60% (średnia)widowni mamy zapełnione. Jak na teatr dramatyczny tej wielkości w porównaniu z tego rodzaju teatrami na Zachodzie, to jest niezły wynik.

Ogromna tradycja teatru jest bagażem wspaniałym, ale też zobowiązującym i chyba niekiedy nieco uciążliwym?

Zobowiązującym przede wszystkim. Nie można sobie pozwalać na obniżenie lotów, a wiadomo, że nie zawsze się wszystko udaje. W tym teatrze grały największe gwiazdy polskiej sceny, reżyserowali najwybitniejsi reżyserzy i inscenizatorzy, nie mówiąc o wspaniałych scenografach, kostiumologach, choreografach. Tą przeszłością ten teatr stale oddycha, ona jest w nim obecna.

Pan będzie mógł już teraz pójść na przedstawienie bez emocji i stresów?

Zasiądę sobie spokojnie na widowni jako widz. To nieznane mi na razie doznania w tym teatrze. Siądę sobie i obejrzę spektakl jak każdy z ludzi. Bez żadnych niepokojów, odpowiedzialności itp. Absolutny komfort! No może trochę nostalgii.

Gdy przyszedł Pan do tego teatru jako bardzo młody człowiek, to kontakty z tak wielkimi artystami chyba były nieco deprymujące?

Czułem onieśmielenie, to oczywiste. Ale te kontakty to jest rzecz nie do przecenienia! To kawał najpiękniejszych spotkań w moim życiu. Z niektórymi z tych wielkich zaprzyjaźniłem się, np. ze Stanisławem Jasiukiewiczem, z wieloma pozostaję w świetnych kontaktach. Nie potrafię ocenić, jaki wpływ na to, jakim człowiekiem jestem dzisiaj, wywarli ci ludzie, ale nie sądzę, bym bez nich był taki, jaki jestem. Wiele dzięki nim się nauczyłem. Mogę spokojnie dyskutować z artystami o teatrze, inscenizacjach. Mogę powiedzieć, że wiem o teatrze dużo, że znam jego „bebechy”, jak mało kto i jednak nie zgubiłem w tym świecie ułudy swoich inżynierskich umiejętności.

To chyba nie było takie łatwe?

No, w teatrze, mając tak bliskie kontakty z ludźmi sztuki, o tak różnych osobowościach łatwo jest się gdzieś zagubić. Ale tu był ten kontakt bliski, który zawsze też uświadamiał mi, jak wielką odpowiedzialność ponoszę za przedstawienie, a jako dyrektor naczelny także za ludzi w tym teatrze. Na moich oczach dokonał się wielki przełom techniczny. Bardzo mnie cieszy, że mogłem tego wszystkiego, co nowoczesne w dzisiejszym teatrze dotknąć, że mogłem to poznać i wykorzystać. Z nieskromnym poczuciem dumy przekazuję scenę Kameralną miłośnikom teatru.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz