Samotność i Cyryl, i Boże Narodzenie

Zima. Czas wigilijny. Śnieg zasłonił ubogą ziemię.

Cyryl mieszka sam. Rodzice umarli dawno temu. Zostawili mu drewniany dom z kaflowym piecem i biedę polskiej wsi za oknem. W jego szybę stukają tylko gałęzie karłowatych jabłoni z zapuszczonego sadu, które mają siłę rodzić już tylko co drugi rok.  Nigdy nie zapuka człowiek, sąsiad. Tylko jabłonie. Cyryl za żonę ma Samotność. Co noc kładzie się z nią do łóżka i przytula się do jej pustego ciała. Czasem zaczyna do niej gadać, mimo że słowa obijają się bezlitośnie o pustkę. Podobno ludzie tak robią, kiedy długo żyją sami.
Do wigilii zostało kilka dni. Cyryl idzie jak zwykle raz w miesiącu do miasta, do Urzędu Pomocy Społecznej. Przez szybę okienka na sztucznej choince błyszczą lampki. Jedyna wesołość, jaka mogła przydarzyć się Cyrylowi w te święta. On nie ma lampek. Przyciągnął niewyrośniętą jodłę, taką w sam raz na jednego chłopa, ale nie było jej czym przystroić. Zostawił ją w kącie izby i tak czeka goła. Dostał Cyryl stempel i czterysta złotych zapomogi. Żadnego uśmiechu. Pani urzędniczka myśli już o kapuście z grzybami. Pieniądze Cyrylowi wystarczą. Nie narzeka. Czynszu nie płaci, wodę ciągnie wprost z ziemi, prąd ukradł jeszcze jego ojciec, na wieczne używanie. Apetytu też nie ma, nawet od święta. Dlatego jest taki szary jak bluzka pani stawiającej stemple przy jego nazwisku. Dzisiaj śnięta ryba, której nikt już nie kupi. Wystarczy.
Cyryl wróci z miasta i cały dzień będzie pracował przy ziemi, która jako jedyna towarzyszy mu bez względu na wszystko. Choć w zamian wchłania jego młodość i siły. Teraz ziemia jest zmrożona. Nic Cyrylowi nie daje, ale i tak musi być troskliwy. W innym razie odpłaci mu na wiosnę. Łazi więc Cyryl za rękę z Samotnością po polu i patrzy, czy ziemia o nic nie będzie miała pretensji. Muszą zdążyć przed zmrokiem, przed pierwszą gwiazdką. Nie wypada zostawać w polu, kiedy ludzie siadają do modlitwy.
Zawsze o tej porze dnia robi się w domu Cyryla jeszcze bardziej pusto. Szarzyzna za oknem podpuszcza, żeby wpaść w melancholię i pomyśleć nad sobą. Cyryl łapie za szmatę i wyciera poorany historią stół. Wcześniej nie było potrzeby. Rzuca obrus, haftowany kolorem kwiat chowa pod chlebem. Choinkę przysuwa blisko stołu, żeby było na co patrzeć. Pachnie. Na gałęziach dyndają szyszki. Nawet dobrze wyglądają jak bombki. Przychodzi czas połamania się opłatkiem, którego on nie ma z kim podzielić. Dla Samotności to zbyt osobiste, nigdy nie lubiła tego robić. Kiedy Cyryl bierze w rękę opłatek, pozostaje nieruchoma i sztywna, jakby czekała, kiedy to się skończy. Cyryl przez chwilę trzyma go w ręku i odkłada nasączony potem palców. I tylko broda mu jakoś dziwnie drga. Potem gorący barszcz z buraków z piwnicy i gotowana ryba. Nie ma komu powiedzieć, że dobre. Samotność zawsze była nierozmowna.
Napił się więc Cyryl wódki. Pije i robi mu się jeszcze bardziej pusto. Wychodzi przed dom, zachłysnąć się zimnym powietrzem. Jest mroźno. Rusza przed siebie – przejść się. Samotność niechętnie wkłada płaszcz i wlecze się za nim. Idą, aż w ciemności Cyryl widzi świecące okna domów. Samotność wiesza mu się za szyję i ciągnie do domu zmarznięta, a Cyryl tym bardziej chce zajrzeć ludziom w okna. Podchodzi pod pierwsze, ale skrzętnie kryją swoją tajemnicę za wypalonymi słońcem zasłonami. Wyjmuje Cyryl z kieszeni butelkę i pociąga. Samotność urażona, że pije nawet w wigilię, wraca do domu. Za oknami Cyryl słyszy ludzi. Są razem. W ich domach dzieci, mężczyźni mają kobiety, a kobiety mają mężczyzn. Słyszy kolędy i dźwięki składanych naczyń, piski dzieci rozrywających świąteczny papier na prezentach i czuje gorycz na języku. Łazi od płotu do płotu i każdą zasłyszaną radość kwituje łykiem wódki. Idzie tak wzdłuż wsi, na przekór wiatrowi sypiącemu w oczy śniegiem, opijając szczęśliwość każdego domu.
W końcu siada zmęczony w zaspie pod którymś płotem. Żal i mróz chwytają go i trzymają z całych sił. I wtedy odnajduje go. Samotność. Zmartwiona i zaniepokojona jego długą nieobecnością, przyszła. Odetchnęła z ulgą. Klęknęła przy nim na zimnie i chwyciła jego dłoń. Siedzieli tak trochę w milczeniu, oparci o oblodzone deski płotu i w końcu późną nocą, podtrzymując się wzajemnie, wrócili do domu.
Zuzanna Talar

Dodaj komentarz