Sprawa Dantona w Argentynie

Spektakl Jana Klaty i wrocławski zespół Teatru Polskiego odniósł niekłamany sukces w Argentynie. Prezentujemy dzięki uprzejmości teatru przekłady recenzji.
Juan José Santillán
Materiał recyklingowy
Sprawa Dantona reżyserowana przez Jana Klatę: rewolucjoniści poruszają się na rockowym tle.

 
Wrocław zajmuje ważne miejsce na mapie europejskich miast, jakie zrewolucjonizowały teatr ubiegłego stulecia. To stamtąd, bardzo daleki od obciążeń historycznych, pochodzi zespół, który wystawił Sprawę Dantona. Sztuka wyreżyserowana została przez Jana Klatę (1973), który zadebiutował w sposób niezwykły: w wieku dwunastu lat wysłał swą pierwszą sztukę Słoń zielony na konkurs organizowany przez Teatr Współczesny we Wrocławiu i wygrał go.
Poza tą kolorystyczną anegdotą Klata jest ważną postacią pokolenia następnego po generacji Krystiana Lupy. Zaadaptował i wyreżyserował Sprawę Dantona napisaną przez Stanisławę Przybyszewską, sztukę przeniesioną w latach osiemdziesiątych na ekran filmowy przez Andrzeja Wajdę. „Jeśli chodzi o kwestię idei, z pewnością Danton to demokracja zachodnia, Robespierre zaś reprezentuje na swój sposób kraje bloku wschodniego. Ich zderzenie jest równie problematyczne, co czasy, w jakich przychodzi nam żyć” – mówił reżyser Popiołu i diamentu.
Jednakże współrzędne, jakie wytycza Klata, wychowany w końcowych chwilach polskiego socjalizmu, ścierają na proch wszystko to, co górnolotne. Kwestię polityczną krzyżuje on z desakralizującym krachem, refleksję umieszcza zaś w napuszonym słowotoku dyskursywnym, albowiem „rewolucja skazana jest na dyktaturę”.
Przestrzeń sceniczna w sposób integralny została zapełniona tekturowymi pudłami i innymi tego rodzaju odpadkami. Z tych improwizowanych szałasów wyłaniają się pozbawiony nadziei Robespierre oraz Danton rozzuchwalony dyskursem, przesadnym, ekspresyjnym gestem i drażniącym humorem.
Klacie chodzi tu o postacie historyczne, ale zachowujące się niczym gwiazdy rocka. W wyniku tego powstaje chaotyczny muzyczny pastisz uwspółcześniający postacie, które mimo że zachowują swe stroje z epoki, rozwijają choreografię pod ścieżkę dźwiękową z T. Rex, UB 40, Tracy Chapman. Zwięzłość inscenizacji tworzy budowę, której rozczarowanie i „politycznie poprawny” cynizm zupełnie nie zadziwia, ale nadaje jej spoistość.
Juan José Santillán
“Clarin”, 14 października 2010
Link: http://www.clarin.com/diario/2009/10/14/espectaculos/c-02018087.htm
§
Ernesto Schoo
Danton, między frasą a cyrkiem
Sprawa Dantona (Wrocław/Polska) Teatru Polskiego we Wrocławiu. Autor: Stanisława Przybyszewska. Adaptacja, reżyseria i próby: Jan Klata. Wykonawcy: Kinga Preis, Anna Ilczuk, Katarzyna Strączek, Marcin Czarnik, Wiesław Cichy, Wojciech Ziemiański, Bartosz Porczyk, Andrzej Wilk, Marian Czerski, Edwin Petrykat, Zdzisław Kuźniar, Mirosław Haniszewski, Rafał Kronenberger, Michał Opaliński i Michał Mrozek. Czas trwania: 170 minut. W C. C. Konex, Sarmiento 3131. Ostatni spektakl: dziś, godz. 20.
W czasie trwania Wielkiej Rewolucji Francuskiej ma miejsce pewien chaotyczny moment, kiedy naprzeciw siebie staje dwóch głównych bohaterów: dionizyjski Danton oraz ascetyczny (i psychopatyczny) Robespierre. Obaj zgadzają się co do konieczności zgilotynowania wielu osób, różnią się jednak w sprawie liczby ofiar.
Zespół znakomitych aktorów z Wrocławia odgrywa przed nami tę rozbieżność poglądów na bazie wspaniałego tekstu i w inscenizacji bliskiej farsie z odniesieniami do komiksu, muzyki rockowej, kreskówek i cyrku, nie zacierając przy tym straszliwego, tragicznego popędu, jaki rozgrzewał tę konfrontację, oraz jej konsekwencji dla tysięcy niewinnych ofiar. Obsada i przedstawienie (bliskie estetyce Théâtre du Soleil) są bez zarzutu. Mam jedynie dwa zastrzeżenia: niepotrzebnie przedłużany finał oraz trudność w śledzeniu wartkiego dialogu w przekładzie na ekranie.
Ernesto Schoo
“La Nacion”, 14 października 2009

Roberto Schneider
VII Międzynarodowy Festiwal w Buenos Aires, od 5 do 18 października FIBA, konieczne spotkania
Przez dwa tygodnie mieszkańcy Buenos Aires i goście z rozmaitych miast świata cieszyli się najlepszej jakości spektaklami. Spotkania te organizowane przez Ministerstwo Kultury Rządu Miasta Buenos Aires stają się z roku na rok coraz bardziej konieczne.
„Teatr może stać się przestrzenią, w której każde miasto potrafi podjąć dialog z sobą samym i swoimi mieszkańcami. Może także stać się sposobem, w jaki każde z nich pragnie się zaprezentować i ukazać wobec i pośród innych. Tak oto FIBA (Międzynarodowy Festiwal w Buenos Aires) przekształca się w okno, przez które przez dwa tygodnie można podziwiać dwadzieścia miast Argentyny i całego świata oraz budować dialog pozwalający nade wszystko, aby każde z uczestniczących miast wzbogaciło się, uznawszy swoją odrębność i dzielące je różnice”. To dosłowny cytat z katalogu, jaki każdy widz otrzymuje wraz z programem spektakli, przypominający, że specyfika teatru polega na obecności w pewnej uświęconej strefie, gdzie nie może wtargnąć żadna inna dziedzina sztuki. Miejscem, gdzie ostatecznie rozgrywa się fakt dramaturgiczny, jest bowiem umysł widza; tam właśnie spektakl przekształca się w byt żywy. W pewnym sensie widz czuje się zatem świadkiem tego, co się wydarza, a ów byt żywy staje się częścią jego doświadczenia życiowego. Dramaturg oddziałuje swoim dziełem jak wyzwalacz. Pisze coś, co jest w powietrzu i co osobiście go pociąga. Jednak jeśli jest nośnikiem kultury swego społeczeństwa, zbiegnie się z pewnością z zainteresowaniem innych.
Dyrektorami artystycznymi tegorocznej edycji festiwalu FIBA są Rubén Szuchmacher i Alberto Ligaluppi. Dzięki inteligentnej, przenikliwej i trafnej pracy zbudowali oni program ustanawiający zasadę, że sny pozwalają opracować to, czego nie znamy, o czym nie nawet nie myśleliśmy i czego się obawialiśmy. Teatr wyraża to, co jest pierwotne względem myśli, czego politycy i filozofowie dotąd jeszcze nie potrafili wyrazić za pomocą rozumu. Pojęcie teatralności – tak trudne do zdefiniowania – nie wynika jedynie z budowy tekstu lub z użycia pewnych teatralnych środków. Jest dane w wyniku wrażliwej percepcji intensywności konfliktu, odpowiedniej wartości słowa i ciszy, miejsca gestu i języka ciała. Podczas dyktatury wojskowej teatr stanowił siłę oporu, otwierał ludziom umysły i przemieniał się w obszar aktywnych spotkań jak w katakumbach. Później z nastaniem demokracji sztuka dramatyczna utraciła pewną moc i witalne znaczenie. Zyskiwał teatr nastawiony na sukces i sławę. Obecnie jednak pojawił się silny nurt dramaturgiczny będący rodzajem oporu wobec nowej formy dyktatury, która nie jest już wojskowa. Wcześniejsze pokolenia walczyły z władzą widoczną, wyraźną i dającą się łatwo zidentyfikować, oczywiste doświadczenie życia i śmierci. Dziś, w pierwszym dziesięcioleciu nowego stulecia, bardziej niż ciała zagrożone są dusze. Tegoroczna edycja festiwalu FIBA ma kilka cech szczególnych, jednak bez wątpienia największą jest jakość propozycji, jakie dotarły tu z wielu stron świata. Ból poetyki w inscenizacji Hotel Splendid z Korei.
Publiczność bohaterem
Spektakle przeniknięte poezją lub czułością, rzadko oglądane w ostatnich latach, kiedy królowała moda na inscenizacje oddalone od widza, odwołują się bardziej do widza jako odbiorcy, do publiczności pragnącej rozmarzyć się w poetyce oderwanej od niejasnych lub hermetycznych znaków. W tym sensie tegoroczny festiwal jest właśnie bardziej świąteczny. Harmonizuje kwestie społeczne i polityczne, jest zakotwiczony bardziej w estetyce wyczyszczonej i jasno zdefiniowanej niż poprzednio oraz unika pamfletowego tonu. To inny moment historyczny, a zbieg języków i różnych formacji oferuje możliwość docenienia spektakli wysokiej jakości. Tegoroczna edycja festiwalu proponuje spojrzenie na naszą aktualną rzeczywistość. Proponowany przegląd staje się wycinkiem zajęć społeczeństwa, jego zdobyczy, cierpień, braków i potrzeb, i ukazuje je z całą mocą interdyscyplinarnych poetyk, pośród których nie brakuje magii i tradycji.
Lśniący punkt
Można tu przywołać wiele przykładów tego, co utrzymujemy, jednak za próbkę niech posłuży nam jeden lśniący punkt: miażdżąca siła Sprawy Dantona Stanisławy Przybyszewskiej zaproponowana przez zespół Teatru Polskiego z Wrocławia, Polska. Doskonała reżyseria Jana Klaty ujawniła trzy plany czasowe nakładające się na siebie w sposób bezkonfliktowy: prezentacja Francji z okresu rewolucji między 1789 a 1794 rokiem; dźwięk, gdyż spektakl karmi się muzyką i choreografią, by ukazać sceny pełne humoru (często rozdzierającego), i wreszcie równocześnie monumentalna i pomysłowa scenografia w celu prezentacji ulicznego targu polskiego i otoczenia tymczasowych kwater. Jeśli dodać do tego bezbłędną grę aktorów, otrzymamy karton z jedną z najmocniejszych, najpiękniejszych i najbardziej mobilizujących inscenizacji tego festiwalu.
Roberto Schneider
“El Litoral”15 października 2010

Link: www.ellitoral.com/index.php/diarios/2009/10/15/escenariosysociedad/SOCI-01.html

Patricia Espinosa
Różne wizje teatru politycznego

FIBA: Zrobiony na modłę zachodnią Hotel Splendid z Korei zbiegł się ze znakomitym polskim przedstawieniem Sprawa Dantona

Dwa spektakle o silnym ładunku politycznym, ale bardzo różne, jeśli chodzi o język dramatyczny i rozwiązania estetyczne, wywołały wśród publiczności Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego entuzjastyczną debatę na temat idei (coś, co do minionego weekendu nie zdarzyło się jeszcze wśród zainteresowanych, którzy rok za rokiem przybywają na FIBA).
 Pochodzący z Seulu spektakl Hotel Splendid sprawił, że znaczna część publiczności zaniemówiła pod wpływem poruszającego świadectwa związanego z faktem ujawnionym dopiero w 2001 roku i wciąż pozostającym bez kary. Chodzi o dwieście tysięcy kobiet – w większości koreańskich – które armia japońska porwała podczas drugiej wojny światowej, aby wykorzystać je jako seksualne niewolnice na usługach żołnierzy.
Jest to pierwsze przedstawienie teatru Cho-In Theatre (utworzonego w roku 2002), które przyjmuje język sceniczny bardzo bliski teatrowi zachodniemu. W rzeczywistości tekst został napisany przez Amerykankę Lavonne Mueller, co rozczarowało tę część publiczności, która spodziewała się spektaklu mniej zachodniego i nieograniczającego się do ciągłego wyliczania podłości popełnionych przez Japończyków.
Niektórzy uważali, że w przedstawieniu można odkryć ten sam ton wściekłego oskarżenia, jaki obecny jest w najbardziej politycznych sztukach współczesnego teatru armeńskiego; inni natomiast przypominali z przyjemnością wiele scen, które za sprawą idyllicznego i ludzkiego charakteru podkreślają poetycki ton dzieła. Na przykład te traktujące o zdoności do snucia marzeń, poczuciu humoru i solidarności tych cierpiących kobiet.
Hotel Splendid  nie pozostawił nikogo obojętnym, a ponadto zrobił ogromne wrażenie dzięki wspaniałej, głównie kobiecej obsadzie. W wieczór premiery publiczność zgotowała wielką owację temu mocnemu, oskarżycielskiemu dramatowi, który obok rozbudzonych oczekiwań spełnił też rolę pobudzającą sumienia.
 Zespół Teatru Polskiego we Wrocławiu (Polska) zadebiutował w niedzielę w Konex przedstawieniem Sprawa Dantona Stanisławy Przybyszewskiej (1901–1935), sztuki, która została sfilmowana przez Andrzeja Wajdę w 1982 roku, z Gérardem Depardieu w roli głównej i z obsadą w połowie francuską i w połowie polską.
Mając za punkt odniesienia tylko tę jedną adaptację, inscenizacja reżysowana przez Jana Klatę okazała się jedną z najwdzięczniejszych niespodzianek bieżącej edycji FIBA. Między innymi dzięki swojej wynalazczości, talentom aktorskim, a także humorowi i brakowi respektu, z jakim teatr ten rewiduje idearium rewolucji francuckiej i projektuje go na naszą teraźniejszość.
Jak wiadomo, konflikt utworu koncentruje się na zderzeniu – w samym środku rewolucyjnego kryzysu – niezłomnego i idealistycznego Robespierre’a, który przedkłada sprawę rewolucji nad wszelkie ludzkie sądy, ze skorumpowanym, sentymentalnym i charyzmatycznym Dantonem. W tej walce o przywództwo obaj uzupełniają się, aby przedstawić zgryźliwą diagnozę władzy politycznej w działaniu. Te dwie przeciwstawne postacie (w sensie charakteru, postawy życiowej i etycznej) przeciągają nas na jedną lub drugą stronę; ale dwubiegunowa struktura dzieła zostaje szybko rozbrojona wobec niewyczerpanego ciągu sutyacji i środków, które rozwijają akcję w stałym tempie.
Wśród spisków, pojedynków słownych, kpiarskiej choreografii i scen łóżkowych ujawniany jest publiczny i prywatny obraz obu bohaterów, charakterystyka ich otoczenia, a nawet ich skłonności seksualne (Robespierre jest na przykład związany uczuciowo z pisarzem Camille’em Desmoulins’em).
 Zróżnicowanie muzyczne (Chopin, zdeformowane wersje Marsylianki, rock, muzyka techno) oraz włączenie przedmiotów z innej epoki (piły spalinowe, maszynki do golenia) podkreślają niepokojącą współczesność sztuki.
 Ze swoim farsowym tonem i prowokacyjnymi ideami politycznymi – dla tych, dla których istnieje tylko jedna odpowiedź – Sprawa Dantona jest prawdziwym świętem dla miłośników teatru. Należy tylko dodać, że przedstawienie trwa 170 minut i zmusza do czytania obfitych napisów w języku hiszpańskim, które chwilami wyświetlane są zbyt szybko.
Patricia Espinosa
„Ámbitio” , 15 października 2009

 Link: http://www.ambito.com/noticias/imprimir.asp?id=487490

 
Marlene Grinberg
FIBA
W ramach festiwalu FIBA: El caso Danton albo też bardziej egzotycznie i malowniczo: Sprawa Dantona. Cóż za piękny język. Chcę się nauczyć polskiego.
sztuka, wrażenie, śmiech, muzyka, mieszanka czasów, rytm, choreografia gestu, wtargnięcie i wybuch, rewolucja francuska, terror, Robespierre, Danton, gilotyna, Marianna… i reinterpretacja ich znaczeń w kluczu postmodernistycznym. Kostiumy i te dziwne fryzury… i seks wypływający wszystkimi porami. Orkiestra SXXI… Chlust stereotyp i jego zaprzeczenie. Bombardowania wierszem i piosenką. W tańcu i piosence.

Marlene Grinberg
14 października 2009
http://marlene-grinberg.blogspot.com/2009/10/en-el-marco-del-fiba-el-caso-danton-o.html

Carlos Diviesti
Stare i nowe
(VII Międzynarodowy Festiwal FIBA w Buenos Aires. Od 5 do 18 października 2009)

W 1985 miałem 17 lat. Byłem wówczas aktorem, co praktykowałem na co dzień jeszcze do 21. roku życia, nigdy w sposób zawodowy. Po raz ostatni zagrałem w 1998 w inscenizacji Matki Courage i jej dzieci Bertolta Brechta, obsadzony w roli postaci, która była rodzajem narratora i wygłaszała tyrady z wysokości wieży, pewnego panoptikum oddalonego od ludzkości. Straszliwie bałem się siedzenia na tej wieży i być może dlatego dałem sobie spokój. Przekraczałem już trzydziestkę, ale w wieku 17 lat fantazjowałem i widziałem siebie wykrzykującego: Immortel! Je suis immortel! Je suis immortel parce-que je suis le peuple, et le peuple est avec moi!, jak Gérard Depardieu w Dantonie, filmie Andrzeja Wajdy. I chociaż nigdy nie wcieliłem się w Dantona ani Robespierre’a, odczuwałem przyjemność, wypowiadając owe tyrady na wprost tabliczki potwierdzającej dokładne miejsce, w którym została odcięta głowa Marii Antoniny, na samym środku Champs Élysées, w Mieście Światła, w dniu moich trzydziestych urodzin. Niektórzy przechodzący obok paryżanie patrzyli na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, równie dziwnym, jaki przybraliby (jak przypuszczam), gdyby zobaczyli fantastyczną inscenizację Sprawy Dantona, którą Jan Klata i Teatr Polski z Wrocławia (Polska) przywieźli na festiwal FIBA. Podążmy jednak jeszcze przez chwilę drogą mojej osobistej historii, równie prawdziwej jak teatr. W 1985 do liceum powszechnego w mieście Lanús, gdzie odbierałem moje wykształcenie średnie, przyjechali Francuzi w celu wymiany doświadczeń edukacyjnych. Jako że wymiana polegała na przedstawieniu fragmentu Lekarza mimo woli Molière’a, musiałem grać po francusku przed wszystkimi klasami, które miały naukę tego języka w swoim programie. Przygotowywano nas do wygłaszania tych tekstów poprzez słuchanie piosenek, spośród których pamiętam jedną Serge’a Gainsbourga zatytułowaną Pull marine i śpiewaną przez Isabelle Adjani oraz jedną piosenkę punk zespołu Bérurier Noir zatytułowaną Noir les horreurs, gdzie słyszało się rzeczy straszne, jak: Jesteśmy egoistami i także faszystami / W tym świecie ropiejącym, szach mat tej chwili. Wydaje się, że zagrałem dobrze i moja wymowa była lepsza; zawsze lubiłem francuski i chociaż go nie używam ani nie posługuję się nim biegle, to jest to język, który jest dla mnie wygodny. I proszę zwrócić uwagę, ile punktów stycznych ma tegoroczna edycja festiwalu FIBA z moją młodością: tyrada Dantona ze Sprawą Dantona; piosenka Serge’a Gainsbourga ze spektaklem EXACTAMENTE BAJO EL SOL (Dokładnie pod słońcem); Bertolt Brecht, ponieważ jest autorem przedstawienia JEAN LA CHANCE; i co najważniejsze: Masto, saksofonista z Bérurier Noir, będący tym samym punkiem w kilcie, który gra w JEAN LA CHANCE pod swoim prawdziwym nazwiskiem Tomas Heuer. To właśnie ze względu na Masto i moje młodzieńcze wspomnienia poszedłem zobaczyć JEAN LA CHANCE i właśnie dlatego ponownie poruszam ten temat, gdyż na wejściu z soboty 10 października nie powiedziałem, dlaczego miałem taką ochotę zobaczyć JEAN LA CHANCE i dlaczego, a byłem dość nieuprzejmy w komentarzu, spektakl mi się nie podobał, i postanowiłem zbadać powody, które wpłynęły na moją opinię, aby naprawić błąd tendencyjności. Prawdopodobnie nie pragnę odzyskać mojej młodości. Wolę pozostawić ją tam, gdzie jest, chociażby Facebook upierał się, by przywlec ją do teraźniejszości, i chociażby JEAN LA CHANCE miał pobocznie coś wspólnego z moją historią, tą już napisaną i tą, którą piszę.
Na początek byłem niesprawiedliwy dla Albana Guyona i dla Estelle Meyer, gdyż ich nie wyróżniłem. Alban Guyon grał w utworach Shakespeare’a, Marlowe’a, Rimbauda, Bailly’ego, a wkrótce zagra w sztuce Roberto Zucco Koltèsa. Wcielił się także w jedną z postaci w Les amants réguliers, tej fantastycznej biało-czarnej rewizji francuskiego maja i nouvelle vague wyreżyserowanej w 2005 przez Phillippe’a Garrela; jego Jean biegający jak konik z karuzeli staje się coraz wyraźniejszy w mojej pamięci. Z kolei Estelle Meyer, wytrenowana w śpiewie, tańcach afrykańskich i flamenco, pojawia się na scenie z siłą godną uwagi mimo swego młodego wieku. Tu gra kilka postaci i śpiewa jedną z najbardziej przenikliwych piosenek spektaklu, o poranku, rzece i czarnych drzewach, głosem tak mocnym, że istnieje obawa, że rozpadnie się na tysiąc kawałków. Ta para aktorska oraz muzyka stanowią najsilniejsze punkty spektaklu, a zatem, dlaczego mimo to mi się nie podoba? Myślę, że przede wszystkim jest to słabszy tekst Brechta, młodzieńcza wprawka do rzeczy większych (do Kariery Artura Ui na przykład). Ale także dlatego, że muzyka grozi przytłoczeniem tego teksu, ponieważ jest od niego silniejsza, ponieważ posiada większą moc poetycką. Chociaż François Orsoni w ramach Théâtre de NéNéKa postuluje, aby inscenizacja była w służbie słowa, to tutaj ścieżka dźwiękowa brzmi potężniej niż idee wynikające ze słów i wolimy ją od wszystkiego innego, nawet od wywrotowej działalności sztuki na rzecz zmian społecznych. Wiadomo, że sztuka jest jedynie elementem, zmiany społeczne osiąga się zaś na drodze dostosowania tych elementów, aby następnie wcielić je do zbiorowej tożsamości. Z drugiej strony muszę przyznać, że gdy patrzę na wideo krążące w Internecie, ta wersja JEAN LA CHANCE nie znalazła w Teatrze Regio odpowiedniej dla siebie siedziby. Na filmie przestrzeń teatralna wydaje się cyrkową areną i być może wersja oglądana w Buenos Aires zyskałaby na trafności, gdyby wystawiana była w miejscu takim jak Ciudad Cultural Konex (Miasto Kultury Konex), gdzie nagość otoczenia zwiększyłaby, być może, siłę słowa (zarówno z punktu widzenia francuskiej fonetyki, jak i napisów) i gdzie surowość muzyki punk rozkruszyłaby ideę czarnej przyszłości. Przypuszczalnie oddalający efekt poetyki Brechta może być całkowicie spełniony z perspektywy wygodnego fotela teatru, ale dzisiaj, przy bliskości rzeczy, jaką mamy, prawdopodobnie oddalenie to powinno wynikać z punkowego plunięcia prosto w twarz. Wiem, wiem, punk jest już dość stary, ale pamiętajmy, że nowe musi się jeszcze nieco podgotować. I zgódźmy się również, że chodzimy na festiwale, aby się wzruszyć, zaryzykować własną skórę, poczuć się wychłostanym… i także, aby się ponudzić, czemu nie. W ten sposób również można się czegoś nauczyć i w tym także istnieje pewna doza estetycznej przyjemności. Jak owa estetyczna przyjemność, jaką odczułem wczoraj wieczorem i która nic nie ma wspólnego z nudą, a jedynie ze zdumieniem powodowanym Sprawą Dantona i jego kartonowym krajem, jego trocinowymi ulicami i jego dzikimi rewolucjonistami w nienagannych perukach.
    Autorka Sprawy Dantona, Stanisława Przybyszewska, umarła na gruźlicę, niedożywiona i uzależniona od morfiny w wieku 33 lat w 1935 roku. Niektórzy uważają, że ona, córka jednego z fundatorów polskiego modernizmu literackiego, Stanisława Przybyszewskiego (zdeklarowanego wielbiciela Nietzschego i satanizmu) umarła w wyniku obłędnego powiązania z Wielką Rewolucją Francuską. W ostatnich latach życia Przybyszewska datowała swoje listy zgodnie z kalendarzem rewolucyjnym i stawała się rodzajem medium Robespierre’a, któremu przypisywała umiejętności wizjonerskie przede wszystkim związane z niszczycielskim rozwojem kapitalizmu. Sprawa Dantona (1929) oraz Thermidor (1935) to teksty Przybyszewskiej, jakie docierają do naszych czasów; Sprawa Dantona jest bardziej znana dzięki filmowi Wajdy zrealizowanemu w 1982. Widziałem ten obraz w 1985, jak już wcześniej wspominałem. I nawet jeśli w tej chwili nie mam go świeżo w pamięci, przypominam sobie dobrze Depardieu wcielającego się w rolę bohatera, który pomimo swej dwulicowości był idealistą. To zwyczajowa wizja bohatera historycznego, bohatera w skali ludzkiej, bohatera, którego Wajda potrafił (i wciąż potrafi mimo swych 83 lat) odmalować bez namaczania pędzla. Jednak w tym filmie można było wyczuć projektowane zderzenie między „Solidarnością” Lecha Wałęsy (w postaci Dantona), pierwszego katolickiego i pozarządowego związku zawodowego, stawiającego opór socjalistycznemu państwu, a komunistyczną polityką polską (ucieleśnianą w postaci Robespierre’a) – dziś, po upadku muru berlińskiego z 1989, taki humanizm może być na zimno badany. Jednakże Wajda potrafił nadać tekstowi Przybyszewskiej wymowę aktualną dla lat osiemdziesiątych, gdyż tekst ten nie ma wieku ze względu na swoją znakomitą budowę i jest nieprzemijający ze względu na swą ideologiczną treść. Albo też, jak mówi w jednym miejscu Danton, czy drugą, monstrualną stroną rewolucji nie są przypadkiem dyktatury? W końcu człowiekowi przynależny jest i Eros, i Thanatos, równocześnie, w jednym okamgnieniu.
Georges-Jacques Danton (1759–1794) to francuski prawnik i polityk, którego wstrzemięźliwy temperament odrzucany jest przez radykalny charakter rewolucjonistów dowodzonych przez Maximiliena de Robespierre’a (1758–1794). Robespierre zarzuca Dantonowi (czy nie ma trochę racji?) przyjmowanie łapówek od monarchistów w celu zdławienia rewolucji, przez co ustanawia rządy terroru, w wyniku czego dosłownie lecą głowy tych, którzy kilka miesięcy wcześniej byli jeszcze wybitnymi postaciami. Oczywiście w tamtych czasach sprawy toczyły się równie szybko jak w naszych i koniec historii obwieszczany w roku 1992 przez Fukuyamę można było zadekretować także wtedy albo mógł on służyć do wysadzenia wszystkiego w powietrze, jak czyni to Jan Klata w inscenizacji Sprawy Dantona.
    Jan Klata (Warszawa, 1973) zdobył w 1986 nagrodę miasta Wrocławia za sztukę Słoń zielony i wydaje się że od tamtego momentu nie przestaje tworzyć ani zadziwiać odbiorców w kraju i za granicą. Czy robi on coś nowego, aby zyskać taki poklask? W wielu kwestiach tak i wielu innych niekoniecznie, gdyż spektakle takie jak Sprawa Dantona były tu już widywane. Tym, co nowego Klata pokazuje nam na scenie, nie jest wizja Francji z falistej tektury, podobnej do chlewu i zamieszkałej przez barbarzyńców o próżności szlachciców, miażdżąca historyczną diachronię Chopina, Culture Club i Tracy Chapman. To, co naprawdę jest nowe, to utrzymywanie dyskursu przez trzy godziny i nadawanie mu stopniowo charakteru coraz bardziej brutalnego, coraz bardziej śmiesznego i coraz bardziej politycznego, nie popadając przy tym w deklamacyjność ani w demagogię i pozostawiając widzowi wolność decydowania, po której stronie się opowiada, czy po stronie rockersów dowodzonych przez Robespierre’a, czy po stronie miłośników popu prowadzonych przez Dantona, metroseksualistów o wydepilowanych nogach. W inscenizacji tej muzyka i seks zyskują bowiem status polityczny przez swoje filozoficzne zakotwiczenie. Nie bez powodu Robespierre i Desmoulins są kochankami, to konsekwencja biowładzy, jak ją nazywał Foucault, władzy dekretującej eugenikę, popędy i śmierć pozostające do dyspozycji władcy, których lud nigdy nie może posiąść. Nie ma cyrku ani pastiszu w Sprawie Dantona: jest ideologiczna debata, debata kwestionująca kapitalizm wobec braku marek pił łańcuchowych, jakie wymierzały sprawiedliwość, a równocześnie legenda związana z tymi piłami – No logo to tytuł książki Naomi Klein o wpływach marek na współczesne społeczeństwo. Sztuka zasadza się na precyzji obsady dowodzonej przez Marcina Czarnika (Robespierre), Wiesława Cichego (Danton) i Bartosza Porczyka (Camille Desmoulins, podżegacz wzięcia Bastylii) oraz na projekcie przestrzeni autorstwa Mirka Kaczmarka. Nic bardziej skutecznego niż sztuka dla prezentacji idei, jak w tej scenie, gdy władza zdobyła ulice i krąży, nie wiedząc dokąd iść, jak ten bojący się samego siebie chłopiec, którego krew wypije wkrótce Republika.

Opublikowane przez Carlosa Diviestiego 15 października 2009, o 13:53.
Blog „pod niebezpiecznym zakrętem”

Kroniki teatralne pisane przez Carlosa Diviestiego – aktualizowane co sobotę
Link: http://blogesquinapeligrosa.blogspot.com/2009/10/lo-viejo-y-lo-nuevo.html
Przekład Marcin Kurek
 

Dodaj komentarz