Przepaść czasu

O inscenizacji "Opowieści zimowej" w warszawskim Teatrze Polskim.
Image
„Opowieść zimowa”, zaliczana do późnych komedii Szekspira, zwanych też romansami, rzadko trafia na scenę, a to ze względu na swoją nietypową konstrukcję. Między pierwszą a druga częścią dramatu upływa, bagatela, 16 lat, jak powiada poeta: „przepaść czasu”, i trzeba to widzom jakoś pokazać. Dlatego Szekspir przed aktem czwartym wprowadził na scenę postać alegoryczną, Czas, który miał złagodzić lukę w akcji. Jarosław Kilian poszedł dwa kroki dalej, bo epizodycznej postaci Czasu nadał rolę przewodnika, który pojawia się na początku, w środku i na końcu przedstawienia, najwyraźniej dyrygując całością. Czas (Olgierd Łukasiewicz) wygląda jak strach na wróble, w sfatygowanym cylindrze, przykrótkich spodniach i w towarzystwie trupy kuglarzy animujących wycięte z tektury figurki w świetle maleńkiej scenki teatrzyku kukiełkowego, ale to wszystko nie umniejsza jego wystudiowanej elegancji i świadomości siły. Czas nie musi się starać o akceptację, dość, że jest i zaświadcza o nieuchronnym upływie minut, godzin, dni, lat. To on wystawia ludzi na próbę, czasem akcją przyspieszając, czasem popadając w reżyserską drzemkę, bo jak sam powiada, przywołując sonet Szekspira „na tej wielkiej scenie  spektaklem bezgłośnie/ Kierują gwiazdy, skryci w mroku inspicjenci”.
Część pierwsza jest mroczna jak „Otello”, Leontes (Mariusz Wojciechowski) w gwałtownym przypływie zazdrości obraca w niwecz całe swoje szczęśliwe życie i panowanie, mimo wysiłków niezłomnej Pauliny (Grażyna Barszczewska), usiłującej dowieść niewinności królowej Hermiony. Część druga, po 16 latach, tonie w słońcu, skrzy się pstrokatą radością, spod powierzchni której wydobywają się półtony następstw królewskiego szału. Tak jest i w przedstawieniu Kiliana – część pierwsza, zimowa, skuta oziębłym sercem władcy, zderza się z figlarną, pełną ruchu, śpiewu i kolorów częścią drugą, kiedy złe moce nagle rozstępują się pod błogosławionym ciśnieniem Dobra. I pod ciśnieniem sugestywnej muzyki Mateusza Pospieszalskiego, która towarzyszy burzliwym a zmiennym dziejom bohaterów.
Trudna to opowieść, zawiła, dwa przedstawienia w jednym, tragedia i komedia pod jednym dachem, ale w Polskim udaje się ta ryzykowna sztuka, dzięki dyscyplinie zespołu, występującego na tle bajecznej scenografii Adama i Jarosława Kilianów. Symbolika masońska, kraty, zimne kolory pierwszej części, ustępują bogatym strojom pasterzy i dworzan z części drugiej, a na koniec Hermiona (Izabella Bukowska) niczym figura Matki Boskiej, tknięta cudownym podmuchem, ożywa, aby ukoić żal i pokonać zło.
Spektakl nie ucieka od emocji, bywa w nim mocne napięcie (scena obrony przed sądem w wykonaniu Izabelli Bukowskiej, a potem jej matczynego bólu po śmierci dziecka), zdarza się walka (gwałtowne pojedynki słowne Pauliny i Loentesa), jest miejsce na liryzm (Leontes na próżno tłumi dumę z podobieństwa nowo narodzonej córki) i jarmarczną zabawę (tu prym wiedzie Andrzej Pieczyński jako Autolikus, złodziejaszek). Publiczność ulega magii tej kolorowej opowieści, śledzi losy bohaterów, po dramatycznym monologu Hermiony ukradkiem ociera łzy, oczekując pomocy ze strony kapryśnego Czasu, który pospieszy na ratunek, kiedy przyjdzie na to pora. Co z tego, że ratunek nieprawdopodobny albo magicznego rodzaju. Sztuka bywa prawdziwsza od życia.
Tomasz Miłkowski
William Shakespeare, „Opowieść zimowa”, tłum. Stanisława Barańczak, reżyseria Jarosław Kilian, scenografia Adam i Jarosław Kilianowie, muzyka Mateusz Pospieszalski, choreografia Jacek Tomasik, Teatr Polski w Warszawie, premiera 18 października

Tekst publikowany w tygodniku "Przegląd"

Dodaj komentarz