Koniec po francusku

2 listopada aktorzy Teatru Druga Strefa zagrali po raz ostatni przed dłuższą przerwą spektakl „Fin de…”

Jest to autorskie przedstawienie dyrektora teatru Sylwestra Biragi, który wyreżyserował je z myślą o najważniejszym europejskim festiwalu teatralnym w Avignionie. Było warto, artyści uhonorowani zostali nagrodą La Cuop de Coeur 2009 przyznawaną przez dziennikarzy na Festiwalu Teatralnym Le Off Avignion. Teraz przez pięć miesięcy przedstawienie pokazywane będzie we Francji. Aktorzy grają je w trzech językach, polskim, francuskim i angielskim. Nauczeni doświadczeniem z kilku już wyjazdów do Avignionu, również z zeszłorocznej wizyty, gdzie grali zauważony przez krytyków „Jubileusz” Taboriego, po polsku z francuskimi napisami, wiedzą, że to nie wystarczy, by trafić do widza.
To ostanie, żegnające Warszawę przedstawienie zobaczyliśmy w wersji festiwalowej, właśnie w języku francuskim. „Uwierzyłem, że ten spektakl zaczął już mówić własnym językiem” – powiedział grający w przedstawieniu Biraga. I rzeczywiście, jego wymowa sięga daleko poza słowa. Język stanowi tu drugoplanową rolę i okazuje się zupełnie niepotrzebny do zrozumienia najważniejszego.
„Fin de…” to zlepek siedmiu, wydawać by się mogło nie mających ze sobą nic wspólnego scen – symboli, a jednak związanych jednym rdzeniem. W każdej pojawia się mocowanie ze złem, dokonywane ręką człowieka, przyjmowane na kark przez drugiego. A wszystko tak nam bliskie, tak dobrze znane, z ulicy, z wiadomości.
Jest to spektakl o kryzysie wartości, które zrobiły miejsce dla instynktownej walki o przetrwanie. Bohaterowie „Fin de…” nie mają imion, nie wiemy o nich nic ponad to, co nam powiedzą, a mówią niewiele, czasem nic. Nie pada też ani jedno słowo dialogu. To ludzie zupełnie sobie obcy, samotni, nie wchodzący w relacje międzyludzkie. Po prostu żyją przez chwilę we fragmencie smutnej, nieobcej nam rzeczywistości, przechodząc do drugiej i zostawiając nas z refleksją i zadrą. Właśnie taki jest nasz dzisiejszy świat…
Obserwujemy absurdalny obrazek zbiurokratyzowanego życia – nie życia, machiny wciągającej w swe tryby i wysysającej z człowieka myślenie, wiarę w siebie i siłę. Patrzymy na dyrygenta chóru dziecięcego, który pod płaszczykiem rzeźbienia młodych talentów, z uśmiechem, na naszych oczach gwałci swoich podopiecznych, a my jakbyśmy nic nie dostrzegali. Jest Amerykanka, żołnierz sił specjalnych, zajmująca się urabianiem podejrzanych o terroryzm, która odziera ich półnagie ciała z zawiniętymi w worki głowami z pozostałości po człowieczeństwie. Widzimy umierającą z żalu po stracie syna matkę, którą osamotniła wojna. Patrzymy na mężczyznę, który nagle gubi się w napoczętej relacji z kobietą i zmusza ją do seksu. Jest mężczyzna, dla którego jedynym sensem życia są pieniądze, a zostaje z niczym, więc staje się niczym. I w końcu męska prostytutka, której spod sztucznego uśmiechu wystaje zagubienie i rozpacz. Biraga pokazuje, uświadamia i ostrzega, nie dając antidotum. Ze spektaklu wychodzimy unurzani w brudach naszej rzeczywistości, ale ze świadomością, że przecież od nas to wszystko zależy i może jeszcze nie jest za późno, choć „Fin de…” znaczy koniec…

Zuzanna Talar-Sulowska

Dodaj komentarz