Ostatnia noc z butelką

To była już trzecia noc z butelką.
Całe mieszkanie Ralpha wydawało się mu się areną wspomnień, im więcej był w stanie wypić, tym pamięć okazywała się łaskawsza. Z łatwością przywoływał obrazy z przeszłości, w których pojawiała się żona, trzy córki, wspaniałe życie sprzed dobrych już kilku lat. Można powiedzieć, że Ralph był dla siebie bezlitosny; starał się precyzyjnie odtworzyć najdrobniejsze szczegóły każdej najpiękniejszej spędzonej z rodziną chwili. Torturował się. Zabiegał o więcej, wychylając kolejną szklankę brandy. Był już u kresu. Zaczynał mieć wizje. Wydawało mu się, że rozmawia z najmłodszą córką Jenny. Ona tłumaczy, dlaczego znów nie radzi sobie w szkole, skąd te wszystkie kłopoty. Ralph nie unosi się, stara się ją zrozumieć, próbują razem dojść do jakiegoś rozwiązania. Chwilę później ma już przed oczami pierwszą wspólną wyprawę do kina z żoną Alice – to był najwspanialszy wieczór, jaki spędził w życiu. Tak – pomyślał – Wtedy czas stanął w miejscu, wtedy tylko ten jeden, jedyny raz w parszywym życiu wszystko wydawało się poukładane, na miejscu. Wszystko, każdy kontur, znaczenie, słowo i obraz, miało swój określony sens i status w rzeczywistości. Tamtego wieczora powietrze pachniało inaczej; to trywialne i zdarza się z pewnością każdemu, kto przeżywa pierwszą prawdziwą miłość, ale naprawdę miało zapach wczesnej wiosny pomimo dojrzałej jesieni panującej już wtedy dookoła. Ralph pomyśłał, że kolejna szklanka brandy pomoże przywołać ten zapach. – To żałosne, jak można zmarnować życie, i to po takich obiecujących początkach – pytał sam siebie. – Czy istnieje ktokolwiek inny, kto byłby takim partaczem szans? Ale przecież, pomimo wszytko, nadal uważał się za szczęściarza. Miał żywot lepszy właściwie od większości swoich kumpli: no jednak rodzina, trzy córki (kto by pomyślał!), wspaniała żona, i – naprawdę – pal diabli ten cały żenujący rozwód, w końcu i tak wiele się dokonało… Bo Ralph od dzieciństwa marzył o tak zwanym dumnie ciekawym życiu. Nasłuchał się o ludziach, którzy do czegoś doszli, nawet jeśli później wszystko zawalili. Chciał w pewnym sensie być tacy jak oni: prowadzić ciekawe życie, jak to mówią z ryzykiem, na krawędzi. Jednak czy życie rodzinne to jakieś lawirowanie na krawędzi? W pewnym sensie tak – zdecydować się na założenie rodziny, to dopiero coś, to nazywają prawdziwym igraniem z własnym losem. Ralph co do tej kwestii nigdy nie miał wątpliwości; był w stanie poświęcić wszystko, wolność, niezależność, dostatek w pojedynkę – co tam dostatek, łatwo z niego rezygnować, to wyczyn wielu podobnych jemu –  on mógł nawet zasmakować biedy, nie bał się niczego. Naprawdę zawsze jego największym marzeniem było poświęcić się – dla kogoś. I udało się. – Tak, Ralph, – mówił do siebie – możesz powiedzieć wszystko się udało. Potem poszło na marne, i dziś jesteś w innym miejscu, a twoja jedyna miłość oddaliła się o lata świetlne – ale to nic, naprawdę nic. Dziś jesteś po innej stronie, możesz zaliczyć się do grona ludzi, którzy – jak powiadają psycholodzy – popychają świat do przodu, bo nie są egoistami. A twoje córki będą wspaniałymi kobietami. Jestem pewien tego, Ralph. Możesz ostatnią szklankę wychylić do końca, tym razem naprawdę możesz odpocząć. Myśli mnożyły się w jego głowie. Dobiegała północ. Ralph umierał. Zresztą nic w tym dziwnego, to było jego celem. To musiała być ostatnia szklanka brandy, którą przybliżył do ust. Ale nie zdążył już się z nie napić. Musiała wypaść mu z rąk. Tyle tu szkła i rozlanej brandy. Tak to musiało być. Kiedy go odnalazłem martwego w mieszkaniu, wyglądał pogodnie, był spokojny, w końcu chyba przestał walczyć ze swoimi myślami i ostatecznie porzucił marzenia. Byłem jego jedynym przyjacielem. Chyba jako jedyny rozumiałem jego samotność. Musiałem poznać tego człowieka, żeby pojąć tę druzgocącą siłę, która wyżera cię, gdy przez całe życie jesteś sam. Moja sytuacja była zupełnie inna, więc jakoś przez kontrast widziałem to wszystko bardzo wyraźnie. Chyba nawet cieszę się, że już nikogo więcej nie zostawił. Żadnej rodziny. Nikogo dookoła. Nawet lepiej. Zawsze mówił mi, że taki alkoholik nie może założyć rodziny, by nie skazywać kogokolwiek na parszywy los. I nigdy tego nie zrobił. Wytrwał w samotności. I dobrze, że to postanowienie wypełnił do końca.
przemek skrzydelski

Dodaj komentarz