Muzyka na poprawę ustroju, czy historia przeterminowana?

O spektaklu „Rock’n’roll” w Teatrze im. J. Osterwy w Lublinie

Trudno znaleźć coś, co dezaktualizowałoby się szybciej niż współczesność. Za przykład potwierdzający tę tezę może służyć lubelska inscenizacja „Rock’n’rolla” Toma Stopparda. Akcja sztuki rozpoczyna się w roku 1968 wraz z wkroczeniem wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji i rozwija w rytm płynących z głośników komunikatów o kolejnych dziejowych zwrotach oraz historycznych wydarzeniach: powstawaniu politycznej opozycji, ogłoszeniu Karty 77, Pierestrojce, a w końcu – o upadku muru berlińskiego.
 Gdzieś poza teatrem wielkiej polityki toczy się życie zwykłych ludzi przeżywających swoje sukcesy i tragedie, dokonujących wyborów, próbujących odnaleźć własne miejsce w kalejdoskopowo zmiennej rzeczywistości. Są wśród nich osobowości tak różne jak zafascynowany komunizmem wykładowca uniwersytecki Max, jego mądra, silna, a przecież tak bezbronna w walce z nieuleczalną chorobą, żona Eleanor, egzaltowana Esme, czy zafascynowany zachodnią muzyką Jan. A także Rock’n’roll, symbol buntu wobec reżimu oraz narzędzie walki o prawo do indywidualności. W utworze Stopparda urasta on do rangi równorzędnego bohatera, a piosenki Pink Floyd, The Beatles lub The Plastic People of the Universe stanowią przeciwwagę wobec historycznej machiny, w której tryby wplecione są losy poszczególnych postaci. W lubelskim spektaklu nieco brakuje tego kontrastu. Krzysztof Babicki zrobił sztukę spokojną, wyważoną, w której zderzenie „starego” z „nowym” wygrywane jest jedynie na półtonach. Nieodległe czasowo wydarzenia blakną, szarzeją i tracą na ostrości, stając się tylko fragmentami starej kroniki radiowej. Można by to uznać za usprawiedliwiony chwyt interpretacyjny, gdyby na tle celowo „przeterminowanej” historii tym jaskrawiej, wyraziściej oraz bardziej ponadczasowo rozkwitała uniwersalność „Rock’n’rolla”, muzyki ogniskującej w sobie pragnienie wolności, które przeciwstawiło zastanemu światu młode pokolenie. Tak się jednak nie stało. Puszczane z taśmy melodie – nie przeszkadzają aktorom. Niektórym widzom mogą natomiast przeszkadzać jeżdżące po scenie platformy, na których wwożeni są bohaterowie kolejnych epizodów. Ten nieumotywowany fabułą zabieg, zamiast dynamizować spektakl, paradoksalnie pogłębia wrażenie statyczności.
 O wiele lepiej niż uciekająca scenografia przysłużyło  się lubelskiemu „Rock’n’rollowi” niezłe aktorstwo. Szczególnie wyróżniające się kreacje stworzyli Jolanta Rychłowska jako Eleanor (aktorka grała też starszą Esme) oraz Andrzej Golejewski w roli Maxa. Na uwagę zasługuje też uwodzicielka Lenka (Monika Babicka), która w sposób niezwykle sugestywny i niepozbawiony finezji, odtwarza „scenę kuszenia” Maxa przez świadomą swych naturalnych atutów doktorantkę filologii klasycznej. Rychłowskiej z kolei udało się sportretować kobietę dojrzałą i bezkompromisową w dążeniu do szczęścia, a jednocześnie kruchą, zagubioną w obliczu samotności. W zestawieniu z nią Max wydaje się jeszcze bardziej życiowo nieporadny, oderwany od rzeczywistości, naiwny w swej bezkrytycznej wierze w zbawienną moc komunizmu. Para ta, plus, wspominana już, drugoplanowa postać Lenki, przyćmiewa nieco bezbarwnego Jana (Szymon Sędrowski) i sprawia, że wyreżyserowanemu przez Babickiego przedstawieniu udało się z konfrontacji ze sztuką Stopparda wyjść obronną ręką. Tym zaś, co wywołuje pewien niedosyt, jest zbytnie „wyciszenie” spektaklu, pozbawienie „Rock’n’rolla” drapieżności, która wyjaśniałaby, dlaczego od czasów biblijnego Jerycha muzyka burzyła mury. Te zbudowane przez ludzi, a także te, które między nimi wyrosły.
Iwona Jędrzejewska

Dodaj komentarz