Śpiąca inaczej w Teatrze Baj

3 października w Teatrze Baj o godzinie 17 odbyła się prawdziwa uczta. „Śpiąca królewna” Kateriny Aulitisowej w reżyserii Lecha Chojnackiego to adaptacja znanej nam wszystkim baśni Braci Grimm. Najodpowiedniejsze będą tu słowa: „nie bójcie się chodzić na klasykę. Nie musi trącić myszką”.

„Śpiąca królewna” Chojnackiego może mieszkać za ścianą, choć wszystko jest, jak być w baśni powinno. I król i królowa, wróżki i zamek. W urokliwy sposób umowne i wplecione w dzisiejszą rzeczywistość. Kilkoro przyjaciół z artystycznej trupy pod okiem wszechwiedzącej żaby, opowiada historię śpiącej królewny. Stają się oni bohaterami tej opowieści, a ze wsparciem przychodzą im piękne lalki Natashy Stefunkowej, która również ubrała artystów. Kolorowo i z pomysłem. Aktorzy z trupy „odgrywają” starą, wszystkim znaną bajkę, łącząc jej bieg z tym, co tu i teraz. Ich „Śpiąca królewna” jest świeża i lekka, a „dawno, dawno temu”, to ukłon w stronę naszej staruszki klasyki. Detal, przypominający, że ta baśń żywi wyobraźnię już wielu pokoleń. Choć, jak się przekonacie, ciągle inaczej.
Znudzeni panowaniem król i królowa marzą o dziecku. Ale skąd je wziąć? Aktorzy szukają go w zawiniątku od bociana, w kapuście, w nasionku. Nic z tego. Żaba o tym, skąd biorą się dzieci, mówi krótko i na temat. Niestety w swoim żabim języku, dyskretnie pozostawiając odpowiedź na to pytanie… rodzicom. Król i królowa udają się do skrzyni i po upływie kilku pór roku, zniecierpliwieni przyjaciele, uchylając wieko, wyjmują małą księżniczkę. Szczęśliwi rodzice wydają na cześć córeczki przyjęcie. Niestety brakuje im siódmego talerza, więc zapraszają tylko sześć wróżek. Urażona siódma wróżka pojawia się w zamku i rzuca na dziewczynkę klątwę. Gdy będzie miała 15 lat, ukłuje się wrzecionem i zaśnie na zawsze. Mała księżniczka jak to w życiu, szybko przestaje być mała i wszyscy zaczynają drżeć, by okrutna przepowiednia nie spełniła się. Dziewczynka samodzielna i wszystkiego ciekawa, wymyka się jednak spod opiekuńczych skrzydeł dworskiej świty i sama prowokuje los. I już wiemy. Naszej dzisiejszej „Śpiącej królewny” nie ominie przeznaczenie. Ukłuta zasypia, a klątwę może zdjąć tylko ten, którego królewna pokocha. Więc pod zamkiem kłębią się kolejni przyjezdni, wprost z naszego życia wzięci, wychwalając swoje zalety i wywołując salwy śmiechu. Czy królewna wyjdzie za któregoś, trzeba przyjść i się przekonać.
Wartka akcja w rytm wpadającej w ucho muzyki, błyskotliwe dialogi i dowcipne sytuacje są ucztą duchową nie tylko dla najmłodszych, ale i ich rodziców. To właśnie dorośli niejednokrotnie spontanicznie oklaskiwali poczynania aktorów, którzy zdawałoby się, bawili się na scenie. Ta zabawa to jednak wielka i ciężka praca, jaką mają za sobą. Tym, co pokazali, znowu dali dowód, że są profesjonalistami. Poczułam się jak poważnie potraktowane dziecko. Dziecko, które przez fakt, że jest małe, nie staje się widzem, łatwiejszym. Wręcz odwrotnie. Jest klientem bardziej wymagającym i szczerym w swej ocenie. I zespół Teatru Baj o tym wie. Dlatego wszystko jest tu dopracowane w najmniejszym szczególe. Nie ma miejsca na bylejakość. Bo ten mały widz po latach ma dalej chodzić do teatru.
Dlaczego „Śpiąca królewna”, skoro dziś coraz chętniej sięga się po współczesną literaturę dziecięcą? Oczywiście, w każdym domu, w którym jest dziecko, na półce stoi „Śpiąca królewna” i choć klasyka to świętość, którą każdy zna, dzisiaj już czyta się co innego. Dlatego zawahałam się, czy akurat na to przedstawienie zabrać mojego 4 letniego syna. Niepotrzebnie. Nie nudził się. Był niezadowolony z przerwy. Chciał ją skrócić, by przyspieszyć rozwój wypadków. 

Zuzanna Talar-Sulowska

Dodaj komentarz