Straszni mieszczanie

Napis Géralda Sibleyrasa w przekładzie Barbary Grzegorzewskiej wyreżyserowany przez Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie to sztuka przerażająca. W bezwzględny sposób obnażająca głupotę, egoizm i pustkę intelektualną klasy średniej.

Do kamienicy w dobrej dzielnicy Paryża wprowadza się małżeństwo – Pan i Pani Lebrun (Leon Charewicz i Monika Krzywkowska). Dwa tygodnie po przeprowadzce Pan Lebrun z przykrością zauważa obraźliwy napis wyskrobany w windzie. Sytuacja jest wyjątkowo krępująca, ponieważ obok wulgarnego słowa pojawia się jego nazwisko. Oburzony Lebrun szuka zrozumienia wśród sąsiadów, odwiedza ich kolejno, aby znaleźć sojuszników w nieszczęściu. W końcu zaprasza ich do siebie na przyjęcie. Oto cała akcja dramatu.

Po sensacyjnie zapowiadającym się początku spodziewamy się drobiazgowego śledztwa oraz znalezienia i ukarania winnego. A tymczasem przez następne półtorej godziny nie dzieje się właściwie nic. Bohaterowie rozmawiają, prowadzą rozmowy, mówią, zachęcają, agitują, komentują, gadają, powtarzając raz po raz swoje kwestie. Ze sceny płynie potok słów, próżno jednak doszukiwać się w nich jakichś treści. Z pewnością nie są to witkacowskie „rozmowy istotne”, w wielu wypadkach trudno to nawet nazwać rozmowami – są to raczej nieustannie powtarzane osobiste deklaracje, wygłaszane tonem nie znoszącym sprzeciwu: o umiłowaniu sprawiedliwości, równości płci i ras, tolerancji, jawności, bezstronności itp. Państwo Cholly (Agnieszka Pilaszewska i Krzysztof Kowalewski) i Państwo Bouvier (Marta Lipińska i Janusz Michałowski) przerzucają się sloganami, pseudointelektualnymi rozważaniami rodem z popularnych poradników w stylu „Poznaj samego siebie. Trening osobowości w weekend” oraz kolorowych czasopism i telewizji. To owi „straszni mieszczanie”, o których pisał Tuwim w wierszu Mieszkańcy: „[…] Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą, / Że deszcz, że drogo, że to, że tamto. / Trochę pochodzą, trochę posiedzą, / I wszystko widmo. I wszystko fantom. […]”.

W pierwszym odruchu inscenizacja Macieja Englerta może drażnić. Jesteśmy zaskoczeni, bo czas płynie, a akcja się nie rozwija. Wrażenie statyczności potęguje jeszcze scenografia – przestronny salon, udający za każdym razem inne mieszkanie, a w tle, za oknem, realistycznie oddana kamienica z naprzeciwka. Nie trzeba zmieniać dekoracji, w teatrze ta umowność jest oczywista. Zresztą i „w prawdziwym życiu” większość mieszkań jest przecież do siebie podobna: tu kanapa i fotele, tam telewizor i komoda.

Zaskoczeni jesteśmy również grą aktorów. Początkowo wydaje się, że znaleźli się na scenie z bliżej nie określonych powodów albo że nie są przygotowani do pracy lub wręcz znudzeni. Kiedy jednak dokładniej wsłuchamy się w słowa, które padają ze sceny, dociera do nas, że to świadomy zabieg. Reżyser pozwolił aktorom mówić, nie zagospodarował dialogów żadną dodatkową akcją, nie wymyślał niczego. Postaci wchodzą, wychodzą, wstają, siadają, kręcą się kółko, wychylają kolejne szklaneczki, byleby tylko zająć czymś ręce. Pustka.

Zespół Teatru Współczesnego dał prawdziwy koncert na sześć osób. Marta Lipińska po mistrzowsku wciela się w Pania Bouvier, osobę otwartą na nowości, „idącą z duchem czasu” nawet za cenę śmieszności, operującą frazesami i chwytliwymi hasłami z pierwszych stron gazet – o „wspólnej Europie”, o znaczeniu internetu i jego roli w łączności ze światem. Janusz Michałowski jako Pan Bouvier przekonuje w roli męża zwykle przytakującego żonie, a nabierającego pewności siebie dopiero po alkoholu. Iluż znamy takich wszystkowiedzących wujków, którzy wypiwszy nieco za dużo, zadręczają nas przy świątecznych stołach swoimi mądrościami życiowymi, alkoholową paplaniną o niczym. Krzysztof Kowalewski jako Pan Cholley nerwowo przestępujący z nogi na nogę i wymachujący rękami w udany sposób wykorzystuje znany zestaw gestów, by pokazać wielkie Nic. Wyjątkowo przerażająca jest postać, którą stworzyła Agnieszka Pilaszewska. To jedna z tych życzliwych sąsiadek, cioć, pań z poczekalni u lekarza, które spędzają życie na doradzaniu innym. Rady te płyną jedynie „z dobroci serca”, choć oczywiście osoby te przede wszystkim trzymają się „żelaznej zasady – nie wtrącania się w życie innych”. Nachalne, pseudożyczliwe porady, wypowiadane w tonie prawdy objawionej, bez względu na to, czy ktoś chce czy nie chce słuchać. Dezaprobata dla czyjegoś zdania wyrażana w gestach niedowierzania, że „tak można” i „tego nie czytałaś? Jak ty sobie z tym radzisz? Koniecznie musisz to przeczytać! Pożyczę Ci!”. Repertuar środków do pognębienia przeciwnika (czy raczej przeciwniczki, bo prym w tym wiodą jednak kobiety, a już zwłaszcza Matki) jest przebogaty.

I wreszcie jedyny mający odwagę wyróżniać się tym towarzystwie – Pan Lebrun, którego świetnie zaprezentował Leon Charewicz, broniący swoich poglądów, na przykład prawa do odpoczywania na wsi, a nie koniecznie na Seszelach czy Mauritiusie. Lebrun w wyraźny sposób podkreśla swoją odmienność i cynicznie demaskuje pustkę, fałsz i głupotę sąsiadów. Atakuje również własną żonę, która początkowo stara się tłumaczyć zachowanie męża przed sąsiadami, jego głupi upór i brak „elastyczności”. Zupełnie zresztą nie odnosi do siebie obraźliwego napisu w windzie. Czy dlatego, że wulgaryzm użyty obok nazwiska „Lebren” jest rzeczownikiem rodzaju męskiego używanym na określenie męskiego narządu płciowego? Pani Lebrun, którą brawurowo zagrała Monika Krzywkowska, niby współczuje mężowi, ale w rzeczywistości ma do niego pretensje, że z jakiegoś powodu stał się – a wraz z nim i ona jako jego żona – pośmiewiskiem w oczach sąsiadów. Przestała nawet jeździć windą, wstyd jej zapraszać do domu rodziców i znajomych. Na naszych oczach Pani Lebrun przechodzi stopniowo na stronę sąsiadów – podczas przyjęcia, aby pokazać, że zgadza się z jedną czy drugą sąsiadką, przesiada się lub staje obok nich – przytakuje im, by w końcu wbrew mężowi wziąć udział w festynie ulicznym.

Cisza, która zapada na końcu, kiedy Pan Lebrun zostaje sam w domu, aż przytłacza. Wszyscy wyszli. Inny, Obcy, Zbuntowany zostaje sam na scenie. Koniec widowiska, można zgasić światło. Pan Lebrun nie odzywa się, być może w bezsilnej pogardzie dla stylu życia, który preferują sąsiedzi i któremu uległa najbliższa mu osoba. Może uznaje tę sytuację za osobistą porażkę…

Widzowie zostają sami ze swoimi myślami. Żadnego komentarza. Na usta cisną się słowa Felicjana Dulskiego, który wobec nieznośnego potoku słów wypowiadanego przez panią Dulską, wychodząc z pokoju w kulminacyjnym momencie akcji, wykrzykuje: „A niech was wszyscy diabli!!!” I są to jedyne słowa, jakie padają z jego ust w trakcie całego dramatu.

Napis w reżyserii Maciej Englerta jest grany we Współczesnym od czterech lat – premiera sztuki odbyła się w 2005 roku. Cieszy się niesłabnącym powodzeniem, nawet jeśli przychodzimy do teatru w oczekiwaniu zabawnej komedii o trudnych sąsiedzkich relacjach, a otrzymujemy sarkastyczny dramat, w którym nie jeden z nas może się przejrzeć…

Marzena Dobosz

Dodaj komentarz